Jesteś dzielna -moc Nadzei

Nadzieja-piękna pani o szlachetnych oczach. Takie oczy ma mój profesor, gdy patrzy na mnie. Szukają przyczyny choroby, szukają odpowiedzi…. Nie tylko rezultaty badań są ważne. Przyczyna może być głęboko ukryta w organizmie. Ciało i duch jest kluczem , który pozwala zrozumieć, jak czuć się dobrze psychicznie, pomaga rownież w wyzdrowieniu organizmu. -tak twierdzi lekarz zmarły na raka.
Mój profesor podziela jego zdanie.
Oprócz światła pojawiła się Nadzieja, piękna pani. W szpitalnych murach, jest bardzo potrzebna. Jest opatrunkiem na strach przed postawioną diagnozą.
Profesor ma ją w sobie, rozświetlona, pełna kolorów. Rozdaje ją pacjentom,wszedzie gdzie sie pojawi. Nadzieja uzdrawia. Nade wszystko usuwa lęk.
Pacjenci nieuleczalnie chorzy, żyją dłużej, jeżeli są otuleni Nadzieją lekarzy… Nie chodzi tu o okłamywanie, tylko o przekazanie spokoju, o milczące ciepło spojrzenia… O poczucie, że ,nie jestem sam w obliczu lęku, którego nie da się wypowiedzieć. Potrzebujemy Nadziei.
Jesteś dzielna -tak powiedział mój profesor. Uśmiechnełam się. Tymi słowami wygonił lęk ze mnie. Wracałam jak na skrzydłach, pomimo chronicznego zmęczenia. Niczym „egzorcyzm „-moje ciało i duch, zostały opancerzone przed zwątpieniem. A zwątpienia jest bardzo dużo w moim życiu. Ono rozkłada na łopatki, zabiera siłę, wolę walki o Dobro.Jak dziki zwierz, im dalej od niego tym lepiej. W każdej chwili, może zaatakować. Nie da udomowić tygrysa, skorpiona… Chociaż niektórzy próbują..Burzą spokój natury. W jakim celu? Skoro w obliczu trudności, się złoscimy, mścimy,lub też uciekamy… chroniczny smutek nas ogarnia,prowadzi do choroby umysłu,nasze ciało też zaczyna słabnąć. I nagle ,smutek robi miejsce zaufaniu….do życia, do myśli pełnych kolorów nadzei. Moc słowa „jesteś dzielna”,zrobiła swoją pracę.  Zdałam sobie sprawę, jak dawno nie słyszałam takich słów. I jak bardzo są ważne.

