spojrzenie radości

Dziecięce spojrzenie, w którym odbiają się kolory wszechświata przytula naturalnością i prostotą.

Tak rzadko o takim spojrzeniu pamiętamy.W filmie, „Odwrócić przeznaczenie „dziennikarz pyta piosenkarkę;

-co wyróżnia ciebie od innych, -co masz w sobie wyjątkowego.

-na tp ona, czy to co czyni mnie lepszym od innych

-nie lepszym lecz wyjątkowym…

- .. zaniemówiła…

-jakie jest twe prawdziwe imię? zrobiłem z tobą 3 wywiady, znasz moje imię?

..bardzo uderzyły mnie te pytania, proste i tak ważne.

Takich pytań świat nie zadaje, nie ma na to czasu.”Czasami ktoś przeżywa swe życie nie znając go”.Czy znam choć trochę samego siebie?

Sztywność, grożna mina, chroniczny smutek,te maski bardzo dobrze znamy.Drugi kraniec -przyklejony uśmiech, brak zasad, swojego zdania. Te miny opanowane do perfekcji. Ciągle ta sama rola, gramy w tasiemcu. Każda zmiana łączy się z zostawieniem tego do czego tak bardzo jesteśmy przywiązani. Jedynie dzieci mają komfort bycia sobą,dopóki nie wydorośleją. Zamiast radości młody człowiek dostaje w pakiecie brak wyboru własnej drogi.Co masz w sobie wyjątkowego? Czy kiedykolwiek ktoś zadał tobie takie pytanie?

To pytanie dotyczy każdego z nas, otwiera bramy nieba, czyni życie lżejszym. W hotelu w ktorym pracuje na 5 kolegów jeden nie zagubił radości. Współpraca z nim to krystaliczna woda podczas upału, oaza na pustyni. I inni to widzą i zazdroszczą .Fajnie gdy zaczynasz pracę ,bo ją lubisz, bo jest ktoś kto podziela twój entuzjazm, wiarę, ktoś kto nie krytykuje. Z takimi ludźmi można góry przenosić. Tacy ludzie powinni Nobla dostawać. Czy do nich należę?

Na szlaku sw Jakuba nawet po przejściu 20 km w deszczu zmęczenie nie było takie straszne. W życiu codziennym często po całym dniu pracy nic nam się nie chce. Dlaczego tak się dzieje?Komputer, telewizor, impreza, wycieczka.I niby coś się dzieje, ciągle w ruchu a coraz więcej smutku .. Brak naturalnej radości, bycia sobą. Walka o przetrwanie, utrzymanie pozycji, o pokazanie się.Coraz szybciej i więcej. Nawet wiara jest na sprzedaż… Wszystko poddajemy krytyce, nie mając pojęcia o czym jest rozmowa. Błędne koło. Sami siebie zakopujemy, martwi za życia. Czasami Życie pokazuje nam że to nie człowiek ma ostatnie zdanie…choroba, katastrofa naturalna,śmierć bliskich przwołuje do porzadku.W takich momentach chcemy stać się dziećmi przytulić się do rodziców,poczuć się bezpiecznym.

Będąc na mszy po francusku śpiewała pani bardzo wysokim głosem …(właściwie to tylko ona śpiewała i mały brzdąc zwiedzał kościół chodząc po nim i zatykał rękami uszy, wcale mu się nie dziwie bo i mnie głos tej pani drażnił )patrząc na małego uśmiechnęłam się do siebie,tylko dzieci posiadają zdolność mówienia lub pokazywania tego co myślą i czują. Sama siebie przyłapuję na smutnych myślach, krytykowamiu innych,i sama do siebie mówię :twoja głupota nie zna granic

Popatrz lubisz swą pracę, wstajac z łóżka możesz każdego dnia oglądać wschód słońca (jeżeli co nie prześpisz) masz ludzi którzy ci czasami mówią ze cię lubią (no i tutaj im się dziwię że ze mną wytrzymują )i nawet w tym roku udało ci się być na szlaku sw Jakuba (mój narkotyk )już myślę o kolejnym etapie.Czyż to nie powody do radości… Oczywiście że tak!!!Takie chwile składają się na szczęście bycia tu i teraz.

W świeto Wszystkich świętych kolega zadał pytanie: czy mamy jeden moment który pamiętamy gdzie byliśmy szcześliwi?, hm… ja takich momentów mam wiele…

A jak jest z tobą? Co dla ciebie jest radoscią?

Każdy jest wyjątkowy, każdy potrzebuje ciepła,słońce ogrzewa całą ziemię a nie tylko wybranych.Nigdy nie jest za późno by z miny smutasa zrobić minę szczęściarza łapiącego.radość w siatkę jak motyle by zarazić innych swoja pasją łapania radości….

