Lekarz ktory usuwa strach

1500897173062 

Kolejna lekcja u profesora Marquette,
mam wrażenie pisać u niego doktorat.
Lekarz, który usuwa lęk.
Słowa które wypowiada  dają siłę  i  proces zdrowienia, proces piękna, zaczyna swoje dzieło,właściwe to nic nie muszę robić.
Tak mało dobrych słów słyszymy. Tak mało ich wypowiadamy. Albo brakuje nam czasu, albo boimy się swoich myśli, swojego zdania.Uciekamy się do krzyku lub wrogiej ciszy. Uciekamy do szantażu emocjonalnego, kontrola staje się codziennością.
Potrzebujemy inspirujących ludzi!!
Czy ich szukamy?
Taki człowiek, nie będzie się nad nami użalał, nie będzie przytakiwał, ani krytykował. Nie ma gotowych odpowiedzi, szuka rozwiązań razem z nami.
Marquette, pracując w Lille dostał nagrodę przyznawaną lekarzom-Victories de l Espoir, i to kilka lat z rzędu.
Teraz rozumiem, dlaczego, jak pierwszy raz go zobaczyłam, to Nadzieja w jego oczach otwierała szeroko ramiona.
Nie słuchamy innych. Słyszymy jedynie to, co nas interesuje.
Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że słuchają innych, szybkie zmienianie tematu, jest tego dowodem.
Śledząc  jego karierę zawodową,  zainteresowanie się indywidualnie stanem pacjenta , bez wchodzenia w toksyczne emocje, podziwiam go jeszcze bardziej.
Jest mistrzem w omijaniu toksycznych emocji!!
A to jest wielki sukces.!!
Uczy mnie słuchać muzyki serca. Uczy mnie bycia odważną i łagodną.
Marquette nie potrzebuje wiele czasu, aby wyciągnąć ze mnie wszystko, co jest mu potrzebne, aby mi pomóc w znalezieniu rozwiązania w nurtującym mnie problemie. Niekoniecznie chodzi o moje płuca. Usuwa lęk z każdej kropli krwi.
Być może, dlatego wraz z Nadzieją, było i Światło, gdy ja myślałam, że mam zwłóknienie płuc, gdy ciemność próbowała mnie porwać.
Jednak dostałam w prezencie przewodnika, który od razu wykluczył diagnozę.
Dopiero, teraz po roku, gdy zaczęłam się interesować, tym, co robi dla nauki, dla pacjentów, zaczynam rozumieć wielką wagę jego Obecności.
Właściwie, wtedy, jedynie, o co się modliłam, to o mądrego lekarza..
I dostałam.
Interwencja Stwórcy, przynosi owoce.
Gdy przyznałam się, że nie biorę leków jak mi przepisał, poczułam cieple spojrzenie i słowa upomnienia z  troskliwym tonem głosu…
I zadał pytanie:, Od kiedy ta zmiana miała miejsce???
Zaskoczył mnie , nie spodziewałam się takiego pytania.
I ku mojemu zdziwieniu zmniejszył jeszcze bardziej leki. Wyszedł naprzeciw moim eksperymentom z dozowaniem leków..
Jest jednym z tych naukowców, którzy szukają bezinwazyjnych sposobów leczenia, tych leków najmniej toksycznych dla innych organów.
Jego umiejętność bycia, jest imponująca.
Szukając perfekcyjnego człowieka, znalazłam go w szpitalu.
Dla mnie perfekcja, zawiera w sobie dążenie do poznania prawdy, do wyciągnięcia nagromadzonych toksyn, które zatruwają mój organizm i mają wpływ na relacje z innymi.
Ma w sobie perfekcyjne spojrzenie na drugiego człowieka. Jego lekcje, mogę w każdym momencie zastosować. One dotykają codzienności.

Nie na darmo wybrał specjalizację pullmologa, co za tym idzie leczenia raka płuc. Jest w trakcie realizacji projektu Air, które ma na celu bezinwazyjne wykrywanie nowotworu płuc.

Jak pracował w Lille był koordynatorem, dynamiki interakcji społecznej klinicznej, emocjonalnej (DISCE): projekt dotyczył opieki medyczno-psychologicznej pacjentów z rakiem. To tłumaczy jego ciekawość stanu emocjonalnego pacjenta.
W świetny sposób łączy karierę naukowca z dużym naciskiem na indywidualne podejście do pacjenta, bez wchodzenia w kompetencje psychiatry.
Ma dar robienia terapii w ciągu kilku minut.
Dziecięca intuicja mu towarzyszy, łączy ją z inteligencją.
Może, dlatego jeszcze się nie  wypalił .
Tyle się mówi o wypaleniu zawodowym, i to młodych. Profesor w żaden sposób nie okazuje zmęczenia, znudzenia, czy też arogancji, rozdrażnienia.
Nawet jak się złości, to z poczuciem humoru.
Daje i przyjmuje, jest wdzięczny..
Oto cała filozofa.
Dawanie ma się łączyć z przyjmowaniem. Nie zawsze dobrych rzeczy, są także i te trudne.
Jeden z jego studentów, podał w świat informacje, które powinien zachować dla siebie. Zrobiło się gorąco, wokół Marquette. A było to pod koniec roku akademickiego, chodziło o pytania na egzamin. Studenci bali się, że będą musieli powtarzać. Na szczęście nie musieli. Czytając na forum studentów, to bronili profesora.
Dobre imię zostało naruszone, aczkolwiek on nic złego nie zrobił. A wspominał o tym tylko, dlatego, że mu powiedziałam, że na YouTube jest  seminarium, w którym uczestniczył, mówił o fizjologii oddychania.
Na co uśmiechnął się, i powiedział: a to było nagrywane.
Zawsze miałam słabość do lekarzy, ale pr. Marquette ma szczególne miejsce w moim życiu, w mojej codzienności.Prywatne lekcje o pasji do Życia, opartego na prawdziwe o samym sobie.
Mam się, od kogo uczyć, tego, co w życiu  ważne. Nie muszę już szukać w książkach, mogę się odnieść do człowieka, którego znam…
Co więcej, mogę napisać do niego, lub pojechać do szpitala w gdzie przyjmuje.
Za każdym razem wychodzę wzruszona.
I to wzruszenie nie ma nic wspólnego z uczuciem wzdychania do niego….
To jest święte wzruszenie…
Czy i ty masz człowieka, który cię inspiruje?

CUDA SA TAK WRAZLIWE

DSC_0502Gdy leciałam do Polski na pogrzeb babci, na lotnisku wpadła mi w ręce książka” L ‚Homme – joie”.

Niezwykle jest to, że miałam ją na liście do mojej biblioteczki. Napisał ją Christian Bobin. Nie musiałam jej szukać. Babcia mi ją podrzuciła, abym się za bardzo nie smuciła jej odejściem z tego świata.Oczywiście książkę kupiłam, sam tytuł zmusza do uśmiechu.

Człowiek – radość, interesujący tytuł i treść książki bardzo bogata.

Bobin otrzymał nagrodę z Akademii 2016, a w 1993, Prix des Deux Magots za książkę religijną Le Très-Bas (w wyd. polskim Najniższy) o św. Franciszku z Asyżu. Za tę samą powieść otrzymał w tym samym roku Grand Prix Catholique de Littérature.
‘’Życie nie kończy się, rzadko jesteśmy na szczycie naszego życia-te słowa przeczytałam dotykając chmur. Niesamowite, że właśnie ta książka mnie zaczepiła, wprowadziła w życie a nie śmierć. A przecież leciałam na ostatnie pożegnanie babci.
‘’To, co widzimy nas przemienia. To, co widzimy, daje nam prawdziwe imię’’ – pisze Bobin.
‘’Sama świadomość nie oświetla nam drogi, tylko prawdziwe światło płynące z głębi naszych serc. Najpiękniejsze jest odkrywanie’’- dodaje.
O miłości i śmierci pisze tak – ‘’miłość przychodzi, gdy ktoś obok ciebie jest jak rzeka, jak gwiazda, jak kwiat wiciokrzewu, który upija swoim zapachem. I ta, która jest pod ziemią, nie, nie jest pod ziemią, jest przy Aniołach, i pewnie zna ich imiona……Ona jest przy tobie. W szafie błękitnego nieba, biała suknia. Wyciąga proszek śmierci. Wieczność suszy’’….