Narodził się kolejny z rodziny arystokratycznej -Zaufanie…. :lol:. Cdn

Bez tytułu

Lekcje od pr Marquette. Na pierwszej wizycie zostalam otulona ciepłem…zaskoczona przejrzystością jego myśli, zaskoczona widokami z Mont Everest, na który miałam się wdrapać…. wtedy jeszcze nie wiedziałam. 4 wizyty,które zmieniły bieg mojego zycia,lekcje nie do zapomnienia. Promieniował światłem i rozdawał je za darmo, bez słów…..Wtedy jeszcze ignorowałam, że to dopiero początek drogi ku światłu, ku Życiu. Dziś jestem bardziej świadoma…(mineło dwa miesiące ). że.. Swiatło czyli ciepło … Bez niego ziemia przestaje istnieć. Człowiek umiera. Jest też światło wewnętrzne, niewidzialne….Gdy jesteśmy gotowi, otula nas, wskazuje drogę. Gdy jesteśmy zmęczeni samym sobą, podnosi, bierze za rękę i zaprasza do zatrzymania się, by na nowo pokochać Życie. Ludzie, mający w sobie światło mają wielką moc, nie można przejść obojętnie. Ich gesty mówią wiele, wypoowiadane słowa są rozświetlone, emanują promieniami słońca, którego tak bardzo potrzebujemy…. Budzą z iluzji,otwierają przestrzenie prawdy…. Nasze komórki lubią prawdę, chcą być zdrowe, spokojne, radosne. Tylko wtedy gdy współpracujemy z prawdą mozemy wyzdrowieć. 50 %chorób chronicznych, może być spowodowane dramatycznymi przeżyciami w dzieciństwie. Jak sobie z nimi poradzić w dorosłym życiu?Przecież i tak nie mamy czasu, aby spokojnie zjeść śniadanie, a co dopiero zastanowić się nad sensem swojego istnienia….. tego kim jestem…Jak nauczyć się żyć w zgodzie z samym sobą? Tego w szkole nie uczą… jednak są profesorowie, rozświetlający mrok w zmaganiu się z codziennością. Tak rzadko mówimy co myślmy…Podobno nie wypada, podobno mogę urazić innych …Nic bardziej mylnego….Każda niewypowiedzana emocja może smutek uczynić bożkiem…. „romans ze szpitalem „badania…. mi wyraźnie pokazały, że nie żyję w zgodzie ze sobą. I tu wkracza do akcji .,moj ziemski Anioł Stróż:szef oddziału, lekarz, profesor.I on znajduje czas dla siebie,obserwując przyrodę, chroniąc się w niej. Jeden ze sposobów, jak uchronić się od toksyn innych. Jest tylko jeden warunek, podczas wycieczek, mało mówimy, nie zabieramy słuchawek, zwyczajnie jesteśmy i próbujemy usłyszeć co nasze ciało nam chce powiedzieć.Dialog jest konieczny. W takich warunkach, dowiemy sie , czy jeszcze żyjemy, czy też, jesteśmy już martwi….. I wtedy Prawda zacznie swoją robotę….. co wcale nie jest przyjemne… ale tylko na początku….jest to proces tworzenia się  nadzieji …..pięknej pani o szlachetnych oczach,..cdn…..

Człowiek z Aniołem za rękę

Są ludzie, którzy swoim spojrzenie 8-) m, sprawiają, że łagodniejemy, stajemy się lepsi, i gdy spotkamy taką osobę, nie można przejść obok niej obojętnie.Taki człowiek jest Aniołem Stróżem…. Wciąż profesor Marquette mnie zaskakuje. Dziś byłam na wizycie. Moje płuca, mają swoje powody  i wciąż nie chcą puścić pary, co im jest…. Jest niewielka  poprawa, mają czas, nie spieszą się z całkowitym wyzdrowieniem. Być może chcą mnie uchronić przed niewdzięcznością….Czekając na profesora, byłam spokojna, ufam mu jak dziecko..