 

 

 

 

 

 

wspomnienia ze szlaku sw Jakuba

2.11.2013.
Pobudka 5 rano by udac sie na lotnisko.Jak na listopad bardzo ciepło na południu Francji. Na dobry początek dnia ptaszek mnie powitał. Autobus przyjechał na czas, kawka na lotnisku i dyrekcja Bilbao,by przejść kolejny etap szlakiem św JAKUBA. Cudny wschód słońca zapowiada wiele dobra. Wielka czerwona kula wynurzająca się z morza ,poczułam się taka mała.. Samolot z przesiadka bez problemu i zamilknełam gdy kraina basków (zasługuje na to miano )bajkowa zielona kraina, potężna siła natury pokazała swe piękno.Dopiero jak wyruszymy w drogę widzimy świat w kolorach. Z lotu ptaka zieleń pogórków i głębia oceanu krainy basków śpiewa hymn radości. Lotnisko małe, autobus zawiózł mnie prawie pod hostel . I pierwsze spotkanie z mieszkańcani Bilbao (nie byłam pewna czy to dobra ulica i pani widząc że czegoś szukam zapytała i wskazała mi drogę )po francusku. Uśmiechnęłam się do siebie, no tak przecież jestem w bajkowej krainie ,na szlaku Ciepła i Życzliwości. W hostelu ciepłe przyjęcie() po francusku(), miła atmosfera, usmiechnięty pracownik,,, Oj francuzom daleko do takiego sposobu bycia. Trochę się rozpadało a wyszłam na miasto i tak padało ok 3 godz…To nic ,jest cieplo ,2 dni zostaję w Bilbao czekając na mego kompana do wydreptania własnej drogi, idąc po śladach wielu pielgrzymów …. Nawet w Decatlhon jest muszla -znak szlaku. I chwilę spędziłam na przystanku (pani patrzyła na mapę a obok stał pan,który ją zapytał gdzie chce jechać )kolejna lekcja uważności na innych. Oczywiscie hiszpanie są głośni i też narzekają. W sklepie pani w kolejce śpiewająco marudziła że kasjer jest sam.W samochodach kierowcy też ekspresyjnie wypowiadają się..Jednak dużo bardziej uważają na przechodniów. Jedynie w dużych miastach jest pogoń i znęanie się jeden nad drugim…. Tutaj odpoczynek nawet gdy pada jest radoscią. Był mecz a więc całe rodziny w szalikach i koszulkach kibicowały drużynie. A deszcz niemiłosiernie padał…. Jednak nie mając parasola wrocilam sucha do hostelu… Blogosławione nie musieć się nigdzie spieszyć…. Usnęłam szybko…
3.11
Śniadanie gratis (hiszpanie podobnie jak francuzi jedza na słodko).w przyjaznej i spokojnej atmosferze. Herbert (pracownik hostelu)uśmiechał sie…Na mszy po hiszpańsku spotkałam najpierw Archanioła Rafała ,który królował.(pilnuje mnie )..oczywiście odwiedziłam sw Jakuba w Jego katedrze ,(jest malutka w porownaniu z Compostele. .. Bilbao ma w sobie dużo przestrzeni, otoczone górkami, ma kilka fajnych miejsc. Okolice Bilbao to piękne plaże, skały,, aż się proszą by spędzić u ich boku dzień. Te miejsca są poza szlakiem, odkrylam je dwa lata temu kończąc w Bilbao szlak i dziś będąc tutaj czuję się jakbym nigdzie stąd nie wyjeżdzała. Jestem u siebie, jutro Tomek dotrze i ruszamy… Niezwykła droga zwykłych ludzi jak mawiają pielgrzymi.Przy dużym skrzyżowaniu na moście na skrzypcach gra pan umjlając oczekiwanie przejście przez ulicę .Zagrał Canon -Pachalbel (mój ulubiony utwór, towarzyszy mi odkąd pierwszy raz wyruszyłam na szlak )Zapowiada czas spadających gwiazd, przytula dżwiękami pełnymi promieni słońca,… Ten utwór to znak że jestem tam gdzie powinnam i gdzie chcę być. Znak pokoju i obecności Aniołów.
Zjadłam obiad za 10 euro +coca+kawa ( znacznie taniej niż we Francji )
Bary mają klimat domu, tam można nawet kupić kinder niespodziankę.. czasami wydaje się jakby czas dla właścicieli się zatrzymał,a może chcą zatrzymać czas.Zupelnie nie przejmuja się zmianą wystroju,widać ze nic nie było zmieniane od wielu, wielu lat. Wieczorem wyszłam na miasto (bezpiecznie jest ) na jednym placów panowie przygrywają hiszpańskie przyśpiewki a ludzie tańczą, większosc starszych par. I sw Augustyn się uśmiecha szepcząc..tańcz i śpiewaj, inaczej Aniolowie nie będą wiedzieć co z tobą zrobić. Bilbao jak każde miasto jest bardzo ładne w nocy, w barach salsa króluje,na ulicach spokojnie. Też są bezdomni, biedne dzielnice. W czytaniach z dziś księga Mądrości mówi by wyzbyć się złości aby uwierzyć.. 11,22…
