Tajemnice zdrowego życia w codzienności

DSC_0839„Jego szkoła nacechowana była troską o zdrowie chorego” -tak piszą o Hipokratesie, ojcu medycyny…..
Jak wiele się zmieniło od tych czasów. Wynaleziono leki, metody, sprzęty medyczne…. Jednak lekarze zapominają o swoim powołaniu.
Ilość  operacji plastycznych, sprzedawanych leków, są tego dowodem. Masakrowanie swojego ciała, tylko, po co??
Głównym problemem jest cierpiąca dusza. Żadna operacja plastyczna, ani psychotropy, nawet najlepsza terapia nie uzdrowi człowieka.  Na chorobę duszy, która rozprzestrzenia się z prędkości światła jest….???
Każdy z nas może sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy ja mam czas Żyć???
Tak bardzo lubimy grabić do siebie, i to szerokimi grabiami,( ba oczywiście to, co nie nasze)troską nazywany pracoholizm.
Troska o zdrowie chorego – studia medyczne nauczą metod, ale nie troski. Jeżeli młody lekarz, ma pasję odkrywania swojego powołana, to będzie troskliwym lekarzem. Inaczej, stanie się bogaty i technicznie dobry, aczkolwiek, z biegiem lat, powołanie stanie się jedynie zawodem, który go może go wypalić. ·Lekarz według Hipokratesa powinien być sługą Natury.
Niedawno odkryłam św. Hildegardaę ,która była sługą Boga i Natury. Jak na tamte czasy, kobieta respektowana i słuchana przez ówczesne elity. Nie musiała krzyczeć, że jest feministką. Hipokrates, także wspomagał naturalne procesy zdrowienia. A teraz, lekarze przepisują na wszystko leki. Jakby one miały monopol na wszystko, a nie mają, są ulgą, czasami pomagają, aczkolwiek bez troski są puste….. Pr. Marquette, zapoznał mnie z troskliwością, bez wchodzenia w poufałość, bez zbędnych słów, gestów, dając przestrzeń do odkrywania moich eozynofilii mojego ducha i organizmu. Pomimo obowiązków, jako ordynator, konsultacje, studenci, projekt,”Air” na skale światową, w którym, bierze udział ,kolokwia, … 32 lata powołania bycia lekarzem,mowi samo za siebie. Może śmiało powiedzieć :brakuje mi czasu… A jednak tego nie robi, jest spóźniony, ma tysiące myśli, a jest Obecny, nigdy nie wyszłam od niego niewysłuchana. Bo każda sekunda jest dla niego bezcenna. Jest uczniem Hipokratesa, robiąc karierę, stawia pacjenta, jako swoje wyzwanie. Nie mając czasu, wykorzystuje go jak najlepiej potrafi. A może to jest jego sekret… Może, dlatego każda konsultacja to oczarowanie, w świecie gdzie człowiek tak rzadko patrzy z radością na drugiego, bez jakiekolwiek chęci zysku. Póki, co, próbuję toksyczne krople krwi ubezwłasnowolnić, dzięki opowiedzianej historii z wielką Troską przez profesora. Leczy także moja duszę. Troską. Bez zbytniego analizowania. Jedynie pasjonaci tak potrafią…. Pasjonaci Życia.
