Saint Jeannet-miasteczko szlachetnej prostoty

Saint Jeannet-miasteczko u podnóża masywu skalistego Baou Saint Jeannet (Baou lub bau to wzgórze, urwisko lub stok, które często mają płaski wierzchołek) U jego stóp płynie Cagne. Idealna górka do wspinaczki. 800 metrów  potęgi natury.
Kilka szlaków, które otwierają oczy z zachwytu, a  cisza szaleje z radości. Można zobaczyć ruiny le Castellet, obronnej owczarni, domki pasterzy, w kształcie igloo (wyglądają jak kupa kamieni) Niesamowite, że tam mieszkali kiedyś ludzie.. A dziś tak narzekamy, budujemy domy, w których nie mamy czasu mieszkać, tak bardzo łapczywie, bezmyślnie kupujemy przedmioty, których ani nie używamy, ani się nimi nie cieszymy.
Na szczycie Baou, jest ławka i stół orientacyjny, uświadamia nas, co możemy dookoła dostrzec, co jest całkowicie za darmo, co nas dopinguje, aby nie stać w miejscu. Panorama prezentuje się  niesamowicie, alpejskie szczyty parku Mercantour, doliny nicejskie, aż po Antibes, można dotknąć wysepki Lérins, i masywu Estérel, przy dobrej widoczności i Korsykę.
Miasteczko jest pełne uroku, pełne autentyczności. Kręte uliczki, często pochylone („kalady”), złamane przez schody, aby wyeliminować skutki podrywania przez deszcz, zadziwiają. Jest to charakterystyka ścieżek prowansalskich. Czasami te uliczki prowadzą  do kościoła parafialnego.
Kolejne szarmancie miejsce odkryte.
Historia Saint-Jeannet pozostaje niepewna, ale oficjalne dokumenty świadczą o kilku wioskach Sancti Johannis u stóp Baou i Alagody, od XI wieku. Dziś można zobaczyć, domy tworzące średniowieczną obudowę, która milczeniem mówi o byciu odważnym I pełnym pomysłów. Piękno góry, mówi samo za siebie. Wcale się nie dziwię, że tam postanowili zbudować miasteczko. Ciekawostką jest, że wiele domów było budowanych od strony południowej, aby słońce ogrzewało jeszcze mocniej, a Baou chroniła od silnych wiatrów. Wszystko jest po coś. Człowiek jest twórczy, tylko czasami leniwy…
Mam wrażenie, że czas zatrzymał się na początku września. Jest tak przyjemnie, słońce nie parzy, tylko ogrzewa, przytula.
Wzięłam ze sobą ciepłego polara, którego nie potrzebowałam. Tym razem nie straciłam ani centa. Miasteczko jest 20 km od Nice. Ostatnie przystanki jechałam sama. Kierowca zatrzymał się i poszedł sobie kupić coś do jedzenia. Oczywiście zapytał mnie.
9.30 i szlachetna cisza pije poranną kawę, koty leniwe się wylegują. Spokój – szlachetnie urodzony rycerz człowieka. Szlacheckie towarzystwo miałam.
Gdy znalazłam oznaczenie szlaku, (nawet dobrze mi poszło) cisza od razu wzięła mnie pod ramię, pokazywała swoje włości. Kufer ze skarbami, jest niczym w porównaniu, z przestrzenią górskich szczytów.
Kilku biegaczy mnie wyprzedziło, a ja miałam trudności z wchodzeniem. No cóż, eozynofile w akcji, nie lubią wysiłku fizycznego, a więc się wkurzają, a ja im robię na przekór i tak sobie odbijamy piłeczkę. Póki, co daję rady.
Górka malutka, aczkolwiek skalista, pełna treści, jakich żaden człowiek jeszcze nie napisał I nie napisze.
Natura jest najlepszym pisarzem. Ona też powinna dostać Nobla.
Jesieni za bardzo nie widać, niektóre partie drzew pozłocone, gdzie nigdzie troszkę czerwieni. Niestety mała ilość deszczu wysusza ziemię. Drzewa usychają z pragnienia.
