Bez tytułu

Nie mogłam usnąć w oczekiwaniu na Wielkanocny poranek…… Bo wybieraliśmy się do Groty sw Marii Magdaleny… Według legend prowansalskich (X-XI w.) miała  wylądować na Lazurowym Wybrzeżu. W La Sainte Baume miała zamieszkać w jaskini jako pustelnica i pokutnica.Teraz rozumiem, dlaczego Maria, Magdalena się spieszyła do grobu…. Mi też było spieszno, i też nie rozumiałam dlaczego….   Kilka godzin snu, i z Teresą i Robertem wyruszyliśmy  do  pustego grobu, by naprawdę spotkać naszego Pana…. Wiedzielismy, że będzie padać, ani jeden promień słońca nie odważył się przebić przez chmury. Mgła była symbolem, jak mało możemy zobaczyć. To Jezus miał  nas ogrzać, olśnić, zachwycić.Do końca, nie wiedzieliśmy, mało rozumieliśmy… Chcieliśmy pobyć razem, spędzić święta inaczej, nie siedząc z pełnymi brzuchami. Chcieliśmy być kartą Ewangelii,by w drodze spotkać Pana. I Jezus nam umożliwił i dał dużo wiecej podarunków, niż się spodziewaliśmy. Sainte Baume -grota pełna podziwu,wypełniona ciszą i tajemnicą. W tej zimnej skale, tętni życie. I to ludzie, którzy wchodzą  do niej, go odnajdują. I my wraz z nimi,.zostaliśmy obdarowani świadomością życia. Cudu istnienia, reszta nie miała zbyt wielkiego znaczenia. On tam był ,Jego szaty lśniły, a Maria -Magdalena pokazywała nam:To On,to On…..ten pusty grób nagle stał się radością Spotkania…… Aby dotrzeć do groty, do pokonania mała górka w lesie pełnym rozkładających się drzew,…i też tych które mają siłę się piąć w niebo.I tak jest w życiu..czasami jesteśmy jak spróchniałe dzewo…. czasami jak rozkwitajacy pąk….czasami kopiemy,czasami udaje nam się pobyć razem… I ptaki, ktore dały nam koncert. Przez chwilę w harmoni z naturą, w harmoni serc staliśmy wsłuchując się w śpiew nieba.Ucztę, czas rozpocząć. Przez chwilę, zostało nam objawione, jak ważnym elementem we wszechświecie jesteśmy. Zdolni do urzekania się, pochylenia się, nad tak małym stworzeniem, jakim są ptaki.Trwaliśmy w ciszy, próbując, nie przeszkadzać im w koncercie. Anioły nas prowadziły, delikatność śpiewu była przedsmakiem… reszty dnia…. Zapowiedź cudu istnienia. Maria Magdalena wzieła nas za rękę i koniecznie chciała z nami się podzielić… tym czego doświadczyła. I tak w orszaku z ptakami, weszliśmy do groty….A tam…. serce stęsknione,zostało przytulone…. Zimno, jak to w grocie,mgła na zewnątrz, i cichy szept Zmartwychwstania,grób pusty.Grota wyszeptała :Dziś zapalę w tobie światło, pozwól mi na to…. Msza sw była wielkim wzruszeniem, tym razem ludzie śpiewali, chór młodych  śpiewał hymn wdzięczności. Jedynym instrumentem były ich głosy. Nie chcieli zagłuszać,grota została wypełniona harmonią. Dominikanie wspópracowali z łaską, darem wiary, który złożyli na ołtarzu wraz z nami. Byliśmy świadkami zdarzenia, które miało miejsce…. Które jest wciąż aktualne. On żyje!! Bóg nie umarł!! Jak nigdy byliśmy przejęci, było nam zimno,a kapłan, ktory odprawiał mszę miał… sandały…..(minimum wygodnictwa mi się skojarzył. )Miał ciepły głos i wyszeptał nam….aby uwierzyć trzeba zapragnąć spotkać Pana, aby przyjąć puste miejsca w naszym sercu, często poranione przez nasze pragnienia, egoizm….. On już tam jest…. Pozwól się pokochać -wyszeptała Magdalena….. Pokochaj, to kim jesteś, pomogę ci w tym…… pozwól mi…. pozwól mi….. I tak trwaliśmy w zdumieniu, bycia tak blisko ….tajemnicy wiary…uchwyciliśmy niewypowiadalne. Trzeba było wyruszyć w drogę, wstać wcześnie rano, wdrapać się w mgle w górę…. by spotkać swoje życie, by skosztować jak…..zobaczyć  bardzo jesteśmy ślepi .. Zostaliśmy długą chwilę z milczącą ufnością ,z otwartą buzią otwieraliśmy podarunki nieba. W świętym skupieniu, z bijącym sercem, oddawaliśmy nasze zranienia, radości, temu, który ma moc nas wskrzesić….. A na zewnątrz mgła wciąż trwała…. Wciąż nam wskazywała na jedyne światło chrzescijanina: Jezusa. I udowodniła nam, jak mało możemy zobaczyć. Jak często zasłaniamy się przeszłością, przyszłością, a teraźniejszość nie ma znaczenia.I ta mgła ukazała nam Boga, była symbolem wieczności. I wtedy zaczęły się dziać cuda w naszych sercach…..Bylismy w drodze do Emaus….. karty Ewangeli….kończą się wraz z pozostawieniem pośrednika… Ducha św,….ktory proponuje nam aby pisac dalszą część….Nie zapominaj o Dziś! nie przegap Mnie.!