 I pyta siebie czy jest normalny. Odpowiedź brzmi: nie. I wcale się tym nie martwię-sam sobie odpowiada.’’ To, co się liczy to siła radości, która odbija się w szkłach naszych oczu. Jedno objawienie i wszystko jest uratowane’’. Zgadzam się z nim.
Większość ludzi zamyka oczy na cuda. Brak prawdy jest gorszy niż koniec świata-dodaje.
Wzruszyły mnie jego przemyślenia, po raz kolejny niebo podsunęło mi dobrą lekturę. Słowa przesiąknięte życiem.
Bóg nie umarł!!! A więc skąd ten płacz. Skoro Bóg nie umarł, to i babcia żyje i moi rodzice, pomimo że nie widzę ich uśmiechu, oni żyją, w każdym wspomnieniu. I właśnie  taka książka  przyszła do mnie i otarła mój smutek. Przypomniałam sobie jak leciałam na pogrzeb taty, na lotnisku, mały chłopczyk podszedł do mnie i wziął mnie za rękę, nie pamiętam, co mówił, zapamiętałam jego imię: Mathieu, pokazał mi swoją mamę i przez chwilę był moim Aniołem. Otarł moje łzy. Niezwykle spotkanie. Kilka miesięcy przed śmiercią mama powitała mnie oczami pełnymi miłości… Było to ostatnie nasze spojrzenie na tej ziemi.( Gdy  piszę te słowa, łzy spływają po policzkach. Łzy zgody, łzy wzruszenia, łzy spokoju)
Anioły istnieją  i nas kierują, do bezpiecznego portu. Bobin, mi o tym przypomniał.
Życie łączy się ze śmiercią. A śmierć łączy się z życiem.
‘’Cisza jest prezentem od Aniołów, którego nie chcemy otworzyć’’-pisze.
I ma rację, nawet w kościele człowiek nie potrafi ciszą modlić się .
Łatwo jest nic nie mówić, trudniej uciszyć myśli. Trudniej żyć Prawdą. Trudniej wyrazić siebie, gdy inni ludzie nie patrzą na ciebie. Widzą tylko ekonomiczny zysk lub stratę…
Niedawno byłam w towarzystwie, gdzie jedna osoba, którą znam, nawet nie spojrzała na mnie, nie skierowała ani jednego słowa, a siedzieliśmy przy jednym stole. Dla tej osoby byłam niewidzialna. Smutno mi się zrobiło, zwłaszcza, że rzadko się widujemy. Próbowałam sobie przypomnieć, czym mogłam ja urazić, być może ktoś przykleił mi etykietkę. Moja obecność jej przeszkadzała. Próbowałam zagadać, mur rósł jeszcze większy.  Zaskoczona sytuacją, dostałam lekcję, aby nie zachowywać się w taki sposób, szczególnie gdy nie znam osoby.Uczę się w takich sytuacjach, życzyć  dobra. Nie zmienię jej etykiety, jaką ma na mój temat, jednak toksyczne emocje zanurzam w źródlanej wodzie życzliwości. I szybko zapominam. I staram się nie wracać. Syzyfowa praca.
Na koniec Bobin opowiada o spotkaniu z filozofem i kwiatami.
‘’ Być może to radość być tylko pyłem. Kwiaty śmiały się wszelkimi kolorami… Słowa filozofa były pełne pokoju i promieni światła, były dobrem, były czyste, a jednak śmiech był większy, lepszy…. Pochodził z głębin gwiazd.. Kwiaty szeptały: popatrz, nie ma drzwi, istnieje tylko nasz zapach, kolory, nasz śmiech. Dlaczego szukać czegoś, gdzie indziej.

Spoglądam w Niebo. Nie ma drzwi, albo drzwi są od zawsze otwarte. Spoglądam i słyszę śmiech, śmiech kwiatów, którymi nie można się nie podzielić”….Tak jak Życiem, nie można się nim nie dzielić. Zresztą nie da się inaczej…. Dlatego tak wielu cierpi na depresję..
To, czego będzie mi brakować w wieczności to książki i listy. Reszta będzie rozkoszami, które dziś są tak wrażliwe…
Zycie jest tak wrażliwe, tak kruche, tak niezwykłe….
Zwykle odpowiada na moje prośby. Tylko ja często jestem gdzie indziej i twierdzę, że nie mam czasu.
Bobin jest poetą, który łączy Wieczność z Życiem na Ziemi, naszej niebieskiej planecie.
Niezwykle spotkanie, książka pełna Nadziei. Słowa żyją swoim życiem, raczej się spodziewałam filozoficznego opisu Radości, a tutaj zaskoczenie (książki zwykle intuicyjnie wybieram, tym razem tytuł do mnie przemówił)
To zmarli zapalają lampy Życia …..
Ciekawe, jakie prezenty od babci jeszcze dostanę….
I przypomniało mi się, jak dostałam od mojego profesora pullmologa  pierwszy list, (czyli najzwyklejszy opis, który był skierowany także do mojego lekarza rodzinnego) i na końcu podpisał się:

Sensible  à votre attention….I tu mnie oczarował..Zwykle na końcu pisze się z poważaniem… A tu…
Wrażliwy na waszą uwagę…
I życie zaczęło powoli wracać….
Jak pisze Bobin
Cuda są tak wrażliwe…
A co dla ciebie jest dziś cudem?

