Wyciągnięte ramiona przyjaźni

Niewiele wiem o Bogu… ale On wyciąga do ciebie ręce…. Wyciąga poprzez innych.. I tak bardzo bliska mi osoba zawitała do mnie. Święto w poniedziałek. (niespodzianka udana w 90 procentach, za dużo pytań zadawała, i się domyśliłam )znalazła mnie w parku… Robi wrażenie, zwłaszcza że przyjechała z Paris. Ponad 900 km, tylko na jeden dzień. Tym bardziej doceniam. Słońce towarzyszyło nam, oświetłało nasze kroki, rozgrzewało zmarznięte dłonie. Usmiechało się do nas. Marysiu -przywiozłaś ze sobą walizkę prezentów. I bezcenny dar -siebie. Nie musiałaś przyjeżdżać. Ty chciałaś przyjechać. Wielka radość i zdumienie. Nie ma jak oczekiwane spotkanie. Nie ma jak świadomość obecności, realnej obecności. W oczekiwaniu na potwierdzenie diagnozy, lub też jej obalenie, znalazłaś chwilę aby pobyć ze mną. Nie liczyłaś pieniądzy, ani kilometrów….Tylko znalazłaś mnie na ławce. Łałl. Celebrowanie specjalności południa, poleżenie sie na plaży, takie klimaty. Styczeń, a w Nice ludzie się kąpią. Trzeba być stuknietym,aby tylko na jeden dzień, kogoś odwiedzić, robiąc tyle kilometrów. Trzeba mieć we krwi -miłość, by na chwilę zostawić wszystko i przyjechać… Kochać, to robić, a nie tylko mówic. Ty,o tym wiesz, jesteś świadoma. Taka rzadkość.! Dzięki, za gest, wielki gest troski, która podnosi poziom bezpieczeństwa. Dzięki za przyjaźń, która ma sens, bo w niej jest miejsce na wolność i spontaniczność. Gdy wyjechałaś, słońce się obraziło, że je zostawiłaś. Zrobiło się dużo chłodniej….. Wyciągnięte ramiona, są atrybutem wielkości człowieka…Interwecja samego Boga się udała. Twoja misja zakończyła się sukcesem. Do zobaczenia… wkrótce… Wiem, mam dużo szczęścia… mając ciebie, u swego boku….

W toksynach po uszy

Toksyczne przyzwyczajenie i branie do siebie każdej sytuacji konfliktowej. Jak często wpadamy do środka czarnej dziury… Czego tak naprawdę się boimy?? Dlaczego uważamy, że, to drugi człowiek ma problem? Dlaczego uciekamy, zamiast spojrzeć sobie w oczy?

O faktach się nie dyskutuje. One są. A my, jak zwierzęta przysypujemy piaskiem….. Śmierdzi nam, to uciekamy, idziemy w drugą stronę, mówiąc: potrzebuję czasu, dystansu.  Tylko, na co? Żyjemy jak narkomani, na emocjach, które są zmienne…….i zupełnie nie chcemy wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w człowieku. Chwalimy się sukcesami, wstydzimy się porażek.
Rozumiem teraz chorych, którzy wolą być chorzy, niż zdrowi. Zdrowego człowieka, niewielu zauważa. Gdy wszystko jest ok, jesteśmy jak czysta szyba…. Gdy choroba stuka do naszych drzwi, nagle…”.Martwimy się”….
Właśnie to odkrywam…. Jak nie potrafię dbać o innych, jak ignorancja wsiąknęła do mojej krwi.
Wiem, że czeka mnie leczenie, jeszcze nie wiem jak będzie wyglądać….   I już zdaję sobie sprawę, że umiejętność Bycia, to nie głaskanie, to nie użalanie się… Wszystko jest relatywne. Jak często przechodziłam obojętnie obok radości drugiego człowieka?… Swoją radość traktowałam jak intruza. Człowiek nie potrzebuje moich rad, potrzebuje się” wygadać.”  Wypowiedzieć swój ból, radość..