…..Odpoczywaliśmy w Jego Obecności, odpowiadał nam na pytania, zszedł z nami. W niewidzialny sposób zatrzymał burzę w naszych umysłach, otworzył drzwi wejściowe naszych serc…..Nawet deszczyk był bardzo delikatny, gdy dotarliśmy do dominikanów (mają dom rekolekcyjny, na wspólny obiad nie mieli już miejsc)deszcz calkowicie opanował dzień. I lało do końca naszej podróży. Z małymi przerwami….. wtedy gdy chcieliśmy zobaczyć bazylikę sw Marii Magdaleny,( anioły nosiły parasole nad nami )padał kapusniaczek..W tym domu mają salę dla piknikujących, w razie mokrego dnia.Wspólny stół, grupa ludzi a my razem z nimi.Nietypowe śniadanie Wielkiej Nocy,po raz kolejny z Teresą i Robertem dzielilismy się…… Tym razem były to nie tylko smakołyki dla ciała ,a także balsam dla naszych dusz……… To był nasz skarb!…..Poświęcony koszyczek,nawet pyszny mazurek (który bardzo lubię )znalazł się na stole.Usiadła z nami do stołu, Życzliwość, Wzruszenie,, była także Radość,był Spokój i Zrozumienie. Zmęczenie próbowało nam zakłócić atmosferę….. Była Cisza tego miejsca. Niebanalne towarzystwo…. I byliśmy my zakorzenieni w tym momencie. Ta chwila uczyła nas….. pojawiło się pragnienie takich momentów…… Na koniec tego dni bazylika była deszczem łask,majestatyczna  z niedokończoną fasadą. Tak jak człowiek, który zamiast pozwolić sobie na radość życia, przebywa w towarzystwie kameni -zazdrości, narzekania…. Tak jak zaraza,która była powodem niedokonczenia fasady….. Majestat bazyliki ,jej surowość, wskazuje po raz kolejny tego dnia, na Jezusa -światło rozjaśniające mrok. Cisza nabiera nowego znaczenia.Wnętrze mówi samo za siebie. Pokazuje, że jednak człowiek ma w sobie pragnienie, często pokryte trądem,pragnienie wdzięczności Bogu. Dlatego buduje świątynie, w ktorych chroni się przed zwątpieniem.  W miejscowości St. Maximin la Ste Baume, króluje bazylika Św. Marii Magdaleny. Szczątki tej świętej zostały tu odkryte w 1280 r. w krypcie datowanej na czwarty wiek naszej ery i są przechowane dzisiaj właśnie w tej bazylice. Deszcz coraz bardziej chciał się wypadać …i mocno uderzał i rozbijał się o ziemię…..          Tam wiele się wydarzylo, zostawiliśmy nasze urazy, nasz egoizm. Wzieliśmy wszystko co Dobre i Szlachetne….. Maria Magdalena towarzyszyła nam do końca tego dnia.Na Roberta czekała jeszcze jedna niespodzianka,jego pasja….. zobaczył być może swój nowy motor…. I pewnie śnił o nim…    Teresa, Robert, dzięki za wspólne świętowanie. Obecność, która nie przeszkadza, potrafi rozmawiać, potrafi milczeć,nie krzyczy.Dobrze mi było w waszym towarzystwie. Mgła i grota były bardzo mocnym przekazem. Niedokończona fasada bazyliki symbolem drogi jaką mamy do pokonania, do zbudowania. Maria Magdalena oczarowała nas swoim oczarowaniem, życia w zgodzie z Niewidzalnym Bogiem….. wzięła nas za rękę…… I jak tu nie wierzyć.!…gdy wszystko mówi o…. Prawda was wyzwoli. Pozakładne kajdany skruszyły się pod wpływem Jego światła. Słońce nie miało nic do gadania. I dobrze się stało…. bo pewnie sloneczna pogoda byłaby zasłoną dla tego co przeżyliśmy i doświadczyliśmy. Możemy śmiało powiedzieć Spotkaliśmy Pana..!!!.. On  naprawdę Żyje!!!