Profesor Marquette – człowiek łagodnego dialogu

_20170920_181045W pracy historia za historią, oczywiście negatywne emocje dają czadu. Są jak igła wbita w paznokieć, lub szkło wbite w stopę. Boli ! Jeżeli się je karmi, to stają jak gołębie i roznoszą zarazki, i nie tylko zarazki… Dobrze że mam łatwość zapominania tak zwanych przykrości. Jasne, moja pamięć pamięta, aczkolwiek nie rozpamiętuje. Nie widzi sensu. I tutaj zgadzam się z rozumem. Choć w jednym ma rację.Nie jest łatwo być optymistą wśród niepoprawnych pesymistycznie nastawionych do łagodności ludzi. Przestali wierzyć w łagodność codzienności! I bardzo trudno, zapalić w ich iskierkę Nadziei.
Odkąd postawiona diagnoza strzeliła we mnie jak piorun (a  potrafi) jednocześnie dostałam antidotum: Nadzieję, że tomograf się pomylił. Anioł Stróż od razu stawił się na posterunku. Ok, troszkę trzymał mnie w niepewności.
Pr Marquette towarzyszy mi, w codzienności zrozumienia, tego, co się dzieje, w moich płucach, a więc w  moim życiu.. Oddech to życie!. Delikatny twórca życia.!
Od urodzenia, rodzice sprawdzają, czy maleństwo oddycha zwłaszcza w nocy, ludziom cierpiącym także najbliżsi sprawdzają oddech. W większości czasu, nie zwracamy uwagi. Dopóki oddech nie stanie się słaby. Wtedy…..
Nie uważam, aby moja patologia płuc była nieszczęściem. Inaczej czy poznałabym mojego ziemskiego Anioła Stróża???
Wezwał mnie na dywanik. Tylko, dlatego, że dostał moje wyniki analizy krwi. Reakcja natychmiastowa. Miałam list, receptę i umówione spotkanie. Jego sekretarka, zapytała mnie czy dzień mi odpowiada, gdy jej odpowiedziałam, że tak. Od razu dostałam odpowiedź z.>>Merci>> za odpowiedź. Przy takim lekarzu, sekretarka musi być poukładana. I ma dbać o jego pacjentów. I to robi to. W końcu jest szefem  oddziału pulmonologii w szpitalu Pasteur w Nice.
Nieoczekiwana wizyta, dzięki eozynofiliom, które robią, co chcą. Na trampolinie non stop skakają , że też się nie męczą. Tym razem ich ilość podskoczyła w fenomenalniej ilości. Dlatego profesor zareagował.
Ba, zawsze wielką radość mi sprawia obecność Marquette…Aczkolwiek….
I tak kilka rutynowych badań, znajome twarze pielęgniarek. Też mają, ze sobą na pieńku… Dobrze ze maja takiego szefa. Szacunek i respekt wzbudza w nich. Wiedzą o tym, chodzą jak w zegarku, jeżeli o coś ich prosi.
„Podczas badania spirometrii mierzy się pojemność życiową (FVC), czyli największą ilość powietrza, którą można wydmuchać z płuc, oraz ilość powietrza wydychanego podczas pierwszej sekundy (FEV1). Dlatego wydech musi być jak najmocniejszy i jak najdłuższy. ”
Pani, która robiła mi to badanie, na moje pytanie jak się ma, odpowiedziała: Jakoś żyję. Chyba jest mało lubiana w pracy, i sama za sobą nie przepada. Pytając, z którym lekarzem mam wizytę, jak jej oznajmiłam, odpowiedziała: A… I skrupulatnie wykonywała badanie.
Marquette, jak zawsze taki sam, łagodność mu zagląda z oczu, mądrość siedzi obok niego, z uważnością opowiada historię choroby. To nie są jakieś tam granulocyty. To nie jakieś tam eozynofilie.
Opowiedział mi po raz kolejny historię moich eozynofilii. Pozwoliłam mu się porwać. Byliśmy w środku moich płuc, a tam było życie!!!
Do tej pory, jako jedyny człowiek, z którym zgadzam się we wszystkim. Nie mam, co podważyć. Widujemy się, co 3 miesiące, a więc mam czas, aby po swojemu nauczyć żyć się z nieszczęsnymi toksycznymi eozynofiliami, które nie mają, czego czepić i się gromadzą. Takie toksyczne stowarzyszenie sobie w moich płucach założyły.
No cóż, powrót do kortyzonu, wcale mnie nie ucieszył.
Chodzę jak na szpilkach, irytacja we mnie aż kipi.  Powiedziałam mu, że mam ochotę pozabijać ludzi, właściwie to bez powodu.( Zawsze jakiś się znajdzie) ·A on, opowiedział mi swoją przygodę w górach…. Tam zostawia toksyny pacjentów i nabiera sil, do walki z chorobami, do szybkiego i mądrego postawienia diagnozy.
Podczas spacerku po górach, nadepnął na osy, czy też szerszenie, prawdopodobnie to była królowa, a więc został zaatakowany przez jej wojsko. W dodatku był sam. Widać było na jego twarzy, lęk. Bo to nie był jeden malutki komar. Jako lekarz ma większą świadomość, tego, co mogłoby się mu stać.  Bardzo bardzo mocno, pozostawiały mu ślady. Widać było na rękach, śmiał się ze, na nogach jeszcze gorzej.  No i musiał dużą dozę kortyzonu wziąć. I też miał uczucie chęci pozabijania.  A więc zrozumieliśmy się, bez zbędnych słów. Co jest piękne, to, że nie krył lęku, w sytuacji, w jakiej się znalazł. Znaczy, że jest prawdziwy, nie wie, co to udawanie, nawet przed pacjentem. I szuka inspiracji w Ciszy i samotności.
Cudne uczucie bycia słuchanym. Jego terapia polega na tym, aby usłyszeć, to, co się mówi, by zacząć walczyć o zdrowie, które jest tak kruche, jeżeli się o niego nie dba. I przy jego specjalistycznej pomocy wziąć życie w swoje ręce. Z. Delikatnością, z łagodnością Nadziei.1,5 Roku, analiza krwi, co 15 dni. I wizyty z Nadzieją. Ani przez moment, nie dał mi poznać, że nie dam rady, że nie warto walczyć, że nie mogę chodzić po górach.
Ostatnio powiedział tylko: Uważaj, jak będziesz w górach. I to jest prawdziwe oparcie!!!
Za dwa tygodnie planuje kolejne szczyty, uśmiechając się powiedział Może się spotkamy się na którymś szlaku.
Mając taki przykład, nie mogę zrezygnować z moich górskich spacerów. Jasne, na moje możliwości.
Gdy dzień wcześniej robiłam analizę krwi, dziewczyna z samego rana zaskoczyła mnie, pytając:, Co będę pięknego robić dziś???
Dzięki niej dzień był pełen gwiazd z samego rana.
A konsultacja z profesorem stała się spotkaniem pełnym dialogu. Nie mogę go nie podziwiać. Potwierdza moje spostrzeżenia, a wiec słucha ich, nie ignoruje ich. Wie, ze 50% wyzdrowienia to dialog miedzy lekarzem a pacjentem…
Lekcji tworzenia atmosfery dialogu mi udzielił. Daleko mi do takiej postawy. Świadomość ze mam obok siebie wzór do naśladowania wśród poznanych ludzi, jest wielka radością a zarazem nieustannym podnoszeniem poprzeczki, w byciu człowiekiem pełnym Życia.W dialogu jedna osoba mówi a druga słucha. W dialogu zrozumienie z respektem próbują znaleźć rozwiązanie. W dialogu nikt nie oszukuje, nie używa agresji, ani manipulacji. W dialogu łagodność spojrzenia godzi się z delikatnością podania dłoni. W dialogu każda strona odchodzi w pokoju serca.
Czy tak się dzieje ,gdy próbuję rozwiązać konflikt?

Wtedy, nawet motyl siada na koszulce….

Laus-miejsce spotkania sie z prostota

DSC_0756Trzy dni wolnego, w tym niedziela…. Czas wolności, czas spotkania z niespodzianką…Wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy pojechać, aby przypomnieć sobie o prostocie, o tej szlachetnej zapomnianej cnocie…Urodzinowy wyjazd dla Teresy, Robert dzielnie nas „karocą” przewiózł do krainy Spokoju….

„W maju 1664 roku w niezwykle malowniczej miejscowości Alp Francuskich, w okolicy Saint-Etienne d’Avançon, a dokładniej w dolinie Fours, siedemnastoletniej pasterce Benedykcie Rencurel ukazała się Matka Boża.
Benedykta początkowo nie była rada ze swojego zadania. Z czasem jednak, dzięki stałej pracy nad własnym charakterem, zyskała odwagę, by upominać tych, których dusze widziała w całej okazałości. W pełnieniu zadania pomagał jej Anioł Stróż, którego często oglądała twarzą w twarz. Razem odmawiali Różaniec. Razem też adorowali Najświętszy Sakrament. Anioł towarzyszył jej w codziennych czynnościach i chronił ją.
Gdy dziewczynę nękały demony albo była wyczerpana z powodu podejmowanej pokuty za grzeszników, Anioł Stróż pocieszał ją i dodawał otuchy.
Benedykta miała dar widzenia także innych aniołów. Często rozmawiała z Archaniołem Michałem. W maju 1681 roku, gdy leżała chora w łóżku, ukazało jej się aż czterech aniołów. Jeden z nich powiedział: – Jutro będziesz uzdrowiona. Musisz udać się do Laus. Misja nie może czekać. Nie ­zwlekaj.
Ponadto pomagał Benedykcie rozwijać życie duchowe. Uczył ją, że kiedy człowiek jest radosny, to wszystko, co robi, jest miłe Bogu. Kiedy zaś staje się zły, nie robi nic, co by się Panu Bogu podobało. Pośród prób i cierpień, Anioł Stróż był źródłem wielkiego pocieszenia dla Benedykty. Wtedy, gdy przychodziło zwątpienie i gdy wielu kapłanów przeciwstawiało się kultowi Matki Bożej z Laus albo pasterka przez wiele lat miała zakaz odwiedzania sanktuarium, Anioł mówił: – Laus jest dziełem Boga, którego nie może zniszczyć ani człowiek, ani diabeł. Będzie trwało do końca świata, kwitło coraz bardziej i przyniesie wszędzie wielkie owoce.
On również pozwolił jej zobaczyć to, co miało nadejść. Anioł Stróż pocieszał Benedyktę, kiedy była zdruzgotana po kilkukrotnej wizji Chrystusa ukrzyżowanego. Ona sama przez wiele lat przeżywała tzw. „ukrzyżowanie mistyczne” od czwartku wieczorem do soboty rana.”
Dopiero w 2008 roku, kościół uznał prawdziwość Objawień Matki Bożej, które trwały 54 lata, tyle ile żyła Benedykta….
W takim miejscu byliśmy…. Odpocząć od zgiełku myśli, zgiełku tego świata….
W sobotę pogoda nie zapowiadała się dobrze. Porządna ulewa nawiedziła Nice i okolice….Troszkę narozrabiała. Wjeżdżając w okolice Gap, DSC_0730słońce delikatnie stukało nam do okien, z autostrady było widać cudne kolory przenoszenia się słońca na drugą półkulę… Zatrzymaliśmy się w Gap, na kolację…. Pusto na ulicach, po chwili poszukiwań, usiedliśmy w klimatycznej knajpie…. Dobre naleśniki na słono, kir, porto i ciasto malinowe, wraz ze spokojną muzyką, zapoczątkowała nasze mini wakacje w odkrywaniu siebie i piękna wewnętrznego Pokoju…. Co łatwe wcale nie jest…. Trzeba się napracować, aby wybić toksyny jak karaluchy, które się mnożą i są odporne jak mało, który robak….