Byłam z kolegą z pracy w San Remo -sympatyczne miasteczko. Chciał mi sprawić radość i mnie zabrał na wycieczkę. Dobra włoska kawa z bułeczką otworzyła chwile radości. Słońce nam towarzyszyło, kolega próbował mnie pocieszać. Hm….Bez komentarza….Teraz widzę, wszystkie głupie słowa, które sama wypowiadam, gdy spotykam się z cierpieniem. Szkoda, że tak rzadko słuchamy, tego, co mówimy. Powinniśmy nagrywać się..
Na początek po stronie włoskiej, zatrzymała nas policja, aby sprawdzić papiery….No cóż terroryści…. Jeden policjant stał nad nami z bronią… I wcale bezpieczniej się nie czułam. Pomyślałam, o tych wszystkich, którzy giną w imię…. Co tak naprawdę sprawia, że człowiek staje po stronie śmierci??? Odbiera życie, którego nie dał….
San Remo, ma w sobie wiele z szarmanckiego mężczyzny. Jak na miasto, jest eleganckie i czyste.  No dobra, kierowcom nie przeszkadzają inni kierowcy, wolna amerykanka, trzeba być uważnym na drodze. Natomiast dla przechodni, są bardzo życzliwi. Skoro włoskie klimaty, to i pizza. Jest wiele małych lokali, w których pizzę sprzedają w kawałkach. Można popróbować. Dobry pomysł. A więc próbowaliśmy. Pyszna kawa z ciasteczkiem była spotkaniem z tym, co włosi mają najlepszego.(Jednak francuzi, robią niedobrą kawę) Melodyczna linia języka włoskiego towarzyszyła nam podczas spaceru. Szarmanckie uliczki się kłaniały, a morze zapraszało do tańca. Było bardzo spokojne. Patrzyliśmy prosto w oczy słońcu, które przytulało nas swoimi promieniami. Morze jakby przysunęło się i chciało nam podać rękę. Miałam wrażenie, jakby chciało nas zaprosić do siebie..Nie bój się..-Szeptało… To był dobry czas. Kolega miał  chwilę słabości i wypuścił na wolność stare wspomnienia, które było dla niego cierpieniem. Myślę, że dobrze mu to zrobiło… Słońce, ani przez sekundę nas nie opuszało. Byliśmy w gościnnych progach. Kwiaty w harmonii z murami żyją tutaj w zgodzie. Wracając do Nice ,wstąpiliśmy do sanktuarium maryjnego  w  Lageht. Modlitwa wdzięczności za ten dzień, była zdaniem relacji Aniołom. Opowiedzieć swoje wrażenie. Wycisnąć jak cytrynę dobre momenty.

. I wchodząc do bloku spotkałam sąsiada… Hm w ciagu kilku minut powiedział mi swoje życie. Nie znaliśmy się wcześniej. Samotność może zabić. Być może wszystkim, to opowiada. Poczułam, wielki smutek w nim. I brak zrozumienia. Czuję się podobnie, wobec wszystkich, którzy jak twierdzą „martwią się o mnie „Z całym szacunkiem do nich. Wiem, że jeszcze dwa tygodnie temu, tak samo zareagowałabym…. ·Dziś… Patrzę innymi oczami… i to jest błogosławieństwo