Gdy byłam na kolejnym sprawdzeniu krwi, czy aby eozynofile nie świrują, pielęgniarka z delikatnością, zapytała o moje zdrowie i gdy jej powiedziałam, co mi dolega, poleciła mi wino z lawendy, które oczyszcza płuca, I do tego zioła, które pomogą lepiej funkcjonować płucom. Uśmiechnęłam się, bo właśnie to św. Hildegarda, jest polecającą, inspirowana się Hipokratesem. I tak odkryłam świętą. Jakby nie było doktor kościoła, jako czwarta kobieta w jego dziejach. Mistyczka, wizjonerka komponowała muzykę i dbała o zdrowie ducha i ciała. Jak to mówią „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Jej dzieła mają moc, tak jakby kontynuowała dzieło uczniów Hipokratesa, pokazywała siłę naturalnych środków, dodając szczyptę Bożej Miłości. Niezwykła średniowiecza kobieta. Dziś jej dieta, zdrowe odżywianie cieszy się dużą popularnością. Czasami sklepy internetowe, skupiają się tylko na zarabianiu, nie biorąc pod uwagę, jej rad dotyczących choroby duszy….. Jako benedyktynka, przełożona klasztoru, wie więcej o ciszy, medytacji, harmonii człowieka, modlitwy. Sama dieta nie uzdrowi smutku, głupoty, nie rozpromieni twarzy.
Lekarze, często nie biorą pod uwagę, tego aspektu zdrowienia. Nie mają na to czasu, lub kompetencji. Mój profesor, ma talent do: krótko i sensownie. Bierze moje refleksje pod uwagę, czasami na nich bazuje.
Egzorcysta Gabriel Amorth, napisał książkę o współpracy psychiatrów I księży. Choroba duszy, jest o wiele cięższa, niż tak zwana depresja. A może depresja jest chorobą duszy, tylko tak została nazwana ze względu na laicyzację. Prywatność staje się kolejnym nieporozumieniem, a zarazem Internet idzie w drugą stronę, obrzucając błotem i  tym sposobem, człowiek traktuje siebie jak śmiecia.
Natury wciąż nie znamy, a rady średniowiecznej św. Hildegardy są analizowane przez dietetyków. Gdy panuje moda na wegańskie dania, święta, swoim życiem pokazała, że nie samym chlebem człowiek żyje…
Hipokrates, wyczuwał także potrzebę scalenia człowieka.
W roku 1948 Światowe Stowarzyszenie Medyczne sformułowało Deklarację Genewską, która jest bardzo zlaicyzowaną i ogólną następczynią starożytnego tekstu.
Doktor H. Newman w swojej książce, Cień Hipokratesa podkreśla jak wielką rolę ojciec medycyny przykładał do budowania relacji z pacjentem opartej na wzajemnym szacunku oraz zaufaniu. Jak podkreślał, – najlepszym lekarzem jest ten, który potrafi przewidywać dalszy przebieg choroby.
Niektórym lekarzom udaje się stanąć na wysokości powołania.
Przysięga lekarska z Deklaracji Genewskiej, była zmieniana 4 razy. Zastanawiam się, po co?
Środowisko medyczne skarży się na dużą ilość pracy, pacjenci skarżą się na długość oczekiwania, na brak kompetencji, czy też brak informacji czyni ich ignorantami.
Pr Marquette pokazuje, że wszystko da się połączyć.
Wystarczy usiąść i uczciwe się przyznać
Czy to, co robię ma sens?
Czy aby mnie nie niszczy?
Czy to, co robię, wykonuję uczciwie?
Niesamowite jest to, że w świecie tak bardzo dostępnym informatycznie,:zakupy ci przywiozą, obiad także, większość spraw możesz załatwić internetowo, możesz nawet pracować z domu, samochód to podstawa, a coraz mniej czasu mamy
Nawet do kina nie musisz chodzić, możesz sprzęt do mieć u siebie, nie mówiąc o sprzętach domowego użytku….
A jednak, najnowsza choroba naszego wieku to: BRAK CZASU!!!!
Ciekawe jak to psychiatrzy kiedyś wytłumaczą??