Pomimo że wciąż łamie sobie głowę, co do moich płuc, nie pozwala mi się poddać. Wszystko to dzieje się poza słowami.Rozmawiając o płucach, rozmawiamy o wdzięczności za Życie. On nie mówi, on działa. Jego cisza, w której jest zakodowana wiadomość dla mnie, ma głęboki sens. Wiem, o czym mówi, przekazuje same ważne rzeczy.
Najpierw było światło, później nadzieja, pogoda ducha z poczuciem humoru, święta uwaga, łagodność w słowach mi zaimponowała, i umiejętność słuchania.
Dziś wdzięczność się pojawiła wraz troską.
Był ze studentem, tłumaczył z uwagą, szukał w moich oczach, a raczej dodawał nadziei… Taka rola lekarza. Zaczęłam czytać felietony, zmarłego na raka  lekarza, który był przekonany, że w dużej mierze wyzdrowienie zależy od zaufania, jakie się może narodzić między pacjentem a lekarzem. Jasne, czasami nawet zaufanie nie może pomóc….
Aczkolwiek coś w tym jest. Mój profesor budzi zaufanie. Stwarza warunki, do poprawy mojego stanu zdrowia potrafi Być. Dziś dowiedziałam się, że, lubi wypady w naturę. Tam szuka odpoczynku, tam nabiera sił.Ostatnio był w kanionie Verdon, zaobserwował kwiaty, które nie powinny w tym okresie się jeszcze budzić…Jest tak ciepło, że już zakwitły.  Zobaczył je,i okiem romantyka opowiedział o nich…
Powiedział do studenta, że lubię piesze wycieczki, i że nie jestem leniem….. (czasami jestem )I tak sobie pomyślałam, że właśnie ,te „wypady na pogaduchy ” z naturą, sprawiają ze wciąż mam siłę, pomimo chronicznego zmęczenia, nie wyobrażam sobie abym siedziała w domu…
No cóż skaner płuc pokaże, czy aby mój stan się poprawił na dobre. Dopiero w lipcu się dowiem. Póki, co trawię, to wszystko, co profesor mi przekazał. A jest tego, czekają mnie ważne egzaminy. Mając takiego profesora, mam nadzieje, że zdam. Moi egzaminatorzy to ludzie z pracy,rodzina, przyjaciele, nieznajomi, ci, którzy mnie denerwują, którzy ranią, i ja sama, chyba najgorzej mi wyjdzie ocenianie. Nie jest łatwo realnie ocenić samą siebie…. I tym egzaminem jest Życie w naszym pięknym domu-ziemi. Czas pokaże, na ile zapamiętałam lekcje mojej choroby i profesora.
Dziś przypomniał mi o wdzięczności połączonej z troską.
Troska i wdzięczność. Co jedno ma do drugiego?
Z wdzięcznością troszczymy się efektywniej, z łagodnym wzrokiem wymagamy, głos spokojny wypowiada słowa ważne, wyważone, ze szczyptą poczucia humoru, pomagamy innym przetrwać trudne chwile. I radość jest bardziej szczera, gdy innym się udaje, gratulujemy im… Łatwiej nam się słucha, wyłapujemy szybciej sens z bełkotu słów. Nie marnujemy czasu, jesteśmy bardziej zorganizowani i wymagamy tego od innych. Sugerujemy, a nie każemy. Doceniamy wysiłek, zwracamy uwagę. Jesteśmy w teraźniejszości.
Wdzięczność szczerzyła do nas zęby. Warto zainwestować w troskę połączoną z wdzięcznością. Warto pochylić się i powiedzieć Życie jestem ci wdzięczne! Warto przytulić wszystkie osoby, jakie spotkaliśmy… Warto skoncentrować się na wyciśnięciu Dobra z każdego dnia. Warto pomimo wszystko zadbać o Życie. Zawalczyć o nie. Aby móc się zacząć troszczyć, bo gdy nie lubimy swojego Życia, nie mamy powodu, aby być wdzięcznym, a więc nie troszczymy sie ani o siebie ,ani o innych…..  Tylko udajemy.

Zapachniało jaśminem…

Życie na różowo w smogu

Czas, w którym odpoczywamy i zakochujemy się na nowo w życiu codziennym to urlop. W  ostatniej chwili, pomyślałam , że, spędzę go wśród bliskich mi ludzi w Paris.  A więc Tgv i przygoda z wieżą Eiffel pod  rękę. W pociągu siedział chłopak, któremu padła bateria. I nie wiedział, co ze sobą zrobić.Szukał gniazdka, jak alkoholik alkoholu. Uzależnienie od iluzji.Spotkanie z drugim człowiekiem jest mu obce. Łatwo można wpaść w pułapkę seriali, muzyki,…. i narzekać na samotność. A…Tyle ważnych spotkań możemy przeżyć, a przechodzimy obojętnie, szukając gniazdka…..