04.11Dzis przylatuje Tomek z Londynu i ruszamy w drogę… Deszcz próbuje nam przeszkodzić, spełnia swoją rolę, robi to co ma robić, nawadnia ziemię. Jest ciepło.
A ja czy wiem co jest moim zadaniem?
Siedzę w sympatycznej piekarni ,pijac cafe con leche(kawę z mlekiem i wcinam bułeczkę )Amstrong śpiewa w rytm deszczu.Nigdzie się nie spieszę. Tak bardzo brakuje takich chwil w życiu codziennym. Tylko tak można wyzbyć się złosci, lęku. Nawet deszcz nie jest taki straszny.. Wstrzymuje ruch.Żegnam się z Bilbao w deszczu. Jeszcze tutaj wrócę… Tomek przyleciał przeziębiony.
05.11 wyruszamy z Muskiz (tam zakończyłam etap dwa lata temu. Jakby czas się zatrzymał,radość spotkania pieknych widokow, jakbysmy się nigdy nie rozstawali. Nawet nieznajomosc hiszpańskiego nie przeszkdza. Być u siebie i nie bać się tego co przyszłość przyniesie. Zaufać.Bezgranicznie poddać się Życiu, które nieustamnie popycha nas do przodu. Dziś niebo pełne ciemnych chmur, po drodze spotkaliśmy pielgrzyma z Barcelony. Mój kompan nie czuł się dobrze a więc trudny etap drogi pokonaliśmy autobusem Casrto Uriades -miasteczko wypoczynkowe. Pusto, sezon już się skończył. Albergue czyli schronisko pielgrzyma, na końcu miasta, chatka udostepniona przez urząd miasta. Opiekunem jest sympatyczny kameruńczyk. Nawet śniadanie nam przygotował. Oczy syciły się pieknymi widokami, to dopiero początek. Mamy czas, nigdzie się nie spieszymy. Hiszpanie spotykając nas życzą nam Dobrej drogi (buen camino ) Uczę się najpierw być dla innych…
06.11
Poranek zapowiadał piękny dzień. Droga wiodła przez hiszpańskie wsie, chrusciana jagoda która też jest na poludniu,krzew który ma jadalne owoce…Droga zawijała zielenią i kolorami ciepła, ptaki śpiewały, słońce łaskawie uśmiechało się. W końcu musielismy zdjąć kurtki. Cantabria ukazywała całe swe piękno,morze szumiało śpiewająco.czas spotkania się z hiszpanską życzliwością, nigdzie takiej nie spotkałam… tylko na Camino de Santiago. Morze i góry w jednym.I jak na listopad bardzo ciepło. Cóż więcej potrzeba. Nawet plecak nie ciąży, a nogi same idą, każdy krok to coraz cudniejsze widoki. Dotarlismy do następnej albergue.Liendo miasteczko w którym panie w barze grają w karty, spokój i znowu życzliwość, wskazanie drogi, uśmiech, taka fajna codzienność. Wspólnie z parą Szwajcarow, i francuzami z Biaritz i Bordeaux spędziliśmy w fajnej atmosferze wieczór. Wspólnie zrobiona kolacja i rozmowy umilały nam czas. Pogoda ducha była jedynym towarzyszem. Zmęczenie nie było tak straszne.Tomek pomimo przeziębienia dzielnie maszerował. Dbaliśmy o siebie nawzajem,tego uczy Camino. 22km za nami.
07.11-Kolejny dzień cudow, jakie natura daje. Wystarczy tylko chcieć wyruszyć w drogę. Mieliśmy dwie drogi do wyboru, wybraliśmy przez góry, dłuższą. Słońce towarzyszylo cały dzień.Poranne widoki.z góry zatrzymały nas na dłuższą chwilę. Warto było wdrapać się by wraz z ptakami strażnikami nieba,( widok niesamowity jak spokojnie latały, jeden z nich bardzo blisko nas. )…Jak zwykle hiszpanie wskazywali nam drogę, a czas oczyszczał organizm i uczył uważności. Liczy się tylko dziś. Wczoraj i jutro nie istnieją. W życiu codziennym takich chwil jest bardzo mało.
W końcu zmierzamy do Pola Gwiazd -Compostela.