Tymczasem Pr Marquette uczy:Bądź wrażliwy na uwagi innych. Chroń słabszych. Odwagę uczyń pasją codzienności. 32 lata pasji bycia lekarzem, wciąż pełnym życia , mówi samo za siebie….

CUDA SA TAK WRAZLIWE

DSC_0502Gdy leciałam do Polski na pogrzeb babci, na lotnisku wpadła mi w ręce książka” L ‚Homme – joie”.

Niezwykle jest to, że miałam ją na liście do mojej biblioteczki. Napisał ją Christian Bobin. Nie musiałam jej szukać. Babcia mi ją podrzuciła, abym się za bardzo nie smuciła jej odejściem z tego świata.Oczywiście książkę kupiłam, sam tytuł zmusza do uśmiechu.

Człowiek – radość, interesujący tytuł i treść książki bardzo bogata.

Bobin otrzymał nagrodę z Akademii 2016, a w 1993, Prix des Deux Magots za książkę religijną Le Très-Bas (w wyd. polskim Najniższy) o św. Franciszku z Asyżu. Za tę samą powieść otrzymał w tym samym roku Grand Prix Catholique de Littérature.
‘’Życie nie kończy się, rzadko jesteśmy na szczycie naszego życia-te słowa przeczytałam dotykając chmur. Niesamowite, że właśnie ta książka mnie zaczepiła, wprowadziła w życie a nie śmierć. A przecież leciałam na ostatnie pożegnanie babci.
‘’To, co widzimy nas przemienia. To, co widzimy, daje nam prawdziwe imię’’ – pisze Bobin.
‘’Sama świadomość nie oświetla nam drogi, tylko prawdziwe światło płynące z głębi naszych serc. Najpiękniejsze jest odkrywanie’’- dodaje.
O miłości i śmierci pisze tak – ‘’miłość przychodzi, gdy ktoś obok ciebie jest jak rzeka, jak gwiazda, jak kwiat wiciokrzewu, który upija swoim zapachem. I ta, która jest pod ziemią, nie, nie jest pod ziemią, jest przy Aniołach, i pewnie zna ich imiona……Ona jest przy tobie. W szafie błękitnego nieba, biała suknia. Wyciąga proszek śmierci. Wieczność suszy’’….

 I pyta siebie czy jest normalny. Odpowiedź brzmi: nie. I wcale się tym nie martwię-sam sobie odpowiada.’’ To, co się liczy to siła radości, która odbija się w szkłach naszych oczu. Jedno objawienie i wszystko jest uratowane’’. Zgadzam się z nim.
Większość ludzi zamyka oczy na cuda. Brak prawdy jest gorszy niż koniec świata-dodaje.
Wzruszyły mnie jego przemyślenia, po raz kolejny niebo podsunęło mi dobrą lekturę. Słowa przesiąknięte życiem.
Bóg nie umarł!!! A więc skąd ten płacz. Skoro Bóg nie umarł, to i babcia żyje i moi rodzice, pomimo że nie widzę ich uśmiechu, oni żyją, w każdym wspomnieniu. I właśnie  taka książka  przyszła do mnie i otarła mój smutek. Przypomniałam sobie jak leciałam na pogrzeb taty, na lotnisku, mały chłopczyk podszedł do mnie i wziął mnie za rękę, nie pamiętam, co mówił, zapamiętałam jego imię: Mathieu, pokazał mi swoją mamę i przez chwilę był moim Aniołem. Otarł moje łzy. Niezwykle spotkanie. Kilka miesięcy przed śmiercią mama powitała mnie oczami pełnymi miłości… Było to ostatnie nasze spojrzenie na tej ziemi.( Gdy  piszę te słowa, łzy spływają po policzkach. Łzy zgody, łzy wzruszenia, łzy spokoju)
Anioły istnieją  i nas kierują, do bezpiecznego portu. Bobin, mi o tym przypomniał.
Życie łączy się ze śmiercią. A śmierć łączy się z życiem.
‘’Cisza jest prezentem od Aniołów, którego nie chcemy otworzyć’’-pisze.
I ma rację, nawet w kościele człowiek nie potrafi ciszą modlić się .
Łatwo jest nic nie mówić, trudniej uciszyć myśli. Trudniej żyć Prawdą. Trudniej wyrazić siebie, gdy inni ludzie nie patrzą na ciebie. Widzą tylko ekonomiczny zysk lub stratę…
Niedawno byłam w towarzystwie, gdzie jedna osoba, którą znam, nawet nie spojrzała na mnie, nie skierowała ani jednego słowa, a siedzieliśmy przy jednym stole. Dla tej osoby byłam niewidzialna. Smutno mi się zrobiło, zwłaszcza, że rzadko się widujemy. Próbowałam sobie przypomnieć, czym mogłam ja urazić, być może ktoś przykleił mi etykietkę. Moja obecność jej przeszkadzała. Próbowałam zagadać, mur rósł jeszcze większy.  Zaskoczona sytuacją, dostałam lekcję, aby nie zachowywać się w taki sposób, szczególnie gdy nie znam osoby.Uczę się w takich sytuacjach, życzyć  dobra. Nie zmienię jej etykiety, jaką ma na mój temat, jednak toksyczne emocje zanurzam w źródlanej wodzie życzliwości. I szybko zapominam. I staram się nie wracać. Syzyfowa praca.
Na koniec Bobin opowiada o spotkaniu z filozofem i kwiatami.
‘’ Być może to radość być tylko pyłem. Kwiaty śmiały się wszelkimi kolorami… Słowa filozofa były pełne pokoju i promieni światła, były dobrem, były czyste, a jednak śmiech był większy, lepszy…. Pochodził z głębin gwiazd.. Kwiaty szeptały: popatrz, nie ma drzwi, istnieje tylko nasz zapach, kolory, nasz śmiech. Dlaczego szukać czegoś, gdzie indziej.