Benoîte, najpierw zaprowadziła nas do miejsca swoich narodzin, w końcu dotarliśmy do Notre Dame du Laus…. Potężne budynki mieszkalne zaskoczyły mnie…. Było ciemno, a więc dopiero rano mogliśmy spojrzeć górom w oczy i zachwycić się. Klucze czekały na nas w recepcji, plan sanktuarium z zaznaczonym budynkiem, w którym mieliśmy pokój. Dobra organizacja. Skromne pokoje przypominają o prostocie: jesteś tutaj, aby wrócić do źródła, przestać wciąż zbierać materialne rzeczy, zamienić je na bogactwo życia wewnętrznego…. Wygodnictwo zamyka oczy…. Lubię sukienki, i lubię buty sportowe, lub sandały, lubię usiąść na kawie, i na kamieniu…. Lubię spojrzeć w oczy drugiemu i naturze… Człowiek I natura uczą….. Z tym, że natura nie kłamie…. Jest tym, czym została stworzona. Perfekcyjnie robi swoją robotę….
Otwierając małe okienko rano, góry dały nam buziaka, zaprosiły do odkrywania tajemnicy tego miejsca.
Sanktuarium Notre Dame de Laus…. Maryja wybiera sobie odludne miejsca i prostych ludzi, aby przypomnieć nam o rzeczywistości, o  której często zapominamy….
Rozświetla drogę, daje Nadzieję, upomina….
54 Lata objawień, mówi samo za siebie. Czy Benoîte mogła sobie wymyślić??? Ta, która nie umiała ani czytać ani pisać?
”. Matka Boska poprosiła Benoîte, żeby zachęciła pielgrzymów, aby namaszczali się z wiarą olejem z lampki płonącej przy Najświętszym Sakramencie…. Jest możliwość otrzymania oleju do siebie….. Niby, co łaska, a preferencja od  5 euro….. (No cóż, wszystko, co człowiek przygotowuje kosztuje)… ·Sanktuarium skromne, z wielkimi obrazami Objawień, i niebiańskim Spokojem….. Maryja, powiedziała: „Idź do Le Laus, znajdziesz tam kapliczkę, z której unosić się będą piękne zapachy”….Zapach Pokoju Stwórcy. Grób Benoîte za ołtarzem, przed Tabernakulum, można podejść, uklęknąć, spojrzeć prosto w oczy Prostocie…. Maryja poprzez skromność i  posłuszeństwo Benoîte wskazuje na Jezusa…. I dla księży i dla wiernych. Upomina się o szacunek i wierność powołania każdego z nas….. Bądź tym, kim jesteś!!!
I msza polowa z udziałem biskupa. Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, z poświęceniem tornistrów. Piękna oprawa muzyczna i liturgii…. Po komunii chwila  ciszy i uwielbienia….Często księża zapominają, aby w mszę św. wpleść chwilę Ciszy…… Biskup powiedział: a teraz w chwili Milczenia, spotkajmy się z Jezusem, który jest teraz z nami, otwórzmy serca, a doda nam odwagi i radości…..
Było dużo ludzi, a więc obok księży rozdających komunię św., stała osoba z parasolem, obok nas stał ojciec z synem, ba oczywiście dzieciak nie mógł ustać w miejscu….Ojciec przywołał go, do porządku… Uczy małego bezinteresownej służby… Uśmiechnęłam się, jak często tak się zachowuje!!!!!!. Być może przekaz Maryi, jest takim przywołaniem do porządku…..
Obiad, w towarzystwie dwóch pań, jedna obeznana w polityce, wszystko, co negatywne opowiedziała… Druga przeziębiona, opowiedziała nam swoją historię choroby…. Próbując wyciągnąć pozytywy, cudne widoki mi w tym pomogły…. Jednak, te panie nie siedzą w domu, przyjechały, aby odpocząć….
Jako, że do deseru nie dają kawy (a była dobra tarta cytrynowa), obok jest bar, z tarasem, gdzie można w towarzystwie szczytów górskich napić się nie tylko kawy…. Jest alkohol nazwany Elixir Anioła, na dobre trawienie. Panie, usiadły razem z nami… Widocznie nasze towarzystwo im pasowało. Być może miały się poznać i pobyć razem.
I spacer śladami Maryi… Najpierw pierwsze objawienie, piękna rzeźba Maryi wskazująca na Laus i cudne widoki wkomponowane w dolinę….. Wszystko to dla ciebie, słońce  delikatnie muskało nas, budziło w nas wdzięczność…. Wszystkie zmysły rejestrowały obrazy, jakie natura wymalowała… To dopiero początek niespodzianek. Pogoda idealna do spaceru, a dzień wcześniej cały dzień padało….
A my kąpaliśmy się w słońcu, dotykaliśmy błękitu, rozmawialiśmy w ciszy serca z Aniołem, do którego  wdrapaliśmy się…. Ścieżka wiodła przez las, łatwa do pokonania….. Promienie słońca odbijały się od drzew i przenikały do naszej krwi. Oddychaliśmy powietrzem pełnym życia….. Wszelkie troski, stare urazy, niepotrzebne lęki zrzucaliśmy z góry….. Patrząc jak się roztrzaskują, nie oglądaliśmy się za siebie…
Anioł na górze czekał na nas….Majestatyczny, obrońca człowieka. Ten, który chroni nas przed złem, kieruje naszymi krokami, szturcha nas, gdy mówimy głupoty. Jego ręka skierowana na błogosławieństwo, każdego, który zatrzyma się przed figurą….I Maryja razem z nim. Niedaleko kaplica dawnej pustelni, w której pobyliśmy długą chwilę, aby kontemplując prostotę połączyć ją z naszym życiem codziennym.

Col de l Ange-miejsce , walki duchowej Benoîte, która została przeniesiona przez Szatana, na szczyt góry.Zostawił ją, tam w ciemności, i to właśnie Anioł oświetlił jej drogę, by mogła wrócić do swego pokoju.
I powrót, do codzienności, która nieustannie uczy.
Potrafić zostawić wszystko i wyruszyć, aby zapomnieć o sobie, to jest wyzwanie. Otworzyć się na niespodziankę zaskoczenia samego siebie, na usłyszenie czasami gorzkiej prawdy o sobie. Po to, aby, nie oszukiwać siebie, pozwolić sobie na luksus bycia autentycznym.
Teresa dmuchała świeczkę urodzinową w mango, w obecności figury Anioła i Maryi, na 1066m.n.p.m, …. Dlaczego mango a, nie ciasto…. A dlaczego nie, skoro Teresa lubi mango…..!!!
Nie możemy zapominać o robieniu niespodzianek, o radosnych emocjach, które ze sobą niosą…..W ten sposób zamykamy „nasze ego” w piwnicy….. Niech tam sobie siedzi…. I uczymy się być razem, w szlachetnym towarzystwie empatii I radości….
Benoîte nie miała łatwo, jak wszyscy prorocy. Świat nie chce, aby ktokolwiek go upominał. Świat woli niewolnictwo: pieniądza, kariery, kłamstwa..
.. A tymczasem, o wiele ważniejsze jest, gdy zrozumiemy, że,: „Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł” -
Czy tak potrafię?????DSC_0776