Bez tytułu

Wielkanoc w tym roku mnie mocno zaskoczyła!A może to ja pozwoliłam się zaskoczyć… Święta, czas spotkań,
zabiegania, a nawet brania kredytu….
Czym są święta Wielkiej Nocy?
We francji mają inny wymiar, inną duchowość. Czasami dla polskiego katolika to tylko święcenie pokarmów…. Wtedy dorośli pokazują dzieciom kościół, tradycja ważniejsza od samego Boga. Dlaczego tak bardzo od niego uciekamy?
A gdyby tak przeżyć inaczej święta, bardziej spędzając je u boku Ukrzyżowanego…. .
Po to jest Wielki tydzień.
We francji, ten Świety czas zaczyna się od mszy krzyżma. Liturgia, przypomina księżom, ich misję głoszenia Ewangelii i blogosławieństwa….
Podczas mszy spotkałam Philipa,chłopaka, ktory bedzie chrzczony,w liturgię Wielkiej Soboty .Dorosły człowiek,który odkrywa Boga. Dane mi jest, odkrywać razem z nim. Jego radośc mnie zachwyca. Bardzo jej potrzebuję. Może jest odrobinę naiwna, dziecięca. Wybiera wiarę, i jest bardzo przejęty.Fajnie jest pobyć w obecnosci niezmąconej radości. Wnosi ze sobą błogosławieństwo.
W środę w kościele studenckim ,mlodzi robili adorację, a księża spowiadali. Piękny widok, twarze odświeżone źródlaną wodą, dusze oczyszczone ze smogu, oddychające świeżym powietrzem.Będące w obecności Stwórcy. Dawno nie odczułam takiego spokoju, bycia w odpowiednim miejscu. Dwie godziny… tylko… aż….takie małe nic….
Święty Czwartek -święto kapłanów.Jezus przy wspólnym posiłku, rozpoczął, co dziś nazywamy: mszą świętą. Byłam także u młodych. I zaskoczyła mnie oprawa liturgii .Czterech księży i wszyscy umywali nogi….. Robi wrażenie, pełna komunia, harmonia. Czas dla bliźnich. Czas, który tak często marnuję….. Czas którego nie doceniam.Wkroczenie w wielką tajemnicę jaką jest dar wiary. Darmo dostaliście, darmo dawajcie. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Kazanie było świadectwem powołania.Było wiele Pokoju podczas mszy. Mialam wrazenie, jakbym po raz pierwszy uczestniczyła w liturgi paschalnej. I gdy przyjełam komunie św, łzy się polały… zaskoczyły mnie, wzruszenie spotkania z Bogiem….
I adorowanie w ciszy…. Bez żadnych modlitw…. Pobycie z Nim sam na sam.Nieudolna próba wsłuchania sie, w to co chce mi powiedzieć….. I ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział mi na moje ostatnie pytania, potwierdził przemyślenia. Myśli chaotycznie krążyły, a jednak usłyszałam Go, w Milczącej Obecności lśnił blaskiem światła, które nie oślepia. Dawał rady, uzdrawiał, zwracał uwagę. I wtedy zrozumiałam wagę Adoracji Najświętszego Sakramentu…. Ta milcząca obecność zmusza do zamknięcia buzi, do zobaczenia chaosu…. do obudzenia się. W ciszy, On mówi…
I po raz pierwszy czekałam z niecierpliwością na liturgię Wielkiego Piątku…Kolejne zdziwienie…. To księża czytali Pasję…. Niesamowita harmonia i wielka tajemnica panowała wśród nich. Pozwolili sobie na luksus bycia sobą… Zanurzenia się w Słowo.Nie bój się uwierzyć!…. I mała dziewczynka, która idąc adorować krzyż, szła za tatą… Tak jakby sprawdzała, że On przy niej jest, że nic jej nie grozi…Trzymała go za kurtkę, by w końcu wziąć, przykład i ucałować krzyż. Ksiądz mówił o pięknie ciszy, aby nie zagadać Boga.. Aby pozwolić mu na działanie. Aby pozwolić ciszy, by w nas zaistniała, by wyciszyć w sobotę telefon,myśli, urazy. I droga krzyżowa w starej Nice. Piękne wielkie obrazy stacji, tłum ludzi i gapiów i spokój nocy….Czas refleksji nad Życiem. Zobacz swój trąd, a nie pokazuj palcami na innych!!! Jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Odkryj je! Zachwyć się nim! Przytul je! Wiara to nie godzina w niedzielę w kościele…Symboliczne zdjęcie z krzyża, w ciemnej katedrze w blasku świec, ogarnęła ciemności serca każdego z nas. Byliśmy na miejscu, gdzie człowiek zabił Boga. Mogliśmy się rozpoznać w Piotrze, Judaszu, w Marii Magdalenie…. W łotrach, żołnierzach…. Byliśmy tam…… Zostałam chwilę…. Aby na nowo uwierzyć. Potrzebowałam tej chwili…                                     I sobota. Czas Ciszy Ukrzyżowanego. Tylko wtedy, jest tak wiele do zrobienia… Jeszcze zakupy, sałatki… świecenie pokarmów…. Wszystko… Tylko nie pobycie w Ciszy….. Przecież święta… A więc trzeba, aby stół się uginał od smakołyków… A przy stole rozmowy o wszystkim, tylko nie o Jezusie.                   Wieczorna liturgia poświęcenia ognia i chrzty dorosłych ludzi, zachwyca mnie. W tym ogniu, jest szaleństwo Ducha świętego. Wszyscy ludzie patrzyli w ogień, tylko mała dziewczynka patrzyła, w   wzbijające się w niebo szalejące iskierki, niknące w przestrzeni wszechświata. Wymiar ludzkiego życia. Rozmowy w oczekiwaniu na rozpalenie ognia, były o Jezusie… Czułam się jak w drodze do Emaus…. Wzruszona Obecnością……