Granie pierwszych skrzypiec

Zawsze lubiłam filmy o lekarzach. Ostatnio oglądam Dr House,Grey s Anatomy … Ostatnio dużo łez wylewam. Po prostu, mam ochotę płakać i płaczę. Łzy oczyszczają duszę,uśmiech staje się uczciwszy, oczyszczony łzami. Spontaniczny.
W filmie Dr House, gburowaty lekarz przyjaźni się z sympatycznym lekarzem. Hm, zadalam sobie czym dla mnie jest przyjaźń???Pytanie, które jest weryfikacją, moich relacji z innymi.
Dlaczego inni ludzie mają ogromny wpływ na nasze życie?? Dlaczego tak łatwo dajemy się otumanić ideami innych???
Do tego stponia, że przejmujemy ich nawyki….
Jak być przyjacielem i pozostać sobą???
Zawsze, oczekujemy,prosimy, krzyczymy, zmuszamy.W imię przyjaźni – rozkazujemy.
Bardzo lubię scenę z Ewangelii, w której, Jezus powiedział do prostytutki : niech pierwszy rzuci kamień, ten,kto jest bez winy…
Przyjaźń to miłość, tylko bez seksu…. Taką odpowiedź uslyszalam od bliskiej mi osoby.
Przyjaźń ma w sobie wiarę. Każe być w drodze,nie oglądać się za siebie. Zagląda do lodówki, dzwoni po północy, przychodzi nie zapowiedziana. Podaje kubek kawy, podaje chusteczki, gdy łzy jak potok płyną,potrafi powiedzieć „Nie”,gdy upieramy sie przy swoim.Pozwala na chwile ciszy, pozwala oddychać samotnością. A gdy czuje, że jej za dużo, dobija się, dopóki, nie uzyska odpowiedzi….
Czy potrafię być taką osobą??? No to sobie zadalam pracy… I czuję, że to jest bardzo ważne dla mnie. Dla ludzi, obok mnie. Nie ma nic ważniejszego w przyjaźni, niż szczerość.
Dzieci są świetne w mówieniu co myślą…. Dlaczego z tego wyrastamy?
Czy bliskość, to robienie sobie sobowtóra z drugiego??. Jak patrzę, na moje znajomości, to widzę ile błędów popełniłam..
Czasami robimy z siebie wyrocznie,albo ktoś jest dla nas „wyrocznią”. Gdy „wyrocznia” odchodzi, oj… wtedy, no cóż zachowujemy się jak kretyni….odejście drugiej osoby, zawsze boli…. tylko czy obrzucanie błotem agresji, jest mądre??
Przyjaźń ma sens, gdy, nie muszę niczego udawać, gdy druga osoba szanuje moje sekrety. I zadaje pytania ,nie twierdzi, że, mnie dobrze zna, wie co jest dobre dla mnie.
Lubię Augustyna, który powiedział:
„Człowiek nie może niczego nauczyć drugiego człowieka. Może mu tylko dopomóc wyszukać prawdę we własnym sercu, jeżeli ją posiada”.
I najważniejsze: czy potrafię cieszyć się ze szczęścia bliskiej mi osoby????. To jest sprawdzian przyjaźni!!! Wsparcie,w którym nie gram pierwszych skrzypiec….i nie pozwalam aby inni mnie wykorzystywali….

Bez tytułu

„Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie” -św. Charbel

Te słowa wracają do mnie jak bumerang. Tyle pustych słów. Tyle rozmów, monologów. Meczą mnie puste Słowa, zwłaszcza, gdy widmo choroby puka do drzwi. Próbuje zawładnąć ciałem i umysłem. Próbuje”rozwalić” człowieka, odebrać mu nadzieję. Odebrać mu Życie.
Nie umiemy się wtedy zachować, dajemy rady, które są najmniej potrzebne.Robimy święte miny… Od których niedobrze się robi. Słowa, które zabijają: jakbyś wcześniej poszedł do lekarza… to twoja wina….. Miny pogrzebowe…. Traktowanie jak ducha…..
Czasami chory ma więcej mądrości i siły niż najbliższe otoczenie.
Prawidłowe funkcjonowanie płuc to jeden z podstawowych elementów naszej  egzystencji. Moje płuca postanowiły się zbuntować. Nie chcą ze mną współpracować. Dużą trudność sprawia mi wchodzenie po schodach, pod górę, bieganie. Tlen nie dociera do płuc. Zmuszona jestem, aby powoli chodzić. Co takie wcale łatwe nie jest, gdy nieustannie biegam.. Bo praca, bo się spóźnię… Bo wciąż coś…. I nagle trzeba się zatrzymać, przeprosić swój organizm, za złe traktowanie. Przytulić siebie i pozwolić tak zwanym specjalistom, na postawienie diagnozy. A więc w oczekiwaniu…. Które jest okrucieństwem dla mnie, próbuję spokojnie stawiać kroki..