Na Ziemi jesteśmy tylko na chwilę

DSC_047214 lipiec 20016 w Nice nie zakończył się dobrze…
Rok później, uroczystości z wielką pompą…..
Macron, Hollande, Sarkozy, powitani przez Estrosi, szefa miasta Nice. Wielka scena, koncerty, defilada samolotów. I najważniejsze, rodziny zmarłych…. Bo to dla nich te uroczystości miały miejsce.
Rano, obudziłam się z obrazem, ciężarówki, która wjeżdża w tłum…. Ten obraz wrócił, jak bumerang… Panika I szokujące wieści, 86 osób zginęło…Żyjemy w stanie wojny…. Europa, wcale nie jest od niej uwolniona. Nie jesteśmy bezpieczni. Jednak nie możemy panice pozwolić na instalację. Żyć, pomimo wszystko!
Policja, wojsko, barykady, bariery, kamery-tak wyglądała sceneria 14 lipca 20017 w Nice…. Wcale nie czułam się bezpiecznie, świadomość, że jesteśmy osaczeni przez terrorystów, którzy w każdej chwili mogą uderzyć…. Oni nie boją się niczego…
Przemówienia, łzy, czytane Imiona, tych, którzy stracili życie….
Czy szefowie państw, są w stanie zapewnić bezpieczeństwo? Nie jestem, tego taka pewna….Być może zaprzestanie strzelania do siebie nawzajem oskarżeń, mogłoby by pomóc, w stworzeniu dialogu…
Męczące są słowa bez pokrycia, a człowiek ich zbyt wiele wypowiada….
Bądźmy razem. Bez tłumaczenia, osadzania, wytykania, kto jest nieodpowiedzialny, a jeżeli już, to nieśmy konkretną pomoc….
Wieczorem koncert orkiestry Filharmonii z Nice, z chórem Opery…. Ok 80 śpiewaków I muzyków….. Zaproszony Giuseppe Verdi słuchał z nami…Wraz z Jean-Sébastien Bach, Astor Piazzolla, Carl Orff et Giacomo Puccini.
Nabucco-słynna opera, I słowa pełne wiary….’’ Tragedio , nieś dźwięk gorzkiego żalu, lub naucz się od Pana zgody ! By znaleźć siłę w cierpieniu.’’
Niezwykle połączenie akordeonu i orkiestry, trąbki miały swoje pięć minut…. Otuleni muzyką, byliśmy bezpieczni. Niestety człowiek, nie potrafi zamknąć ust… Niby  taki dorosły, a podczas koncertu, musi mówić…. Boi się swoich emocji…
Próbowałam zamknąć oczy, przytulić się do roztańczonych nut, zachwycić się utworami .Wszystkie mówiły o wolności i szacunku…Idealnie dobrane ,drzewo życia na scenie…
Minuta ciszy, o godzinie ataku, była mocnym przekazem. Ludzie wreszcie przestali mówić. Nice wstrzymała oddech.. Wpatrzeni w niebo, prosiliśmy o Pokój…..
Duże ekrany, z bliska pokazywały muzyków, a na koniec Zatokę Aniołów… I to było wzruszające…. Ja tutaj mieszkam…. Poczułam się częścią tego miasta…Współczucie I wdzięczność mieszała się ze sobą…
Najbardziej wzruszająca, była piosenka Calogero,, francuskiego muzyka, który napisał piosenkę: „  Sztuczne Ognie „.
Bardzo osobista piosenka. Przekaz klarowny. To nie przypadek, że to właśnie On zaśpiewał…Wielu muzyków napisało teksty po zamachach…. Miał być Calogero. Czarne pianino i jego osobowość harmonizowały ze sobą….W takich chwilach czas przestaje istnieć…. Nie ma miejsca na udawanie, jego wrażliwe serce chciało się podzielić. Zaśpiewał po mistrzowsku, Verdi wprowadził nas w klimat Życia i Cierpienia, a  Calogero uwrazliwił nasze serca,  przeniósł nas  na łąki  ziemi po której stąpamy  Tu i teraz! Ofiarujmy innym światło !! Jesteśmy tylko na chwilę. Jesteśmy jak te sztuczne ognie,  odbijające się w oczach drugiego człowieka…. Bądźmy światłem… Bądźmy dobrzy..
I gdy na koniec chciał powtórzyć ” Nous sommes comme les feux d’artifice.” … Łzy mu poleciały, wzruszenie osiągnęło zenitu, płakał I nie dokończył..Opuścił scenę () mnie przeszły ciarki, dawno nie zostałam dotknieta tak cudną chwilą)) … Orkiestra  zakończyła….W ułamku sekundy, piękno przemówiło. Wszystkie słowa musiały umilknać… Nie mogliśmy przejść obojętnie,obok tak autentycznego zachowania…Spontaniczna reakcja oklasków,była wybuchem wdzięczności… Tak bardzo potrzebujemy takich emocji…. Potrzebujemy autentyczności przekazu.   86 białych balonów z lampionikami w środku, poleciały w stronę Promenade de Anglais. I ok 300 balonów od ludzi. Niesamowity moment, połączenia współczucia i wdzięczności. Calogero nam w tym pomógł, wraz z orkiestrą połączył niebo i ziemię. Ucałował Życie, a my razem z nim… Wycisnał z nas odżywcze soki Piękna i Zachwytu. W  tym samym czasie zapaliło się 86 wiązek światła na Promenade…..Wolność I Braterstwo mocno zabrzmiały…. Nie było obcych, Wzruszenie, łzy, wdzięczność…
A na koniec  zabrzmiał Canon Pachalbela  (mój ulubiony utwór)) Towarzyszy mi w ważnych chwilach, a ta była ważna, była pięknem samym w sobie… Trudnym do zrozumienia, refleksyjnym pięknem…
Rzadkie chwile.
Wracałam do siebie pełna Pokoju, Refleksji i Wdzięczności…….
Bo  jak śpiewa Calogero
Nous sommes comme les feux d’artifice
Vu qu’on est là pour pas longtemps
Faisons en sorte, tant qu’on existe,
De briller dans les yeux des gens
De leur offrir de la lumière
Comme un météore en passant
Car, même si tout est éphémère,
On s’en souvient pendant longtemps….

Zatoka Aniołów nabrała nowego znaczenia… Stąpajac po Promenade de Anglais, nie sposób spojrzeć w niebo…..

POWIETRZE -BEZCENNE DLA ISTNIENIA , ABY SIE ZACHWYCAC

Lipiec – turyści, słońce, tłok na plaży, w restauracji, norma w Nice…
Lato. Wakacje. Czas zapomnienia o codziennych obowiązkach.
Ceny wzrastają, praktycznie wszędzie. Wszyscy chcą zarobić. Często przesadzają… Jak się nie zna miasta, a chce się pić…. No cóż, na pragnienie nie ma  rady…
Ostatnio zaczęłam marudzić (sama do siebie)… I któregoś dnia, pomogłam nowej dziewczynie w pracy…. Bardzo przypomina mi Chantal…. Ma spokojną osobowość….  Opowiedziała mi swoją historię, jaką obecnie przeżywa…Przestalam  narzekać…
Z pochodzenia jest portugalką. Mąż w styczniu ją zostawił z 4 dzieciaków…. Poszedł do młodszej…. (Co tak naprawdę było powodem, on sam jeden wie) I niedawno wrócił…..
Zupełnie tego po niej nie widać…. Uśmiechem maskuje cierpienie….Walka o chleb, o dzieci, nie pozwoliła jej się załamać. Pomyślałam o tych wszystkich bogatych paniach, które mają depresję…O tych, którzy narzekają bez powodu….
Nie przestała dbać o siebie, wygląda pięknie..
Walczy dzielnie… I niebo zsyła jej podpowiedzi, jak sobie poradzić….. Dobrze jest z takimi ludźmi pobyć, przypominają, o tym, że cierpienie jest częścią życia, że inni cierpią także…  Nie stała się narzekającą, plującą jadem złości, skierowanej do wszystkiego, co spotka. Idzie w stronę światła.
Jeżeli nie wpuścisz światła, już przegrałeś!!!  Dewiza mojego Anioła Stróża.
Wiem coś na ten temat, a Véronique potwierdza moje spojrzenie…
I wizyta u lekarza…. Anioł Stróż, na posterunku… Wciąż promienieje, wciąż wyrywa śmierci swoich pacjentów. Daje życiodajną Nadzieję. I wciąż jestem przy nim onieśmielona.
Był nieźle spóźniony, na przeprosiny usłyszałam „I kolejna osoba uratowana ” (był przy pacjentce, z którą sobie inni lekarze nie mogli poradzić) I jak go nie kochać….Pielęgniarka powiedziała, że, ten lekarz chce być wszędzie… no cóż typowy Anioł Stróż.
Jak zwykle, miał studenta i tłumaczył mój stan zdrowia… I Jak zawsze, z wielką uważnością, słuchał mnie, a ja jego. Narodził się dialog, miałam wrażenie bycia z przyjacielem, a nie z  lekarzem.
„Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje.
Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie” przypomniał św. Charbel…. Marquette robi wszystko, aby odroczyć śmierć. Tworzy nowy system obronny organizmu. Wskazuje, co do milimetra, gdzie jest stan zapalny…. Nawet jak nie może znaleźć przyczyny, idzie na intuicję (w moim przypadku nie wiadomo, dlaczego płuca tworzą blokadę) a jednak udało mu się przejść przez dżunglę eozynofilii, wybić je, I tym sposobem zmniejszyć ogniska fibroblastyczne , które tylko z  sobie znanych powodów się tworzą.
„Nie istnieją specyficzne metody leczenia eozynofilii. Z reguły ulega ona samoistnemu cofnięciu wraz z poprawą stanu chorego..” Tak twierdzi nauka…
I tak właśnie się dzieje, no cóż będę musiała przyzwyczaić się do kroku ślimaka w górach, i podczas wysiłku fizycznego…. Zalecił mi długie spacery… A więc to, co lubię…Natura najlepszym lekiem….
Dopiero do mnie dotarło, że ok 40% powietrza nie dociera  do moich płuc.