I Paris , deszczowe klimaty mnie powitały i Marysia ze swoją nieziemską życzliwością. Zapachniało radością spotkania. Kilka dni przytulania się, bliskości z życzliwością, zielonymi łąkami szlachetnych emocji, niczym na  łące  pełnej  kolorowych i pachnących kwiatów. Nic, tylko otworzyć szeroko ramiona i zrywać garściami pachnące kwiaty spotkania.Moje płuca nabrały siły, moje serce miłości. Kolory lata dodawały uśmiechu. Smog, nie miał prawa wstępu, czyste powietrze było naszym kumplem, w czystych intencjach, w ogrodzie, w którym bliskość sadzi pomidory, maliny….. Wszystko bio……. Zachwyt nad niespodziankami. I nade wszystko ludzie, z którymi czas nabiera sensu życia. Jest bajkowym klimatem, najczystszego zachwytu nad wielkością otwartości i źródłem utrzymania równowagi w życiu. Bynajmniej dla mnie…
Odwiedziny kuzynki, nawet kiełbaska była  z grilla pieczone ziemniaki i słońce z nami zasiadło do stołu, hm…Trochę za dużo Martini wypiło, bo po południu zaczęło szlochać…Deszczowe klimaty…. Dzieciaki kuzynki rozrabiały, mała Iza mówiła, że jest ładna i jadła mi z ręki….One wiedzą, kim są. I nie udają. Są błogosławieństwem nieba. Piękny czas, spotkania przy stole i świadomość, że możemy na siebie liczyć.
Takich spotkań było wiele.
Doceniam i pochylam sie nad takim czasem. Bezcenny!!Po czterech latach mieszkania na południu, wciąż chcemy się spotkać. Pobyć razem, chcemy wiedzieć co dzieje się w naszym codziennym życiu. Chcemy, a nie musimy, a to  wielka różnica. Spotkałam sie z ludźmi , z którymi spędziłam dużo , dużo pięknych chwil..Deszcz malował na zielono, a my w barze ,w przestrzeni bliskości dotykaliśmy tajemnicy przyjaźni. I to jest skarb, diament, w takich chwilach zmarli powstają, smutni się śmieją, chorzy zdrowieją. Taką moc ma człowiek, który chce się spotkać. Nawet kelnerzy z ciekawością na nas patrzyli. Emanowaliśmy krystalicznym spojrzeniem ciepła….Tego potrzebowałam…..Dotykaliśmy tego, co ważne, a być może i najważniejsze….. I nie zamieniłabym tych chwil, na żadne inne…. Miałam wszystko, morskie głębiny raf koralowych, ośnieżony szczyt Mont Everest, wyspy  o bajkowych kolorach. To wszystko w barze, padał deszcz…. I podróżowaliśmy w czasie, rozmawiając, pochylając się w ukłonie nad radościami i smutkami. Trwaj chwilo..!..

I kolejne spotkanie, rodzinne.  A więc znowu, wspólny stół…Opowieści.. Pierwsze spotkanie z narzeczonym kuzynki, było bardzo cieple. Niedługo ceremonia zaślubin. Radość wielka! Jaśmin pachniał… a piękne różowe kwiaty czereśni radowały nasze oczy. Bez narzekania spotkanie ma sens. Ciepło i życzliwość była na pierwszym miejscu. Uczyliśmy się być. Telewizor milczał, a my rozmawialiśmy.To ludzie tworzą miejsca.Rodzina to nade wszystko umiejętność przyjmowania,szacunku,do siebie nawzajem. Gdy szacunek zasiada do stołu, narzekanie mu ustępuje.

I śniadania z ptakami…Mniam. Odpoczynek w luksusowym hotelu. Za darmo. Żadnych planów. Błogosławieństwo!
I okazało się, że kumpela z pracy, nie ma się gdzie zatrzymać, a więc Marysia przygarnęła ją..
I kolejne spotkanie ze Stwórcą  w bazylice Sacre Cœur.  Chwila odpoczynku w obecności Boga -Człowieka. Uwielbienie za tych wszystkich, których spotkałam podczas tego pobytu. Montmartre . Artyści. Deszcz nas zaskoczył, schroniliśmy się na kawie.I kolejne  spotkanie,po długim czasie.Świętość – spotkania  otwierała ramiona. Dobre nowiny, mieszały się z trudnościami. Samo życie. Wyzwanie dla ryzykantów. Byliśmy. Chroniliśmy się przed zwątpieniem. Spokój uśmiechał się do nas, słonce nieśmiało przebijało sie przez chmury.