Spoglądam w Niebo. Nie ma drzwi, albo drzwi są od zawsze otwarte. Spoglądam i słyszę śmiech, śmiech kwiatów, którymi nie można się nie podzielić”….Tak jak Życiem, nie można się nim nie dzielić. Zresztą nie da się inaczej…. Dlatego tak wielu cierpi na depresję..
To, czego będzie mi brakować w wieczności to książki i listy. Reszta będzie rozkoszami, które dziś są tak wrażliwe…
Zycie jest tak wrażliwe, tak kruche, tak niezwykłe….
Zwykle odpowiada na moje prośby. Tylko ja często jestem gdzie indziej i twierdzę, że nie mam czasu.
Bobin jest poetą, który łączy Wieczność z Życiem na Ziemi, naszej niebieskiej planecie.
Niezwykle spotkanie, książka pełna Nadziei. Słowa żyją swoim życiem, raczej się spodziewałam filozoficznego opisu Radości, a tutaj zaskoczenie (książki zwykle intuicyjnie wybieram, tym razem tytuł do mnie przemówił)
To zmarli zapalają lampy Życia …..
Ciekawe, jakie prezenty od babci jeszcze dostanę….
I przypomniało mi się, jak dostałam od mojego profesora pullmologa  pierwszy list, (czyli najzwyklejszy opis, który był skierowany także do mojego lekarza rodzinnego) i na końcu podpisał się:

Sensible  à votre attention….I tu mnie oczarował..Zwykle na końcu pisze się z poważaniem… A tu…
Wrażliwy na waszą uwagę…
I życie zaczęło powoli wracać….
Jak pisze Bobin
Cuda są tak wrażliwe…
A co dla ciebie jest dziś cudem?