Nadzieja, którą przekazał mi lekarz, sprawiła, że, nie pozwoliłam sobie na siedzenie w domu…(. I nie zamierzam, wkrótce wypad w góry…)
Moc pozytywnego wizerunku moich eozynofilii, zmniejszyła we mnie lęk przed wyruszeniem w drogę…. Chyba, zaczynam je lubić, są częścią mnie, nawet jak robią bałagan w płucach, są częścią mnie… Może kiedyś dowiem się, dlaczego… Może kiedyś mi powiedzą…
Póki, co organizm zmęczony lekami, w końcu odpocznie… Upały w tym nie pomagają… Postaram się traktować siebie, tak jak przypomniał Anioł Stróż…. Z łagodnością.
Tyle durnych nawyków, kaleczących ciało I ducha… Zaczynam je widzieć, zaczynam je zmieniać… Co nie jest takie łatwe, aczkolwiek możliwe i bardzo potrzebne mojemu organizmowi….
No cóż, jakiekolwiek ćwiczenia wysiłkowe odpadają, a więc pozostaje mi romans z naturalnym środowiskiem, parkami, plażą…. Bynajmniej za darmo, a tyle chwil szczęścia….
Jak do tej pory, za te wszystkie lekcje, nie zapłaciłam ani centa… Ok, mam prawo do bezpłatnej opieki, (i muszę przyznać, że czuję się jak księżniczka) Jasne, wolałbym mieć zdrowe płuca…aczkolwiek ni się nie dzieje bez przyczyny…

Marquette zaszczepił mnie przeciw ( bezpodstawnemu  mniemaniu, że nic dobrego nie dzieje się w moim życiu)… Dał mi lustro, a każda wizyta to zobaczenie prawdziwego mojego życia….. Nieliczni lekarze, mają taką moc…. I wciąż jest pasjonatem Życia….
Po raz pierwszy zgadzam się z kimś, w 100 procentach….. (Zwykle mam swoje teorie) tym razem, zgodnie postawiliśmy diagnozę dalszego rozwoju….( Nie miałam się, do czego przyczepić)…. Wychodząc, z gabinetu, zastanawiałam się czy aby nie śnię… byliśmy zgodni i autentyczni, może dlatego dialog był możliwy…..taka Obecność jest bezcennym skarbem.
40% bezcennego powietrza nie może się przebić….Odczuwam te procenty….. A jednocześnie, bardziej doceniam i dbam o zdrowy styl życia…. Oczywiście, stare nawyki wracają, jak bumerang….
Nie chcę, aby była to kolejna wyuczona technika….
Właśnie się dowiedziałam, że pr. Marquette jest między innymi twórcą  projektu „Air, który ma na celu wczesne wykrywanie raka płuc….
” Według naukowców z francuskiego Państwowego Instytutu Zdrowia i Poszukiwań Medycznych, Uniwersyteckiego Centrum Szpitalnego w Nicei i Uniwersytetu Nicea-Sophia-Antipolis, Francuscy naukowcy opracowali metodę bardzo wczesnego wykrywania raka płuc – nawet kilka lat wcześniej, zanim nowotwór będzie widoczny na zdjęciach rentgenowskich. Wszystko dzięki prostemu badaniu krwi! Pacjent dostaje ich rezultat w ciągu kilku minut-taką informację znalazłam na stronie polskiej…
Czy uda się ekipie z Nice udowodnić swoje odkrycie?  Myślę, że z pr. Marquette i  jego umiejętnością dbania o swoich pacjentów, dadzą rady… Teraz rozumiem, dlaczego tak biega, a nie jest zmęczony…. Zanurzony całkowicie w rzeczywistości, spełnia marzenia chorych na raka…. Służy ludzkości, przekraczając bramy śmierci…. Powiedział, że „rak płuc może być wykryty już na rok przed wykryciem przez tomograf… Zwykle pobranie krwi dla pacjenta, natomiast dużo pracy w laboratorium…. Nad jednym pacjentem, aby znaleźć komórki rakowe, trzeba spędzić ok 30 min, i mieć bardzo dobre oko, aby oddzielić, miliardy zdrowych od chorych….I się nie pomylić. A tych chorych komórek jest garstka.. I takie badanie kosztuje….We Francji 75%zdiagnozowanego raka płuc , nie jest możliwa operacja….
Dlatego projekt potrwa 3 lata,  w 21  uczelniach medycznych we Francji, badanych jest 600 osób, którzy zaprzestali palenie….
Niesamowite, że mogę znać Marquette, śledzić odkrycia naukowców z Nice….
Taki prezent od Życia….