Harmonia Żywego Słowa, od starego testamentu, po zwierzenia apostołów. Proboszcz przeszedł wśród nas z księgą Ewangelii, jakby chciał powiedzieć: Żywe Słowo, jest wśród nas. Taka obrona, przed letniością. 4 Osoby zostały ochrzczone poprzez całkowite zanurzenie się w wodzie. Symbol Jordanu!… Nasz Zbawiciel przychodzi!Źródło Życia! Glos pustych serc. Ci młodzi, w świadomy sposób, zachwycili się Bogiem i zrobili krok ku wieczności. Pozwolili sobie na zachwyt nad tajemnicą wiary…. Otwarta księga Ewangelii w dzisiejszych czasach, wciąż aktualna. Świeża. Nie można się nie przejąć, gdy dzieją się takie wydarzenia. Nie można przejść obojętnie, ziewając…..Jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że mało czasu poświęcamy na obserwację, mało czasu jesteśmy w ciszy…..Przyjąć, aby zrozumieć, to, co daje nam liturgia Słowa pisanego dla mnie i dla ciebie. Ksiądz przypomniał o misji bycia chrześcijaninem, pełnym światła i mocy Jezusa. Bo jeżeli nie my to, kto????
Na końcu śpiewaliśmy… On się nam objawił, spotkaliśmy my Go,…. i co z tego wynika w moim życiu??

Nie można wyjść smutnym, po takich wydarzeniach. Nie można ….
Dla mnie była to Święta Noc Jego Obecności pełnej światła, delikatności i ciepła… Nawet gwiazdy były bliżej…..

Martwienie się czy sianie lamentu?