Wieczorem(, nie planując )byliśmy w teatrze. Grupa Mozarta -akurat była w Paris(ba specjalnie dla mnie) Magiczny czas, pokazali klasę.Spektakl prawdziwych artystów. Każda sekunda była ważna. Muzyka klasyczna w harmonii z muzyką z filmów, muzyką współczesną, plus humor z klasą. Francuzi byli zachwyceni, my też, 20 lat na scenie, mówi samo za siebie. Teatr ma 700 miejsc, prawie wszystkie były zajęte. Super chwile.
I pizza na kolacje, w knajpie, prowadzonej przez małżeństwo. I znowu rodzinnie.
Niedziela była deszczowa. Słońce tylko chwilowo sie pokazywało. Pewnie stwierdziło, że  mam go w nadmiarze w Nice. A wiec w Paris nie musi mi świecić. No cóż. Wyszłyśmy na długi spacer, kawka z ciasteczkiem malinowym, ogrzało nas.
Na placu Saint Michel, muzyk brzdąkał na gitarze. Oczarował mnie! Pozwolił mi wejść do swego  świata. Głos harmonizował z jego osobowością. Łagodził, uspokajał. Clement, zaczarował mnie na chwilę, znalazłam się w kolorach bardzo ciepłych słów, myśli, emocji. Mało artystów ma taką moc. On pozwolił wejść w świat muzyki, którą interpretuje. Zrobiło się gorąco….. i zachwycająco
Pyszny naleśnik po bretońsku z cidre….Po długim poszukiwaniu znowu w rodzinnej atmosferze.Jaśminowa herbata umilała nam czas. Zrobiło się cieplej. Pan żartował z nami….I msza  św. w katedrze Notre Dame. Kardynał Andre celebrował. Aniołowie i święci uwielbiali Stwórcę, razem z nami. Czas zachwytu nad tajemnicą wiary.
Zakończyliśmy najpierw Mojito  a w domu szampanem…. No w końcu wakacje…Śmiechu było bardzo dużo…Radość głupich tekstów nas nie opuszczała. I właśnie o to chodziło. Wyczyścić mózg, z bycia ciągle poważnym, aż do znudzenia. Jak zwykle pyszna kolacja (wciąż darmówka )
I ostatni dzień, no i słońce raczyło nas ogrzać. Okulary słoneczne zostały założone.
Czas wracać do rzeczywistości, do codziennych obowiązków. Z nowym spojrzeniem, będzie łatwiej ,z takimi wspomnieniami, uczty,  pod każdym względem, aż żal opuszczać Paris. To ludzie tworzą miejsca. To ludzie mają potężną moc, z której tak rzadko korzystają. Ci, których spotkałam, umieją korzystać z tej mocy. Będąc w ich towarzystwie serce szlachetnieje, oczy się śmieją, zmarszczki znikają, zachwyt staje się nieustannym przyjacielem.

Bez tytułu

Ostatnio często mnie kłują, zabierają krew do analizy… Zaczynam mieć alergię na igły… No cóż równowaga w organizmie musi być. Inaczej tak zwana choroba panoszy się.
W dalszym ciągu pertraktuję z moimi płucami.Daję im zdrowy pokarm. Jak najmniej toksyn, duzo słońca,spokoju, ludzi mówiących tym samym językiem duszy. Oni są bardzo ważni! Mają wielką moc uzdrawiania. Często nie zdają sobie z tego sprawy i trzeba im o tym mówic.
I w tak we wtorek ,w piękny poranek  po pobraniu krwi,siedząc na kawie i dobrej bułeczce, przytulając się do słońca i planując dzień, zadzwonił telefon…. I tak moje plany zostały odłożone na nastepny dzień…
Siedziałam na zewnątrz, obserwując przechodniów.Babcia z wnuczkami, (małe księżniczki grzecznie się trzymały się za ręce) rozsiewały radość, swoimi wdzięcznymi głosami.Małe chciały wstąpić po bułeczki, niestety od babci usłyszały okrutne słowa…. to jutro… nie dziś…. na co obydwie westchnęły ooooo…. I grzecznie poszły ze smutkiem w głosie… Wszystko na jutro, wszystko kalkulacja… doprawdy z takimi dorosłymi trudno wytrzymać
Najpiękniejsze chwile to te,nie zaplanowane,które zaskakują kolorami.Mam wielkie szczęście w nich uczestniczyć, zapamiętać, spróbować podać dalej. Życie na to zasługuje, abyśmy nie umarli żywi! Człowiek potrzebuje Prawdy. Żyjąc w zakłamaniu, potrzebuje źródlanej wody, spotkań uważnych, a zarazem pełnych dziecięcej radości.