AUTORYTET BEZ KOMPETENCJI NIE MA ZADNEJ MOCY

Kompetencje bez autorytetu, są tak samo bezsilne, jak autorytet, bez kompetencji.
Kolejny piękny dzień. Słońce rozświetla ciemne zakamarki duszy.
Rozpoczął się post, czas refleksji nad istnieniem.
Kto, jest ważny w moim życiu?  Czy potrafię, wytrwać, rezygnując, z tego, co lubię? Czy te 40 dni, coś jeszcze dla mnie znaczą?
Mądre pytania zadał, biskup Nicei- André Marceau, podczas celebracji środy popielcowej.   Jak być współpracownikiem Boga, naszego Stwórcy??
Kto jest naszym bratem?  Jak pomagać, by nie krzywdzić, aby inni chcieli, a nie ciągle musieli?
Jest wielka przepaść, między „chcieć a musieć. Często, tej przepaści, nie widzimy,zmuszamy sIebie samych, terroryzujemy rodzinę, współpracowników.
Widzę to w pracy, każdy w swoim kącie, minimum wysiłku.
Presja, lęk, lenistwo -zmora, która wysysa ochotę do życia.
W ubiegłym tygodniu, zostałam zbombardowana smutnymi wieściami: wujek w szpitalu, babcia źle się poczuła, mąż koleżanki spadł z drabiny, koleżanka z pracy ma raka, śmierć w rodzinie… Trudno pozytywnie myśleć, w obliczu tylu wydarzeń.
Czas śmierci, jest wliczony w życie. Do niej nigdy się nie przygotujemy, nawet, jak dana osoba choruje…
Dostając „groźbę śmierci”, mam inne spojrzenie, na życie… Uczę się je kochać. Pewnie, łatwo nie jest.Aczkolwiek, przestałam użalać się, nad sobą, nad chorym człowiekiem, czy też zmarłą osobą..
Wiem, że to nic nie da, wiem, bo, mój profesor, podczas pierwszej wizyty-patrząc na mnie, pokazał mi, że, mam siłę, że, tomograf się pomylił. Zycie zasługuje na miłość. Zaopiekował się mną, tak jak robią  to  ,Anioły-nasi przyjaciele…. I wtedy wiele się zmieniło…. I wciąż zmienia….Wyrażam na to zgodę, jest to współpraca lekarza i pacjenta. Szukając źródła, wyrywa toksyczne skutki choroby z korzeniami (dlatego to tak długo trwa )
I miałam też radosną rozmowę z Asią, przypomniała mi o zaufaniu,o  naturalnej  potrzebie dzielenia się!!…Tak sobie myślę ,że w żyłach Asi zamiast krwi płynie, niczym nie skażona radość.
Psychiatra, Christophe André, nazywa takich ludzi- szczególnie uzdolnionymi, którzy są ubrani w zbroję szczęścia, radości.  Asia ma 20 lat. I to jest piękne, że mogę uczestniczyć w jej życiu, że dzieli się ze mną, tym, co dla niej ważne.
(Nie otworzysz konserwy palcami.)I tu wkracza „Chcę.”
Tworzy się zaufanie..
Nie możesz też, bezmyślnie wszystkim opowiadać o sobie…. Albo trafisz na złodzieja, albo cię wyśmieją. Za naiwność się płaci.
I miałam kilka dni, które przypominały mi o moim stanie zdrowia. Płuca, wciąż się wściekają. Hm, nie za bardzo je rozumiem. Moim tłumaczem jest mój lekarz…. Uspokoiły się, gdy, go zobaczyły. Kolejne spotkanie, kolejna lekcja, kolejna niespodzianka.
Spotkaliśmy się, przed szpitalem, przywitał się ze mną…. Panie z sekretariatu, mają czas… Są sympatyczne, aczkolwiek nie chciałabym z nimi pracować…. Za to z profesorem, tak…… Sam o sobie mówi, że, lubi porządek,bo medycyna tego wymaga…. Po badaniach, czekając na wizytę, rozmawiałam z panem, który ma większy problem z płucami,niż ja…. I  jego żona , nie dała rady..odeszła ….nie chciała się nim zaopiekować. Ten pan, ma ponad 60 lat…. W obliczu cierpienia, bliskich, gdy nie mamy oparcia, w lekarzu, najbliższych, przyjaciołach, gdy próbujemy sami walczyć… W którymś momencie, albo odchodzimy, albo stajemy się złośliwi. Depresja gotowa do ataku… Dlatego, ważna jest formacja lekarzy, serwisu medycznego, by w kryzysie, bezsilności, nie uciec, nie pozwolić  beznadziei zaistnieć.Pr. Marquette , nie zmienił swojej postawy. On też, ma zbroję” pasji” na sobie. Emanuje radością .Przy nim, milknę, wszystko, co ważne, przekazuje mi, bez słów.
Komunikujemy się dzięki, pasjom, jakie mamy. Mówimy ,tym samym językiem.   W jego żyłach, płynie pasja, ratowania człowieka.Jest gdzie ma być. Tym razem temat lekcji; Zaufanie…
Wyczuł mały szmer w płucach…Spojrzeniem przytulił, wypchał w ramiona natury…. Zachęcił do mojego ulubionego zajęcia; szukania piękna przyrody….Dodał odwagi, i to jest klucz motywowania. Klucz do wypłynięcia na głębię. Jak zawsze, student medycyny, czerpał inspiracje….(Przy okazji i ja…),jak  niesamowity jest nasz organizm) Wszystko, co w nas jest, czemuś służy…. Nie ma zbędnych organów… Każda krwinka, komórka, służy człowiekowi..Jego tłumaczenie ma głęboki sens. Nie jest, chwalipiętą. Jego celem, jest zarazić, młodych lekarzy, pasją konstruowania życia pacjenta. I za każdym razem, mówi, ze jestem dzielna…..  (no i tu mnie ma,)   Łagodnieję, i brakuje mi słów…. Podziwiam jego obecność, jeszcze bardziej…. I doceniam…. Jestem, tam gdzie mam być.
Co może być ważniejsze, od spotkania pełnego we wzruszenie, podziw, wdzięczność???
Zrozumieć niewypowiedziane. (Wystarczy chwila Obecności ,z człowiekiem, który ….I tutaj moja lista wciąż się powiększa, wciąż znajduję coś nowego, wciąż, mając przykład pr. Marquette, uczę się, w co inwestować, a co zostawić…. I to wszystko, dzięki Zaufaniu, jakie w sobie nosimy, i wyrażamy je w słowach, i gestach….i moje zmęczenie,spowodowane niewydolnością płuc, nabiera sensu…Nawet toksyczne eozynofile (w moim przypadku,zwiększona ich ilość ma działanie toksyczne,i czepiają się płuc) nie jest aż tak groźne (jak tłumaczył studentowi,to tak jakby je widział,była to opowieść,a nie wyuczone z książki…..)aż chce się sluchac….Majac kompetencje i autorytet…..Ratuje człowieka.
Niech, te 40 dni przyniosą,Zaufanie- mądrości serca, i niech dłoń nasza, zaciśnie się w dłoni Stwórcy, aby już nigdy jej nie opuścić….

BYC PROROKIEM SZCZEROSCI

Człowiek kłamie 18 razy na godzinę….. Tak obliczyli amerykańscy psychologowie…. Trochę dużo… A może nie dużo…. Każde kłamstwo potrafimy sobie wytłumaczyć. Boimy się się porażki, kary, czy też najzwyklejszego upomnienia… Nikt nie jest doskonały. Mamy prawo zapomnieć, być niedyspozycyjnym, mieć tak zwanego lenia. Oczywiście, chwilowo…
Jednak człowiek nie cierpi być upominany…. Widzę to w pracy… Tak jakby człowiek sam sobie zabierał wolność…. Mam prawo do…..i rzadko, kiedy wyciągamy wnioski z popełnionych błędów… Człowiek wymaga szacunku.. A sam popełnia kardynalne błędy…. Każde kłamstwo to cegiełka do znienawidzenia swojego życia….
Niestety człowiek coraz więcej konsumuje… I firmy, fabryki, chcą pracownika „robota”…Coraz więcej samobójstw, wizyt u psychiatry, lekarza….Człowiek nie wyrabia…. Nawet sklepy w niedziele coraz dłużej otwarte… Konkurencja, czy głupota? Kto kogo chce namówić?…Coraz dłużej pracujemy, a wiec na zakupy pozostaje niedziela. A gdzie czas na prawdziwe nic nie robienie…. Pozostanie w kontakcie z naturą, a nie substytutami. Kolorowe pudełka, gry, seriale… O życiu gwiazd, możemy dużo mówić… A o życiu, najbliższych, często nic nie wiemy. Rozmawiamy o pogodzie, i kto ma gorzej…. Zapominamy o kroplach radości… O łzach roześmianego serca… Nie akceptujemy swojego życia. Czasami nic o nim nie chcemy się dowiedzieć się. I rzucamy obelgami na innych, gdy nam się nie powodzi… Zamiast zastanowić się nad tym, co mogę zrobić, by poprawić moją sytuację…. Plujemy jadem złości, nienawiści. Tylko nasze problemy są najważniejsze. O nich potrafimy opowiadać.

Wczoraj siedząc na ławce, podeszła do mnie pani… Powiedziała mi ze muszę czuć się dobrze… Ze mam dobry uśmiech..Nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć…. Tak jakby chciała się upewnić… Że ktoś z nią jest. Czułam samotność. Powiedziała, że ludzie nie są tacy jak kiedyś…..i ze dobre samopoczucie jest ważne. Na koniec pożegnała mnie; Niech Bóg ci błogosławi…. Zaskoczona tym spotkaniem, uśmiechnęłam się  do siebie….. To, czego  najbardziej potrzebujemy, to Obecności. Ta pani nie zamknęła się w czterech ścianach… Pomimo bólu samotności i niezrozumienia, potrafi wyjść do drugiego człowieka…. Jak ważne jest mówić innym, nie tyle o problemach, co o pozytywnych emocjach, które są w nas głęboko schowane?  Miała odwagę się przy mnie zatrzymać.. I opowiedzieć mi, to, co zauważyła…

a może zamiast kłamstwa,warto zainwestować w szczerość;;;;;

kolejna lekcja …

Nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na ulicy, kto będzie dla ciebie nauczycielem.

Dlaczego tak trudno ich zauważyć?

Niczym Anioły ….