Tak naprawdę, nie interesuje nas zdrowie , innych…. Moje chroniczne zapalenie płuc mi to pokazuje…. Zamartwiamy się, przejmujemy się…. i nic z tego nie wynika. Wiem, że inaczej patrzę na chorych…. Bo sama jestem dotknięta pewnym rodzajem „upośledzenia.”… Nie wiem, dlaczego, człowiek zwraca większą uwagę na chorego, tak jakby zdrowy człowiek nie potrzebował bliskości. Znamy to z dzieciństwa, gdy rodzice nas otulali, gdy leżeliśmy, w łóżeczku, spełniając nasze kaprysy…. Czasami choroba dodaje sił, zwłaszcza, gdy jest uleczalna. Otwiera oczy!. Dziś odwiedziłam kardiologa, słuchałam jak bije moje serce…. Pogadałam sobie z nim. Nic mi nie zarzuciło, chociaż  ono nie ma żadnych problemów. Bije, wraz z moimi myślami tworzy całość. Dobrze jest usłyszeć siebie od środka. Zerkałam na ekran i troszkę przeszkadzałam lekarzowi… Nie mogłam się pohamować, aby nie zobaczyć go z bliska…. W końcu, moje jest.  Daje mi możliwość życia na ziemi. Chciałam mu powiedzieć, jak ważne jest dla mnie. Tak rzadko to słyszy.I tak sobie pomyślałam, aby interesować sie innymi, a nie tylko lamentować, trzeba poznać siebie, pogadać ze sobą, spojrzeć sobie w oczy. Zaakceptować swoje ograniczenia. Polubić siebie. By móc ze światłem, wyjść naprzeciw drugiemu człowiekowi. Tak jak robi mój profesor. Wielu psychologów o tym mówi….Tylko, kto ich słucha..Jesteśmy zbyt zaganiani, nie mamy czasu na głupoty…A tu nagle organizm nie chce jechać dalej i buntuje się  , poddaje sie , nie ma sił ,i wtedy zmuszeni sytuacja ,w najlepszym wypadku ,idziemy do lekarza…

.Moja choroba sprzyja refleksji. Uczy pokory wobec Życia. Zniecierpliwienie jest wielkie, no cóż do tej pory, nie dbałam o siebie… A więc, mój organizm ma prawo powiedzieć: i co się dziwisz, że z postawieniem diagnozy są problemy. Człowiek wszystko potrafi sobie wytłumaczyć. W niektórych sytuacjach to ma sens. Co do zdrowia……. No cóż zbieram konsekwencje, z  drugiej strony, wiem więcej o sobie, wiem więcej o zachowywaniu się wobec osoby chorej…. Najgorzej jest lamentować. Mam ochotę takiej osobie przyłożyć, aczkolwiek wiem, że inaczej nie potrafi się zachować, bo mnie nie rozumie. To moja choroba i to ja mam przez nią przejść. To mnie ma nauczyć  szacunku do samej siebie. Szacunku do Życia. Jasne fajnie, gdy inni dzwonią, pytają, dbają….. Dużo bardziej niż wtedy, gdy byłam zdrowa……. To też mnie uczy, aby częściej interesować się bliskimi. Nawet jak denerwują…… A nie tylko wtedy, gdy coś ze zdrowiem szwankuje…·Tak mało czasu mamy, a tak rzadko ze sobą potrafimy być.
Mój romans z lekarzami wciąż trwa. Nie myślałam, że choroba może tyle przekazać. Uczę się na nowo radości do życia….
Dziś usłyszałam, by nie bać się ciszy…. Aby w niej się zanurzyć….Kolejne przypomnienie…..