Uwięzione piękno jest w Tobie

DSC_0805
Jazda środkami komunikacji miejskiej jest czasami pouczająca.
Kolejna jednodniowa wycieczka. Decyzja zapadła przy śniadaniu.
Cap D Ail – bardzo przytulna ścieżka nadmorska, położona na granicy z Monaco.
Cap d Ail zachował eleganckie i majestatyczne ville z  Belle Époque.
Oferuje zróżnicowane klimatyczne pejzaże, nosi nazwę: station climatique.
Greta Gabon, Winston Churchill wybudowali tam swoje  wille.
Przepiękny ogród wysunięty w morze  przenosi na bezludną wyspę. Idealny do medytacji, czytania, kontemplacji życia. Jego dziki klimat ma w sobie niesamowity wdzięk..
Przechodząc przez plaże Mala et Marquete I przez punkt widokowy Douaniers (ok  3,6 km) można zapomnieć się i z zachwytu tylko wzdychać. Na tabliczkach informacje o rybach, które tam mają swoje domy, o roślinach, które także się tam zainstalowały. Czysto, dobrze zabezpieczone, elegancko.
Pointe des Douaniers, pokazuje skały wulkaniczne, ich ciekawe formy, jakby zrośnięte z morzem,które tworzą niezwykłą całość.
Oczarowałam się widokami.
Zawędrowałam do drugiego portu Monaco-  Fontvieille. Jeszcze pięć lat temu było tylko morze i piasek. A dziś spokojny port u stóp Rocher. Robi wrażenie, potęga skały i dzieło człowieka. Dzielnica istnieje, częściowo dzięki szczodrości morza. Monaco pozwoliło sobie na zabranie morzu kawałka, aby człowiek mógł się bogacić, lub rozwijać, jak kto woli.
Luksusowe wille i osiedla, pomiędzy którymi można się zgubić.  I niesamowity spokój. Takiego spokoju w Nice brakuje.
Świetny pomysł z deptakiem, morze mruczy, słońce przytula, a przestrzeń nieba uśmiecha się . W takich warunkach spacer ma sens. Każdy krok to luksus oczarowania. Jakbym, co najmniej Amerykę odkrywała.
Troszkę się pogubiłam (taki urok moich wycieczek) po drodze odkryłam nieznane mi Monaco, w końcu dotarłam do portu Cap d Ail , (już na terenie francuskim, aczkolwiek widać opiekę księstwa) a tam już oznaczenia do raju, czyli ścieżka usłana cudnymi chwilami. Od zachwytu kręci się w głowie. Taniec z naturą.
Najpierw morze mnie ukołysało, a później pokazało swe wdzięki nabrzeżne. Nie spodziewałam się takiego przyjęcia. I nie sądzę, aby człowiek potrafił tak ugościć. I to za darmo, bez kalkulacji, bez konieczności: a pokażę się, bez względu na pozycję człowieka. Idziesz i dostajesz, to, co najcenniejsze, to, co zostało wyrzeźbione przez naturę. Za darmo!!!!
Mini raj w postaci dzikiego ogrodu, z jedną knajpką i widokami na horyzont nieba i morza, na wille z Pięknej Epoki. Tam spędziłam długą chwilę, siedząc na zielonej trawie, oczarowana miejscem. Idealne do medytacji. Uśmiech staje się pieśnią wdzięczności, za sam fakt bycia w tym ogrodzie, gdzie człowiek nie ingeruje.
Dba, lecz z rozwagą, dlatego urok tego miejsca jest tak bezcenny.
To się nazywa umiejętność korzystania z darów Natury.DSC_0818
Morze opowiadało swoje historie, niebo troszkę się gniewało i nie chciało powiedzieć, o co, zaczęło się chmurzyć, a więc poszłam dalej.
Każdy krok to jedna negatywna emocja mniej, każde spojrzenie, to jedna pozytywna emocja więcej. Natura uczyła mnie, jak radzić z sobie ze stresem innych ludzi. Im więcej prawdziwych oczarowań, tym mniej złości, skierowanych ku drugiemu człowiekowi.
I tak kilka godzin maszerowania, uczyniło mnie silniejszą, pomimo zmęczenia płuc i  eozynofilii, które wciąż mają dużo do gadania.
Idąc do centrum, przez kilka dobrych minut, szłam krętymi uliczkami, pomiędzy murami posiadłości. Nagle zimno się zrobiło, być może brzydkie mury przywołały wiatr. Nic przyjemnego, brutalny powrót do rzeczywistości człowieka. Człowiek buduje mury, a natura czasem je rozwala. Wystarczy jej siła huraganu. Jak często nam się wydaje, że jesteśmy tacy mądrzy, natura uczy pokory.
W autobusie tłum ludzi, sardynkowe klimaty.
Wsiadła starsza para, pani, że spineczką we włosach, przypominała mi niezadowoloną nastolatkę, a pan, pogodzony ze sobą. Oj chyba lekko nie ma, aczkolwiek wciąż są razem. Z jej ust nie padła ani jedna pozytywna emocja. A miała dużo do powiedzenia. Pan, tylko jej przytakiwał. Nie pasowało jej, że autobus się nie chciał zatrzymać (było bardzo dużo ludzi), że mało praktyczna jest barierka do trzymania się, a to, że musieli długo czekać. O uśmiechu nie było mowy, jej piękno gdzieś uleciało. Zostało tylko narzekanie.
A ja oczarowanie próbowałam zapamiętać, a więc uśmiech miałam namalowany (zamiast pomadki) Usta tej pani,były ściśnięte jak nastolatka, która nie widzi sensu w radach rodziców. A widoki z autobusu, dają rady: przestań rozsiewać smutek, przestań marudzić, przestań truć innych negatywnymi emocjami.
Chcę Ci uśmiech wymalować na twarzy. Pozwól mi na to, potraktuj mnie z szacunkiem. A zobaczysz, zbuntowana nastolatka zniknie, a pojawi się piękna kobieta. Właśnie tak widziałam tą panią. Uwięzione piękno było w niej.
Jak dobrze jest usnąć zmęczonym z radości.