A może to są właśnie Anioły, przypominające o sobie

Gdy za daleko od nich odchodzimy……

Bez tytułu

Płuca nareszcie zaczynają pracować. I wciąż szukam odpowiedzi na pytanie: gdzie tkwi sekret mojego profesora??
Jak do tej pory niczym, prorok, ratuje mnie, przed zwątpieniem w siebie….w życie……
Podczas niedzielnej mszy, na kazaniu ks.  Grześka Skickiego (prowadził mszę św… jest Oblatem i szefem stowarzyszenia Toit pour toi- Dach dla ciebie) Wiele dobra się dzieje, wielu młodych ludzi ratuje przed ulicą….)Bardzo poruszyły mnie słowa,które powiedział.Jezus  wierzył w  człowieka, dlatego udawało mu się wyciągać ludzi z błota nienawiści. W ich domu, była przez jakiś czas młoda dziewczyna  z bagażem bardzo złych doświadczeń. Dwa razy podcinała sobie żyły, wiele razy była w szpitalu psychiatrycznym.. I postanowiła żyć na swój rachunek. Odeszła… Zostawiając list. Dziękowała za życzliwość, ciepło, za to ze nauczyła się jeść posiłki nie włączając telewizora… A najważniejsze, nabrała wiary w siebie, bo w tym domu wierzyli w nią…   Mocne świadectwo!. Uwierzyć w człowieka!
Mój profesor wierzył we mnie… I dlatego  mogłam mu zaufać. Stworzył warunki… i udało mu się!! Doceniam każdy dzień.
Jak często potępiamy, nie znając sytuacji? Jak często stawiamy się w rolach oskarżyciela?.. A gdzie wiara w człowieka? W jego talenty, kompetencje, w jego sukcesy??
Moja była szefową, jest przykładem, że nie warto oskarżać…. Spokój wrócił. Dyrekcja ją wyrzuciła. Zapłaciła cenę za swoje postępowanie.
Dzieci  często proszą rodziców, aby patrzyli na nich…. A dorośli nie mają czasu…. Młody Nicolas… Wie, że dziewczyny puszcza się przodem…. I gdy poprosiłam go, aby odniósł talerz do kuchni….. Drugi talerzyk odniósł sam… Nie musiałam mu przypominać. I za każdym razem jak mu mówię, że coś robi super… I że jest dużym chłopcem… to tak jakby nagle urósł… Jest dumny….. Uśmiecha się, a w  tym uśmiechu przyznaje mi rację…. Dzieci nie muszą nikogo udawać… Chyba, że mają głupich rodziców, którzy konieczne chcą realizacji swoich niespełnionych marzeń, planów… To zwykle nie działa..
Uwierz we mnie!!!
Usłysz mnie!!
Spojrzyj na mnie!!
Przytul mnie!!
Zachwyć się mną!!!
Odkrywaj mnie!!
Pokochaj mnie, a nie twoje wyobrażenie o mnie!!

Kiedy ostatni raz doświadczyliście takiego spotkania, w którym obecne były, te wszystkie uczucia powyżej napisane…????
A kiedy ostatni raz, podarowaliście taką Obecność drugiemu człowiekowi????
Dzieci mają rację… gdy chcą, aby na nich patrzono. Aby dbać o innych… Trzeba umieć zadbać o siebie. Inaczej depresja wypalenia się kłania do pasa.
Dawanie i branie mają ze sobą współpracować.
To nie chodzi o puste slogany Uwierz w siebie!! Tylko o świadomość. Dzieci uczą się przez obserwację… Jedynie co możemy w chwilach trudnych… Usiąść. I obserwować. Najlepsza metoda na polubienie siebie..albo poddamy się losowi,albo staniemy się silniejsi. . A wtedy być może uda mi się kiedyś choć raz zrobić coś dobrego…..
Wierzę w Ciebie… Moc tych słów ratuje przed  mniemaniem….  jestem biedny… I nikt mnie nie kocha…. I życie jest do niczego….. Jestem do niczego…. Lub wszystko wiem lepiej… Nie potrzebuję nikogo….. Sam sobie poradzę.
Wszystkie te stwierdzenia są fałszywe. I najgorsze jest ze wiemy o tym, a jednak zapominamy ze ten dzień się już nie powtórzy ,ze nie dwóch takich samych ludzi, ze ptaki śpiewają za darmo,ze uśmiech nic nie kosztuje, ze nasz czas na ziemi jest ograniczony…..

Po mszy była wenta dla stowarzyszenia. Kupiłam konfitury od pana, a dostałam słowo radości; masz piękny uśmiech. Pomyślałam sobie…dzięki chorobie i mojemu Aniołowi profesorowi Marquette,który przekazał mi wiarę w MOC  ŻYCIA ….i WIELU Z WAS….Jestem wdzięczna za dar,jakim dla mnie jesteście …..

Nigdy nie wiesz kogo spotkasz

A niektórzy nie wiedząc dali gościnę Aniołom….. lub zostali ugoszczeni przez Anioły….  Czasami wsrod obcych ludzi pojawiają się Anioły w ludzkiej skórze.. Są, bo ich spotykam… Może nie codziennie.. aczkolwiek istnieją. Przykladem jest mój lekarz, który budzi mnie do życia. Do zobaczenia piękna w moim braku sił.  Zatrzymać się to pobłogosławić swoje życie. Przytulić je! Zachwycić się nim! Spojrzeć życiu głęboko w oczy i nauczyć się żyć w prawdzie. Bez udawania. Bez chęci wywyższania się. Być może wtedy życie byłoby prostsze. Łagodniejsze. Zacząć oddychać miłością, życzliwością. Kuzynka poprosiła mnie abym jej koleżance udzieliła kilku rad, bo zamierzała ze swoją siostrą przyjechać na dwa dni do Nice. Akurat miałam dzień wolny i tak zamierzałam wyruszyć na pieszą wycieczkę… a więc jeden dzień spedziłam z dziewczynami. Telefoniczna rozmowa z Edytą, była bardzo pozytywna. Czułam radość w głosie. Zabieganie łączyło się z prawdziwością życia. Dobrze nam się rozmawiało. Chciało nam się rozmawiać. I tak dziewczyny przyleciały do Nice, na bardzo krótki pobyt. Słońce łaskawie ich powitało, chociaż wieczorem deszczowi zachciało się płakać. Wypiłyśmy kawę i pojechałyśmy do Monaco. A co, swój do swojego ciągnie… Czyli księżniczki do księstwa… U księcia była zmiana warty, nie zaprosił nas na obiad, a więc w parku w towarzystwie śpiewaków -ptaków, w obecności zieleni, błękitu nieba i morza zjadłyśmy… kanapki… Lucyna ze swoim kumplem aparatem, robiła mnóstwo zdjęć. Miała czas dla siebie, dla piękna natury, krajobrazu malowanego przez Stwórcę… Edyta z predkością światła chciała zwiedzać..Nawyki paryskiego życia.Książę nie wyszedł, za to słońce się z nami piło kawę. Stare miasto, katedra, port Herkulesa i kasyno….. Morze mruczało kołysanki, „biedni „ludzie na jachtach się bawili. A my oddychaliśmy radością spotkania. Nie oczekując niczego od siebie, traktowałyśmy się z życzliwością. Bez trudnych pytań, bez foch. Piękny dzień. Dobro szczerzyło do nas zęby. Spotkaniem nieznajomych osób, które nie szukają, nic poza odpoczynkiem od codzienności. I to się nam udało. Pozytywne emocje nam towarzyszyły.Harmonia gór i morza pomogły nam w szlachetnej postawie serc. Jak często o tym zapominam. Dziewczyny przypomniały mi ważną rzecz… nigdy nie wiesz komu poświęcasz czas. On jedynie jest bezcenny. Obecności nic nie zastąpi. Powrót był dłuższy, bo autobusem. Wiatr zaczął tanczyc i deszcz się skradał. Morze się rozszalało,rozbijało się o brzeg coraz mocniej.. Zakończyłyśmy dzień na ogromnej pizzy w restauracji L ecurie ,czas dzielenia się, czas radosnych słów, czas który ma sens. Jak często tracimy czas na kłótnie, pretensje, a przecież stół służy do celebracjj tego co mamy, a nie tego co nam zbywa, czy też to, co chcemy dostać. Dawno nie spotkałam się ze zwyczajną życzliwością, która nie traci czasu na głupoty. Ja tylko byłam przewodnikiem,miałyśmy mało czasu, a zostałam obdarowana cieplem i spokojem dialogu. Harmonia bycia z drugim człowiekiem.Kolejny nieoczekiwany przykład że są ludzie ,którzy mają anielskie geny w sobie.Jakby byli podsyłani przez Stwórcę.Bardzo lubię list ,który napisał ojciec do syna, cytuję tylko kilka wersów.Jest dużo mądrości w nim….. ….”Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę,  nadając wartość każdej przemijającej chwili; Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej  i co – najważniejsze – synu mój – będziesz Człowiekiem”-Kipling Edyta, Lucyna -dzięki za wspólnie spędzony czas. Za radość i harmonię którą przywiozłyście ze sobą.Nieźle komponowała się z krajobrazem. Nadałyśmy wartość każdej przemijającej chwili…. Bo ziemia jest nasza, jest godna podziwu i szacunku, jak i jej mieszkańy… Nigdy nie wiesz, kto stanie na twojej drodze…..