Spojrzenie w głębię duszy

, „Bo dopiero, gdy oczyścimy nasze spojrzenie, zaczną z naszych rąk wypadać kamienie ”(A. Pronzato).
Cos w tym jest. Tak rzadko inni patrzą na nas, gdy to się dzieje, nie potrafimy się zachować, my też unikamy spojrzeń innych. A przecież oczy to zwierciadło duszy. Jedna z „lekcji ” od mojego lekarza profesora Marquette….Wzrok niczym aparat fotograficzny zapisuje obrazy, które widzimy. Piękno natury, człowieka. Zachwycamy się, odprężamy, zapominamy o cierpieniu.. Łzy wyrzucają toksyny, a wiec nie warto ich tamować. Niech płyną, niech spokojnie pracują na naszą korzyść.
Mój szpitalny Anioł Stróż uważnie patrzy na mnie. Łagodność jego wzroku jest wielka. Szuka przyczyny choroby, nie tylko w badaniach, w moich oczach także. Oczarował mnie. Podczas trzeciej konsultacji, przyprowadził lekarza… Tylko po to, aby mu wytłumaczyć mój stan, i poprosić go, aby zrobił mi badania. (Musiałam się dobrze krzesła trzymać, żeby nie spaść, z wrażenia) Przedstawił nas, i  mówiąc o mnie, patrzył na mnie….A jak lekarz zostawił nas, to mi wytłumaczył, że;lubi jak dany lekarz widzi pacjenta….  Niby to nic wielkiego….. A jednak działy się cuda…. Uświadomił mi, jak ważny jest wzrok, jaki podarowujemy samym sobie i innym. Wtedy czułam się jak najukochańsza osoba na świecie. Czułam się, że istnieję, że jestem ważna…. A tylko, dlatego, że ktoś na mnie spojrzał głębiej….  Niż zwykle.
Tak często traktujemy siebie jak roboty, i zmuszamy innych, aby robili to, co my chcemy. Tragedia gotowa.
Moja szefowa ostatnio poświęciła mi minutę. Jej nie interesuje mój stan zdrowia. Chociaż jestem jej pracownikiem. Jest nieszczęśliwa w swoim świecie i próbuje zabić radość we mnie. Smutne. Pracuje na nieszczęśliwe życie. W pracy nikt jej nie lubi.  Wszyscy źle o niej mówią. Czasami, mi jej szkoda…..Tylko, ze ma funkcje osoby odpowiedzialnej za ekipę…. I nie potrafi, nie chce z nami wejść w dialog.
Tak  jak robi to profesor ze mną….. Gdy tydzień temu na konsultacji usłyszałam ,że jestem dzielna….. (wróciłam do pracy )i moja szefowa nawet na mnie nie spojrzała, nie miała czasu….. Wydała rozkazy i poszła……Dwie różne osobowości, dwie różne obrane drogi kroczenia przez życie.. Jakby nie profesor, nienawiść do niej, by zakiełkowała. A tak mój Anioł Stróż pomógł mi przetrwać…·Podstawowym zadaniem człowieka, jest motywować. Jest podnosić na duchu. Jest patrzeć wzrokiem bez lęku, wzrokiem; jesteś dla mnie ważny…A wtedy kamienie z rąk zaczynają wypadać…….. i wzrok zostaje oczyszczony….Tak się dzieje w moim życiu… Moja choroba uwalnia mnie od chęci rzucania kamieniami, a Anioł Stróż spokojnym wzrokiem i przykładem, którego nie mogę  nie zauważyć, przytakuje mi….. Nie mogę patrzeć wzrokiem złości… zdradzę samą  sIebie , to c o przekazuje mi mój lekarz… Inaczej jego trud pójdzie na marne..Bo, po co miałabym widzieć te cuda, uczestniczyć w nich, grać pierwszą rolę, wraz z profesorem wejść w dialog…. Jak nie, abym zmieniła swój wzrok na pełen łagodności i autentyczności w kontakcie z innymi.  Najpierw jednak porządki są konieczne. Do wyrzucenia masę toksyn, przyczepionych negatywnych emocji, strachu….A wiosna tuż, tuż…
Profesor wie, co wyrzucić….. a więc to ma sens…. Wiosenne porządki rozpoczęte…

 

Wspólne manowce radości

 

Miałam gości z Paris, 4-dni radosnych chwil. Moi I goście mają w sobie życzliwość  Aniołów. Takie mam znajomości. Obdarowują prezentami, ciepłem, pogodą ducha.. I obecnością, która nie męczy. I  tak w sobotę rano z opóźnieniem wylądowali w Nice. Trafili na burzowe klimaty. Deszcz nie żartował. Gdy tylko dotarli na miejsce, słońce łaskawie wyszło na powitanie. Wiatr nie za bardzo miał ochotę przestać się bawić. Zjedliśmy śniadanie, i moi- VIP-owcy pojechali na czerwony dywan w Cannes…. A ja poszłam do pracy….
W niedzielę, pojechaliśmy w góry. 80 km od Nice jest sympatyczna stacja narciarska -Valberg.  Było dwa autobusy. Mieliśmy słoneczne klimaty i dużo śniegu -piękna natury. Moi goście byli zaskoczeni (myśleli, że śnieg będzie na szczycie) Ze względu na mój ślimaczy krok nie pozjeżdżali na nartach..Towarzyszyli mi….