Kazdy z nas może odkrywać tajemnicę samego siebie

DSC_0823-Wiesz, co  pracowałam z taką Klaudia ona w czwartek miała urodziny 32 a w piątek zmarła, bo dostała wylewu….Była w Polsce i podobno bolała ją głową przez 4 dni i pojechała do szpitala….
-Czasami śmierć przychodzi bez zapowiedzi.
-Pracujemy, gonimy ,coś chcemy mieć niby to, na co dzień ważne, ale tak naprawdę bez sensu, bo boli Cię głowa idziesz do szpitala i nie wracasz…
-No właśnie niby ważne.·-Brakuje nam rozmów…..brakuje zrozumienia….
W takiej rozmowie SMS  miałam zaszczyt uczestniczyć. Jasne byłoby jeszcze lepiej, jakbyśmy mogły porozmawiać, przy kawie, uśmiechnąć się do siebie nawzajem.
Śmierć uczy!!! Po moim wpisie o  śmierci babci moja chrześnica zaskoczyła mnie swoimi przemyśleniami, ·Gdy świat, młodych uczy życia na walizkach, braku szacunku do samego siebie
pisze tak -” Ciociu, czytając Twój ostatni wpis, coś we mnie uderzyło… Dziękuje Ci za to, jakie emocje w tym momencie we mnie obudziłaś. Zostaje tu z refleksja,…..
Dalej kontynuuje -” Babcia, to najbardziej gościnna i rodzinna osoba.. A Dzięki babci mam cel, jakie cechy kształcić w swoim życiu. Prostota i szczerość Obecności….
Ta młoda dama, postawiła poprzeczkę światu i swoim najbliższym. Wierzę, że jej się uda!!! I całym sercem jej dopinguję. Bo nie sztuką jest zarabiać dużo pieniędzy, sztuką jest żyć w zgodzie z samym sobą. I nie zapominać o gościnności, o najzwyklejszym zdaniu: Jak się dziś czujesz? Czy jest, co mogę dziś dla ciebie zrobić? Pamiętam o Tobie!!!….
Szanuję twoją ciszę!!! A nie obrażać się, gdy ktoś się do nas długo nie odzywa.
Dziś w pracy, wpada na piętro dziewczyna, i mówi do innej dziewczyny: „ e Italienne” i zwraca jej uwagę, nie widziała mnie, i jak tylko mnie zobaczyła to się zmieszała. Tylko, że ta włoszka, ma imię. I to, że ktoś pracuje dłużej, nie oznacza, że ma się tak odzywać do osoby o mniejszym stażu pracy. Nie dosyć, że w urzędach jesteśmy tylko numerami i nazwiskami, to i w życiu codziennym, ludzie nas byle jak traktują. A my się im odwdzięczamy, albo  zalewają nas słowami, które mało znaczą: mój skarbie, mój kurczaczku…
Brakuje nam rozmów!! Prawdziwych, niebanalnych, i tych o niczym.
Samotność rośnie jak grzyby po deszczu, nieumiejętność wysłowienia się, chroniczny smutek, jest gorszy od plag egipskich. Zabiera życiodajny oddech. Plaga żab, to nic w porównaniu ze smutkiem.
Konstruktywna rozmowa, połączona ze śmiechem jest terapią. Piękno śmiechu ze łzami w oczach, zaraża dobrym humorem.
Śmierć nigdy nie jest w czas.
A może, gdy zaczniemy ze sobą rozmawiać, to i nauczymy siebie nawzajem słuchać.
Słyszymy bzyczenie muchy, a nie słyszymy zaproszenia od Radości.
Widzimy plamę na ubraniu, a nie widzimy spojrzenia Zachwytu.
Wyrzucamy na śmietnik niepotrzebne rzeczy, jakbyśmy mówili: biedni i tak wygrzebią.
Obcym mówimy komplementy, a najbliżsi płaczą w ukryciu, bo brakuje nam dla nich czasu…
A gdy odchodzą…. Żałujemy…. Lub nie….
Tylko wtedy jest  już za późno…. Czas na ziemi został wypełniony…
Tylko czy pojawi się refleksja, jak u moich dwóch rozmówczyń??
Chcę Ci powiedzieć, że jesteś ważny!
Dla wszechświata!
Dla twoich bliskich!
Nie pozwól, aby twoje życie stało się prochem, już za życia.
Jezus zostawił pusty grób. Weź z niego przykład!!!
Nie bój się żyć prawdziwie!
Bez udawania!
Bez zbędnych słów!
To jest lot bez spadochronu
Zero zabezpieczeń!
A Życie odwdzięczy się.