W moim przypadku „strajkujące płuca „pomogły mi w znalezieniu Prawdy we mnie…. Choroba związana z niepewnością jutra są czasem zobaczenia iluzji i fałszu. Co wiem o jutrze… Nic… Nie jestem w stanie przewidzieć, co się za sekundę wydarzy… A bawimy się w przepowiadanie przyszłości. Czy to nie śmieszne?Racjonalnie myślący człowiek nie jest w stanie przyjąć życia,takie jakie jest. I ja do tej pory, też żyłam w iluzji… I nagle płuca pokazały mi, jak na mało rzeczy mam wpływ…. I z pomocą przyszedł lekarz. Wciąż mnie zachwyca,jego łagodność ma nieprawdopodobny wpływ na mnie.
Kolejną znajomością jest ksiądz Nikodem, mówimy tym samym językiem. Fajnie jest spotkać osobę, która rozumie, co się do niej mówi. Która szuka dialogu i ma niezwykłe poczucie humoru. Życie nabiera sensu. Nieznane wody stają się znane,niepewny krok staje się pewny, mrok staje się jasnością. Anioły przychodzą zawsze niespodziewanie. Nie trąbią, nie zapowiadają się za miesiąc, czy za rok. Dzwonią i pytają
-co robisz?
-wybierzesz się ze mną w odkrywanie nieznanego ?
Tak było we wtorek, a więc nie mogłam odmówić takiego spotkania. Zero toksyn, to jest tak popularne bio…..Ani jedno slowo nie zostało zaplanowane, ani jeden gest….. Takie chwile uczą radości bez powodu. „Łał” staje sie nieodłącznym przyjacielem. Głupcem jest ten, kto uczestnicząc w takim spektaklu tańczącego życia, nie łagodnieje, nie zmienia zdania, nie uśmiecha się do swojego, jak często poplątanego bycia…..
Kamienista plaża, lazur morza,kąpiącego się w słońcu,  pyszne ciastko z kawą i specjalnie do tego kupioną bita śmietana. To bardzo ważny dodatek.Wakacyjne klimaty ,w kwietniu, we wtorek… A co.
Ochrona przed zwątpieniem, przed frustracją, zardzewieniem od rutyny. Wielki chrześcijański obowiązek każdego z nas, zwłaszcza księdza.
Plaża przyjeła nas, słońce wygładzało zmarszczki, a  my byliśmy, nie dbając o stanie na baczność ze sztucznymi słowami….Jak często w rozmowach wkrada się sztuczność. Nie cierpię takich rozmów. Nie wiadomo o czym gadać.
I w końcu wyruszyliśmy, trochę pojeździliśmy,zanim trafiliśmy do naszego celu. Tak jest w zyciu,człowiek też szukając kręci się, błądzi i w końcu dociera do celu.
Masyw Esterel-wulkaniczne klimaty, czerwone skały, pamiętające czasy paleozoiku.Wpadają w morze, nieźle się urządziły…. Pełna harmonia. Radość dla oczu, i ta szlachetna cisza, która towarzyszy górskim klimatom. To jest odpoczynek, to jest to…. o czym nie można opowiedzieć, co wymyka się słowom.
I jak się nie zachwycić. Trzeba być durniem.
A my nie chcieliśmy być durniami i w zdumieniu i zachwycie odkrywaliśmy przestrzenie Esterel…. Ach….. Byliśmy na  Pic de l Ours… Niedźwiedź się nie pokazał. Nie ma co go budzić. Rozmowa i cisza mieszały się ze sobą. Każdy stawiany  krok był… zdumieniem i my tu mieszkamy…. Piękno natury krzyczało: nie waż się narzekać!! Nie śmieliśmy….. Rodzinnie się zrobiło, bo o niej mówiliśmy. I o naszym Stwórcy i o radości…..
W końcu powrót, i kolacja w Cannes….. Czerwonego dywanu nie było….  Za to były czerwone skały ze swoimi skarbami, które niedawno opuściliśmy… No cóż restauracja, której nie polecamy…. Bywa..Obsługiwała właścicielka,niekoniecznie do końca szczera… Biznes. Klient na drugim miejscu.. I dobrze wiedziała że jedzenie nie jest….najlepszej jakości  Za to wino otworzyła dobre….. No cóż nie ma idealnych dni. Są harmonijne dni, pełne radosnych chwil… A to o wiele ważniejsze.
W rozmowie o Stwórcy, wreszcie po raz pierwszy kapłan powiedział mi jak jest rola księdza w dzisiejszym świecie…. I zgadzam się z nim.I Ewangelia i  sw Augustyn i Thomas Merton i de Mello i Ojcowie pustyni i moj lekarz i wielu ludzi ktorzy szukająBoga.(powyzej wymienieni maja wielki wplyw na moją wiarę ,na moje  pojmowanie istnienia Boga )
I tak ksiadz Nikodem w dwoch zdaniach powiedział…jedno  z zadań to Obudzenie czlowieka,wychodząc do niego z  Ewangelią ,a najlepszą formą jest spotkanie. Kościół nigdy nie był idealny i nie będzie…..A Bóg i tak przychodzi…Takiej postawy powinni uczyć w seminarium..
Pomarańcza i bita śmietana nieźle się komponują… A co….. I to jest po chrzescijańsku, bo wszystko co Bóg stworzył  to Piękno …Ważne jest aby umieć z tego korzystać…..po owocach ich poznacie……