Tym sposobem widzę więcej….. Niż zwykle. Kilka dni temu,słuchając muzyki morza, zatrzymał się pan, który opowiedział, jak to wczoraj wschód słońca był cudny, dawno takiego nie widział. Miał radosną twarz, spokojny głos. Widział cuda natury, chciał się podzielić. Padło na mnie. Uśmiechnęłam się do niego. Innym razem, starsza pani zapytała mnie o godzinę, chcąc się o mnie oprzeć, położyła rękę na moim ramieniu. Poczułam ciepło. Cud gestu. Już dawno zrozumiałam, ze ludzie zjawiają się, gdy naprawdę ich potrzebujemy. Gdy jesteśmy gotowi przyjąć ich gesty….
Zrozumieć niewypowiadane. Zatrzymać się nad tajemnicą życia.
Tydzień temu, w popołudniowy, zimny poniedziałek byłam we Frejus. W niebanalnym towarzystwie. Moim kompanem był ks. Nikodem. Jego celem było odprawienie mszy świętej. Dla mnie było to oderwanie się od toksycznych myśli. Ignorowałam zupełnie, to, co miało sie wydarzyc.. Dopiero po kilku dniach, zrozumiałam….
Rozmawialiśmy, milczeliśmy, zachwycaliśmy się obrazami malowanymi przez naturę. I to było Dobre. Błogosławieństwem jest przebywanie w towarzystwie bez toksycznych słów, myśli, gestów.
No cóż.. Poniedziałek… Msza św…. nic nowego….A jednak…. Nic mylnego…
Wchodząc do kościoła, już wiedziałam, że to nie jest przypadek, i mam być uważna, na to, co się wydarzy….
Wystawienie Najświętszego Sakramentu, było uśmiechem i słowami:    Czekałem na ciebie….
Kilkanaście osób, z nowej wspólnoty Jana Pawła ||…Im się chciało, pobyć w Obecności Stwórcy. I tak pomyślałam sobie, że to jest sedno chrześcijaństwa. Msza św, jakby potwierdziła moje myśli. Bóg powiedział: przestań Mnie traktować jak ci się podoba, byle jak….
Jako że ks. Nikodem, śpiewająco odprawia mszę, to było uroczyście .Celebrowaliśmy chwilę, a nie  tylko kolejna mszę. Spotkaliśmy się z Jezusem..Wystarczy Ci mojej łaski… Ten poniedziałkowy wieczór,  otworzył mi oczy, na rzeczywistość, o której nie da się opowiedzieć, dopóki się jej nie doświadczy. Ona jest. Obok Ciebie i mnie.Nie potrzeba biskupa, organów, ani chóru. Ta Obecność Niewidzialnego, towarzyszy 24/24….w najprostszych gestach, w milczeniu, w rozmowie, gdy jest ciemno i zimno…
Przez cały tydzień, ta Obecność z poniedziałkowego wypadu, towarzyszyła mi. Spotkałam wiele uśmiechniętych ludzi, których do tej pory bezczelnie ignorowałam ,tłumacząc się na brak czasu…..
Gdy widzisz tylko braki w innych, nie zobaczysz ciepła i opowieści: wiesz wczoraj było cudny wschód słońca, wiesz trudno się mi z nim pracuje, aczkolwiek dobry z niego człowiek, nie poczujesz tego, że, ktoś chce ciepła  twoich dłoni……
Wtedy pretensjonalność znika…. Puste słowa rozbijają się na drobne kawałki, ocean je zbiera i wygładza…
I to jest Dobre…..