Baou intryguje. Jest prosta, stanowcza, widać, że nie lubi kompromisów. Lubi ludzi odważnych, lubi ludzi z pasją i takich przyciąga. Wszystkich jednakowo traktuje. Pokazuje panoramę wszystkiego, co posiada.
Jest motywująca, wielkie kamienie, po których trzeba się dostać na szczyt, są jak trudne dni, które mijają. I nagle pojawia się cudny widok nieustannej współpracy morza, nieba i gór.
Baou mówi: Bądź uważny, na to, co każdy dzień Ci ofiaruje. To czym się tak zachwycasz jest darem. Ławeczka w kamieniach, słońce rozgrzewające, cisza u boku i panorama zapierająca dech w piersiach. I pan, który usiadł sobie na ławce. Zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że jest przewodnikiem górskim, na emeryturze.
Rozmawialiśmy o górach, o tym, co dla nas ważne, ku mojemu zaskoczeniu, przez chwilę towarzyszył mi. Uciekliśmy ze szczytu, bo pojawiło się dużo ludzi i zaczęło być głośno. Polecił mi ścieżkę, pokazał dobrze zachowany domek pasterzy. Wybrał mi ścieżkę ze słońcem. Sympatyczne spotkanie. Po drodze spotkałam wielu ojców z dzieciakami. Dzieci uczą się odwagi, u boku troskliwego ojca. I to jest cudne. Słuchawki i telefon tego nie zapewni. Młodzi, nie potrafią, bez słuchawek w uszach egzystować. Przyklejeni  do zimnego ekranu telefonu… Kiedyś to przytulanie się, chodzenie po drzewach było potrzebą… Obdarte kolana, chleb z masłem i na dwór.  Młodzi wciąż się spotykają, tylko każdy z telefonem, wirtualnym życiem. Gry. Zmora rodziców.
Codziennie w Nice spotykam młodych siedzących na ławce i grających.. I  spotkałam młodą mamę z maleństwem w siodełku, tez potrzebuje oparcia w ciszy.
Obiad jadłam w towarzystwie motyli ,słońca i delikatnego wiatru. Cóż za towarzystwo! Domek pasterzy, przypominał o prostocie życia.
Można było usłyszeć jak natura oddycha. Wiatr delikatne kołysał, jadł obiad ze słońcem. Podzielili się ze mną.
Brak ludzi czasami jest potrzebne dla równowagi ducha i umysłu.
Toksyczne myśli sypały się jak łupież, wiatr pomagał i rozsiewał je po górach.
I w pewnym momencie zgubiłam szlak (a pan przewodnik mówił, aby nie skręcać ani w prawo ani w lewo) no cóż, taki mój urok. Troszkę sobie poodzierałam nogi, szukając ścieżki, tym sposobem przypomniałam sobie dzieciństwo. W końcu odnalazłam i  spotkałam wiewiórkę, szybko uciekła.
Nie miałam żadnego planu w głowie, a więc wybrałam szlak z drugiej strony Baou la Gaude. Kamienie się uśmiechały, niebo odwzajemniało radość, cisza nie opuszczała mnie ani na chwilę. Kolory jesieni leniwie się instalują, brak deszczu spowalnia proces. Dla mnie dobrze, bo mogę nabierać sił, u boku „szlachty wszechświata „-natury, w słońcu.
Natura łączy, co człowiek rozdziela. Nie potrzeba chemicznych dodatków, nie trzeba wydawać pieniędzy na siłownię. Wystarczą dobre buty i ruszenie się  z domu.
Cisza sama  łasi  jak kot, każdy krok to liczenie sukcesów ,to amnezja starych ran, pretensji, strat. Oglądanie się za siebie traci sens. Zmęczenie rodzi radość.
Pewnie tam wrócę, potrzebuję górskich szczytów, potrzebuję przestrzeni nieba, potrzebuję zdrowego powietrza. Łagodność powraca, skrzywiona mina się prostuje, eozynofile cicho siedzą. Wszystko wraca na swoje miejsce. I to ma sens. Jest naturalnym procesem zdrowienia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>