…. W Valberg byłam w lecie. Jest ścieżka Sentier Planétaire. Harmonijne połączenie układu słonecznego z górami. Spróbowaliśmy tak zwanych raquettes. Śniegowe buty. Jakoś nam ciężko się szło…. Oczywiście z moimi płucami, szłam ostatnia. Orły w śniegu, śnieżki, bałwan, ośnieżone szczyty. Rarytasy dla oczu. Odprężenie dla ciała. Gwiazdy nas prowadziły.. Płatki śniegu skrzypiały pod nogami. Oddychaliśmy gościnnością natury. Cisza zapraszała do tańca. Śnieg grał tango. Gwiazdy w chórku mruczały (nie było ich widać,) Wróciliśmy zmęczeni, i pełni  śniegowych klimatów.
Kolejny dzień- Monaco. Słońce nam towarzyszyło w drodze do księcia. Książę jednak nie wyszedł nas powitać……Nasze dialogi były bardzo luźne, tego potrzebowaliśmy. Uczyliśmy się być ze sobą. Uczyliśmy się wsłuchiwania w siebie, we własne kroki, w życie, które jest” tu i teraz”. Pojechaliśmy do Cap Ferrat -półwysep, niedaleko Nice. Piękna ścieżka do kontemplacji. Jako że było juz późno, nie zrobiliśmy całej trasy .Oprócz pięknej trasy ,posiadłości z kamerami ,murami.
I ostatni dzień -Nice. Zaczęliśmy od plaży. Morze powyrzucało po burzy masę śmieci. Słońce leniwie wstawało, i nie chciało pokazać lazuru. Morze uspokaja, trud spacerowania po kamieniach zostaje wynagrodzony przez muzykę fal morskich. Trud życia, zostaje pomniejszony poprzez kolory morskich głębin. Wzrok i słuch, wspólnie delektują się koncertem. Czas się zatrzymuje. Ciało spokojne funkcjonuje nabiera sił, do dalszych działań…..
Na starym mieście, są najlepsze lody.  Malutka włoska lodziarnia, rodzinny interes (w tej lodziarni właścicielami naprawdę są włosi często tak jest tylko z  nazwy) W słoneczku nasze podniebienia krzyczały z radości. Było nam niebiańsko dobrze. Wdrapaliśmy się na górę zamkową. Wodospad pomruczał dla nas. Widoki na Zatokę Aniołów i okolice  Nice, sprawiły uśmiech na naszych twarzach.
Włócząc się po uliczkach starego miasta, trafiliśmy na otwartą kaplicę, która rzadko jest do zwiedzania. Tam przez chwilę zostaliśmy zanurzeni w radość bycia człowiekiem. Chrześcijaństwo nabrało głębi. Kaplica ma św.  Terenie od Dzieciątka Jezus i Całun Turyński. Pan, tłumaczył turystom o historii kaplicy, robił to z pasją… Spotkał Boga, i się nim dzielił.
Całun turyński, przygotował nas do Wielkiej Nocy, którą niedługo będziemy przeżywać.
Na koniec pobytu, troszkę się rozpadało, Nice zegnała łzami……
Marysiu, Józku -dzięki za chwile radości, które mogliśmy razem spędzić. Mało zwiedziliśmy to tak żeby zostało na następny raz. Region ma w sobie wiele tajemnic do odkrycia. Niektóre z nich, wspólnie odkryliśmy. Dzięki za cierpliwość, i wyrozumiałość, do mojego zołzowatego charakteru i ślimaczego kroku. Płuca strajkują i z lekarzami bawią się w chowanego.
Dzięki za luzackie nasze dialogi, które oczyszczają z bycia bardzo poważnym. Z takimi trudno wytrzymać. Dzięki za prezenty, kubek z Aniołem i taca, aby zjeść śniadanie w łóżku, mają sens. Szczególnie teraz, gdy jestem na zwolnieniu. Dobrze mi było w waszym towarzystwie, mieliśmy okazję poznać się lepiej. Dzięki za świętą troskę, która promieniuje z was. I łagodzi objawy i lęki…..
Do następnego.