Wykrzycz światu – Eureka!!!!!!!

 

 

Nie zapominaj być szczęśliwym człowiekiem

DSC_0382
Niedawno dostałam smsa: „Takie hasło mi ostatnio świeci; Pijany ze szczęścia”
Poetycko można powiedzieć: upić się szczęściem. W języku potocznym raczej króluje: jestem szczęśliwy(a).
Już Księga Przysłów stwierdza: „Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości”. Szczęście jest pozytywnie skorelowane z dobrymi wskaźnikami zdrowia psychicznego i fizycznego -tak mówi między innymi Wikipedia.
Mój ulubiony psychiatra Christophe  André, póki, co dla mnie autorytet w dostrzeganiu szczęścia wśród psychiatrów. Mam większość jego książek, w języku francuskim. I  są czytelne. Nawet dla takiego laika, jak ja.
Wciąż odkrywam Słowo-Szczęście.
Christophe mówi tak: „Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.”
Coś w tym jest.
Dodaje – Czy należy natychmiast szukać znaczenia, pozytywnego lub negatywnego, czy należy szukać spójności we wszystkim, co się nam przydarza? Czy raczej lepiej to zaakceptować z umysłem otwartym na tajemnicę?.
Tylko, że człowiek lubi oskarżać, aby poczuć się lepiej. Dziwna cecha naszego rozumowania. Wszystko musi być wytłumaczone, szczerość jest intruzem. Ostatnio usłyszałam od 17-letniego młodego człowieka są tacy, co szczerość uważają za pyskowanie.
A potem dorośli się dziwią, że dzieci wciąż ich okłamują..
Szczęście-szlachetne uczucie, połączone z radością i wdzięcznością rodzi dobre owoce. Christophe André w swoim blogu, wywiadach, często dziękuję Życiu. Rzadkość wśród specjalistów od uczuć.
Są ludzie uzdolnieni w pozytywne emocje, oddychają wdzięcznością, widzą wszędzie piękno. I z takimi ludźmi można zajść daleko. Łączą inteligencję i piękno. Widzą rzeczywistość Niedawno pszczoła szukała na mnie jedzenia. Miałam pomarańczowa bluzkę, może, dlatego się skusiła. Nie odganiałam jej, pozwoliłam usiąść na ręce. I wtedy zrozumiałam siłę spokoju. Moja postawa, sprawiła, że i pszczoła była spokojna, (była tylko jedna) inny obraz, kulawy pies, który boi się człowieka, prawdopodobnie był bity, przez długą chwilę go wołałam, w końcu dał mi się pogłaskać. Cierpliwość, a nie agresywne podejście. Spokój i cierpliwość idą w parze i składają się na szczęście. Kiedy ostatni raz doświadczyłam stanu szczęścia?
Lac Trecoplas, trud maszerowania połączony z darem oddychania czystym powietrzem na 2170m.n.p.m…I tak blisko Nice..
Wiatr rozsiewał wdzięczność. Rozum upił się radością. W jeziorze odbijało się piękno. Rzeczywistość pokazała swe wdzięki. Wspólnie spędzony czas z moimi przyjaciółmi z Paris był dodatkowym bonusem.. Niemożliwe jest pozostanie obojętnym. Szczęście kipiało, było w każdej komórce mojego ciała, w każdej kropli krwi. I gdy myślę o tej chwili, to uśmiech pojawia się i przytula mnie, gdy jest mi smutno.