I po zejściu z zielonej krainy znależliśmy się w ramionach morza i słońca.Laredo i jego plaża mająca ok 5 km przygarniała i opatrywała rany. Muzyka morza łagodziła i chroniła przed zmęczeniem.Obiad na plaży, i przeszliśmy całą plażę by popłynąć statkiem do Santonia..Szliśmy boso, woda wcale nie była zimna.Nasze stopy odpoczywały w piasku a muszle można było zbierać jak grzyby po deszczu. Fale majestatycznie pokazywały kto tutaj króluje. Słoneczne promienie otulały. I dotarliśmy do miejsca skąd stateczek przewozi do Santonia… A tutaj niespodzianka… spóżniliśmy się 15min…By tam dotrzeć 23km a była już 15.00..i kolejna niespodzianka…w tym samym czasie na rowerach przyjechało 4 chłopaków, hiszpanów, ktorzy równiez zmierzają do SAntagio i którzy także chcieli dostać się tam gdzie my… oni byli w lepszej sytuacji bo tato z bratem jednego z nich jechał samochodem a więc zaproponowali nam podwiezienie. Magia Camino. I tak znależliśmy się w Santonia…Uczy, najzwyklejszgo podania dłoni gdy jest taka potrzeba …ludzie zjawiają się wtedy gdy są potrzebni.Piękny zachód słońca i spacer po mieście zakończył ten dzień.
Albergue na końcu miasta,tutaj więcej ludzi.Miasto słynie z wyrobu konserw rybnych. Konstrukcja a la statek na który można wejść i podziwiac widoki. Słońce bajecznie zachodziło,pokazywało swe kolory rodości i pokoju.W aptece chcielismy kupić leki i aptekarz nie mówił po angielsku ani my po hiszpańsku, i przyniósł rozmówki angielskie (i tutaj nas zaskoczył,chciał nas zrozumieć, )Spacerując pobyliśmy z mieszkańcami pomimo zmęczenia chciało mi się tańczyć… Magia szlaku.
08.11.Poranek zapowiadał deszcz który swymi perłami nawadniał ziemię, i tak deszcz towarzyszył nam do końca kroczenia szlakiem.Bardzo skromne śniadanie i w drogę Dziś tylko 15 km. Przechodzilismy obok więzienia -paradoks z jednej strony góry, rzeka, a z drugiej morze śpiewa a wiezniowie nie mogą zobaczyć piękna natury.. Placą słoną cenę. Czy przypadkiem i ja nie jestem w wiezieniu uprzedzeń, stereotypów,? czy cieszę się z tego co mam? Mur więzienia gruby i złowroogi kazał milczeć,odpychał od siebie. Z wolności trzeba umieć korzystać.. Coraz więcej pereł spadało z nieba.Przez chwilę szliśmy plażą by wdrpać się na górę stromym wejściem wśród krzewów cierniowych bardzo wąską kamienną ścieżką .Widoki z góry piękne, niestety deszcz nie był zbyt gościnny,uczył uważności, kamienie były coraz bardziej śliskie. Zejście równie strome, i satysfakcja -pokonaliśmy górę.Zeszliśmy prosto w ramiona plaży a deszcz nieustannie padał. Piękno plaży i skały różnej wielkosci były darmową ekspozycją morza, bajeczny widok. W miasteczku okazało się że algergue jest zamknięte. Postanowilismy pojechać autobusem (Tomek chory i ja też zaczełam psikać ) Nie zapowiadało się na słoneczny czas. Po drodze spotkalismy znajomych francuzów, oni też jechali tam gdzie my.
09.11Santander -stolica Cantabri, nad zatoką Atlantyku, miasto otoczone górkami i śpiewającym oceanem. Po kilku dniach pobycia tylko z naturą i małą ilością ludzi, w głowie mi się zakręciło, nagle poczułam się taka mała…. Prywatna albergue oferowała symboliczne śniadanie.Hospitaliero -czyli opiekun mówi po francusku i drugi pan po 80tce włoch, który również sprawdza …czy aby pielgrzymi dobrze się spisują…Przez chwilę zostałam sama.. I smutno mi się zrobiło, za dwa dni wracam do Nice…
Szukają wolontariuszy na lato, Tomek będzie tam w czerwcu… Zastanawiam się by pójść śladami Tomka i przez chwilę przyjmować strudzonych pielgrzymów…W Santander spedziliśmy dwa dni ,deszcz się rozgościł na całego, wieczorem plotkowaliśmy z francuzami ktorzy z nami byli. Krotki ten pobyt na szlaku, kolejny etap pokonany. Para szwajcarów zmierza do Santiago. Wkrótce i ja tam dotrę, po raz drugi.
Szlak się kończy a droga się rozpoczyna…