Wspinaczka ku Życiu

I wciąż moje płuca odmawiają posłuszeństwa. Wciąż nie chcą mnie słuchać. Twierdzą, że, teraz ich kolej. To ja mam ich słuchać. Zmuszają mnie do zatrzymania się na dłużej. Zmuszają do  nabrania dystansu, do wszystkiego, co mnie otacza. Pewnie mają rację, nigdy ich nie słuchałam.  Nadużywałam ich życzliwości….. Byłam nieodpowiedzialnym właścicielem, a wiec teraz dopominają się swoich praw.Oddech idzie w parze z siłami fizycznymi, które mnie opuściły. Mogę się ścigać w  chodzeniu ze ślimakiem. Na szczęście mam Anioła Stróża – lekarza Leczy nie tylko ciało, ale też duszę.Światło i Nadzieja nieustanie mu towarzysza. Kocha swoją pracę, kocha ludzi, kocha jak jego pacjenci zdrowieją. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, wiedziałam, że ma bardzo ważną rzecz mi do przekazania, (oprócz postawienia diagnozy i leczenia). I tak obserwując go, zdałam sobie sprawę, ze zagubiłam radość życia. Zaczęłam spadać w przepaść. Zamknęłam się wiezieniu czarnowidztwa…. I nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero choroba i poznanie profesora Marquette, pozwoliło mi zobaczyć, w jakim stanie jestem, a także, kim jestem. Postawiłam sobie pytanie czy chcę żyć???? Płuca postawiły mnie pod murem.  Nic nie dzieje się bez przyczyny. Dostałam w prezencie bezpieczeństwo, jakim mnie otacza lekarz, specjalista od rzadkich chorób płuc. Lepiej nie mogłam trafić. Już pierwsza konsultacja pokazała, że mam obok sIebie osobowość -VIP. Mój okrzyk łał, i zdziwienie są za każdym razem, gdy się widzimy. Czuję się jak księżniczka. Ma trzy córki, i na północy Francji, miał przyjaciół polaków. Stworzył warunki do dialogu, (rzadko się zdarza z lekarzami) ·Od razu obalił diagnozę, którą pokazało prześwietlenie. Spędziłam prawie cały dzień w szpitalu, uf…. Myślałam, że jajko zniosę…. Sam chciał pokierować kamerą i zajrzeć do moich płuc. Niezbyt przyjemne badanie, miałam znieczulenie miejscowe. Jego uważność jest wielka. Pewnie, dlatego zajmuje się rzadkimi chorobami. Leczy nieuleczalnych…. Scala człowieka, chroni go przed beznadzieją. Najważniejsze; patrzy na człowieka. Dla mnie szkoła życia. Przeczytałam wiele książek o radości życia, żadna z nich nie dała mi tyle, co profesor. Jakby nie chore płuca, nie poznalibyśmy się. Mając takiego lekarza, nie można mieć czarnych myśli. Nawet jak się denerwuje, to robi to z klasą. Nie pozwala złości, aby nim zawładnęła. Jest wymagającym szefem swojego oddziału.  Lubi porządek. Nie lubi  tracić czasu. A na poczekalni rozsiewa spokój i ciepło. Wita z uśmiechem, i nawet jak jest zmęczony, ma czas, aby wysłuchać i odpowiedzieć na pytania. Podczas drugiej konsultacji, był ze studentem. Tłumaczył mu mój stan, robił to z pasją….Powiedział mi, że mam dużo sił, że jestem dzielna…. Tego potrzebowałam. Jego ciepły głos mnie przytulił. Światło zapłonęło i wchłonęło ciemności. Jak tłumaczył studentowi, to pomyślałam, że jest świetnym wykładowcą. Wcale nie miałam ochoty ich zostawiać…. Na poczekalni był nerwowy pan, który towarzyszył swojej mamie. I profesor wszedł z radością życia, a ten imbecyl powiedział Niech pan się pospieszy… a profesor mu ze spokojem odpowiedział: skoro pan się spieszy…. Wskazał drzwi. Prawidłowo. Niezwykłe jest to, że to wszystko się wydarzyło, podczas dwóch konsultacji, które trwały po 15 minut.Piękna znajomość.  Lekarz, jakiego sobie wymarzyłam, jakiego chciałam poznać. I tak się stało. Wypisał mi przepustkę na wolność. Radość życia rozpakowała walizki, wykurzył czarne myśli i strach. Otulił ciepłem i nadzieją. Szuka powodu, chce być pewien, mam wrażenie, jakby był moim ojcem….. Wcale nie czuje się jego pajetka….A może jest wysłany z nieba…. Ma misję mnie uratować od użalania się i narzekania. (ostatnio za dużo narzekam) a przy okazji powiedzieć płucom, aby się nie wydurniały, i zapewnić je, że od teraz , będą miały lepsze warunki. Jest odpowiedzią na wszystkie moje pytania.  Jeden z nielicznych, który potrafi Być. Żyje Światłem, które nie oślepia, bo jest prawdziwe. Pochodzi z wewnątrz człowieka, ukazuje piękno człowieczeństwa, które tak często gubimy. Zazdrość, chamstwo, złość, użalanie. W takich warunkach piękno nie ma szans. Pasja bycia człowiekiem w zupełności wystarczy, aby nie zmarnować swojego życia.Nie ma co szukać w książkach, jadąc do Tybetu, czy też spędzając czas tylko w kościele. Wystarczy zacząć widzieć, aby zobaczyć piękno….. Moje płuca dają mi lekcje. Egzamin jest trudny. Mam świetnego profesora, który tłumaczy z pasją, to, co dzieje się w moim organizmie. I LECZY, to, czego nie widać, mojego poranionego ducha. Robi to,  ze świętą uwagą i delikatnością. Mam dużo szczęścia…… I MYSLE ZE TAK POSTEPOWAL Z LUDZMI JEZUS…. O tym mówią Ewangelie….