 

Ważne jest by nigdy nie przestać pytać

<<Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez pytania . Wystarczy, więc, jeśli spróbujemy zrozumieć, choć odrobinę   tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć<< -Einstien ….
Ostatnio Eistien „chodzi za mną „…..Tak jakby naprowadzał mnie na istotę życia. W tym tygodniu jedynie, poniedziałek był pełen słońca. A więc spędziłam ten dzień w parku…. Leniuchując z mrówkami, owadami, ptaki jak zwykle koncertowały. Raj dla psów, pozamykanych w domach….. Zieleń ucisza burzę myśli…. Nie mogłam się oderwać od książki, czytanej wraz ze słońcem. Nieustannie mi zaglądało przez ramię. Dobrze nam było razem. A czytałam o historii żydowskiej rodziny z Sarajewa, były to wspomnienia…. I co mnie zaskoczyło to opisywanie w formie błogosławieństwa. Opisywał trudne chwile, zwątpienia, cierpienia i cała rodzina siebie nawzajem błogosławiła….. I tak pomyślałam, o mojej rodzinie… Jak dużo  czasu spędzamy na głupich rozmowach o niczym ,albo o Bogu ograniczając Jego miłość.  Tytuł tej książki był adekwatny do treści :Les lumières de Sarajevo.
Światłem tej książki było błogosławieństwo i miłość rodziców opisującego dzieje. Prostota tej książki mnie zaczarowała, leżąc w trawie, w towarzystwie motyli, i nie tylko, nawet o jedzeniu zapomniałam….
Błogosławieństwo ma wielką moc. Jasne , uczciwe życzenia, a nie udawana maska. Oni nic innego nie robili, tylko sobie błogosławili…..To były czasy wojny….Ok… i ta rodzina zamiast zamknąć się w bezdusznym, krwawym ogólnym znienawidzeniu człowieka, błogosławi. Żyje! Kocha się miłością bez granic! Przykład dla mnie, przykład dla naszego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na tajemnicę miłości. Zainspirowała mnie historia tej rodziny…. Próbuję przejść ponad różnice i stare rany…. Ważne jest, aby nie przestać pytać -szepcze Albert…Pytamy o pogodę… a nie pytamy o stan ducha….
Reszta tygodnia w deszczu, wiatr jak zwykle kołysał fale morza. Śpiewał swoją pieśń. W piątek spotkałam się ze znajomym z pracy, zabrał mnie do szarmanckiej restauracji… Klimatyczna knajpka, z wielką dozą prostoty. Rodzinny interes (kolega policzył, było nas ok 50 osób) Obok nas usiadły dwie panie… Obsługa „ogarniała” klientów, z radością, bez natręctwa dbała o nas…. Taka rzadkość…Ludzie rozmawiając, brzęczały  jak pszczoły w ulu. Przeważał spokojny klimat,   w towarzystwie bliskich osób. I właśnie, obiad mnie zaskoczył. Genialna koncepcja, i nawet wszystko zjadłam (a rzadko mi się to zdarza) Było bardzo smaczne i w sam raz. A wiec na moim gorącym talerzu pojawiła się sie rybka, ziemniak w mundurku, kilka marchewek w całości, fasolka szparagowa, jajko na twardo, pokrojona cukinia i do tego majonez z oliwą  i z czosnkiem…. Swojskie jedzenie, rybka świeża, palce lizać….Takie regionalne rarytasy… Nie dziwne, że było, tak dużo ludzi. I przy okazji, pogadaliśmy, z naszymi sąsiadkami. Obie, pracują na lotnisku…. I w pewnym momencie jedna przeczytała, że wybuchł pożar w jednym z budynków w Paris… na co druga: nie możesz przeczytać dobrej nowiny… na co ja; dobra nowina jest ta że zjedliśmy pyszny obiad, rozmawiamy, jest sympatycznie….. I te panie podłapały temat… Byliśmy, ogarnięci ciepłem teraźniejszości. Piękny czas! Mogliśmy nie zamienić ze sobą ani słowa… Mój kolega rozpoczął rozmowę, która przerodziła się w uśmiechnięte słowa… Jedna pani odkłada wszystko, co ważne  na emeryturę..No cóż, tak też można…. Po mojej diagnozie….. Już nie odkładam….. Za mało czasu spędziliśmy, aby jej to powiedzieć.
Święta ciekawość pojawiła się w nas i w dialogu nawet nie narzekaliśmy…. Spontaniczny duch dziecięcy ciekawości stawiał pytania, chciał wiedzieć….. I nawet się przejaśniło…. Zaskoczona królewskim obiadem, poszłam do laboratorium po wyniki….. Hm….i kolejna dobra nowina…. nic nie znaleźli…. No to mój profesor się ucieszy…I będzie dalej szukał. Jednak z jakiegoś powodu, moje płuca wciąż strajkują… Przejęły kulturę francuską. Francuzi kochają strajkować….
A na koniec dnia spacer brzegiem morza… Deszcz przestał grać, ciepłe powietrze wirowało z falami…. W parku, gdzie zwykle sa koncerty…Festiwal trwający całą noc. Współczuję mieszkańcom okolicy… Pop, pomieszane z techno.. Jak odgłos młota uderzającego o blachę. Zeszłam na plażę, i chwilę musiałam spacerować , by usłyszeć czysty dźwięk morza.Pogłos młota, dawał czadu, zdecydowanie wolę muzykę Stinga…. Zresztą jakakolwiek muzyka przy morzu wymięka. Młodzi pili whisky z  sokiem jabłkowym, ojciec siedział obok syna, jedni biegali, drudzy robili tylko zdjęcia, nie próbując zapamiętać uroku tej chwili. Chłopak łowił ryby i było mu z tym do twarzy, inny medytował z zamkniętymi oczami…. Dzieci łapały wiatr…. I jakby nie moja jeszcze nie do końca zdiagnozowana choroba, przeszłabym obojętnie obok tych wydarzeń..Jak ta pani która odkłada na emeryturę…

Wystarczy, więc, jeśli spróbujemy zrozumieć, choć odrobinę  tej tajemnicy każdego dnia-szepnął Albert Einstein.