Terapia dla umęczonego głupotą rozumu.
Płacimy dużą cenę za brak dialogu. Kolejny składnik szczęścia.
Ilekroć udaje mi się wejść z dialog, pojawia się wdzięczność. Za osobę, za wydarzenie, za właśnie tę chwilę… Bo ona ma sens, chociaż czasami sensu nie widzę.
W pracy dostało się za coś, co nie należy do moich obowiązków. Po raz pierwszy, odkąd tu pracuję, kolega na mnie wypluł swój jad.  Zaskoczył mnie, że nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć. I to tylko, dlatego że skończył się papier toaletowy. Był agresywny w słowach. Było mi przykro . Na drugi dzień mnie przeprosił za swoje zachowanie. Jak bardzo żyjemy negatywnymi emocjami……
I gdy zadzwoniłam do kuzynki (długo nie słyszałyśmy się) usłyszałam: gratulacje, zaskoczona nie za bardzo wiedziałam, czego mi gratuluje…. A więc  zapytałam…. Jasne sprawiło mi to ogromną radość.
Dwa różne sposoby bycia. I tak każdy dzień ma agresję i radość. Co zachowam, a co zapomnę, zależy ode mnie.
Naukowcy już dawno stwierdzili, że uśmiech ma wielką moc w wychodzeniu  ze smutku, który potrafi narobić bałaganu. Nie tylko w naszym życiu, ale także w relacji z innymi. Bo kto chce przebywać ciągle w towarzystwie smutnych ludzi?
Upić się szczęściem i podać dalej. Nawet jak inni uznają, że nie ma się z czego cieszyć.
A właśnie ze jest: dziś rano słońce nie za bardzo miało ochotę pracować, dosyć późno wstało… Dopiero około południa zaczęło świecić. Dzień wolny, to wzięłam ze słońca przykład.  I też wstałam późno.  I jestem wdzięczna Stwórcy, za ten leniwy dzień, za zaufanie i wejście w dialog w rozmowie SMS.
Upić się szczęściem w szarej codzienności jest możliwe. Każdego dnia słyszymy pretensje, obrażamy się, mówimy komplementy, których nie myślimy. Każdego dnia Życie daje nam lekcje. Wciąż wracam do mojego lekarza, który Pięknym Milczeniem wniósł wdzięczność w moje życie. Chroniczna patologia płuc dała mi mistrza wdzięczności, która składa się na moje szczęście.
I przyjazd przyjaciółki na jeden dzień z Paris, w momencie postawienia diagnozy, która później została obalona…. I odkrywanie Drogi św Jakuba i hiszpańskich klimatów…
I każdy trudny człowiek, którego kiedyś uważałam za wroga, staje się nauczycielem. Jeden będzie się pluł, bo brakuje papieru toaletowego, drugi będzie gratulował, trzeci obrazi się za szczerość, a czwarty będzie przytakiwał. I ja tak się zachowuję. A więc skąd tyle pretensji do innych??
W momencie, gdy emocje biorą górę, nigdy nie jesteśmy prawdziwi. Dlatego ważne decyzje warto podejmować w ciszy i spokoju. Są sytuacje, które wymagają natychmiastowej reakcji, które mogą uratować życie swoje czy też drugiego człowieka. Wtedy potrafimy zachować zimną krew, jesteśmy silni, I wiemy, co robić. I to jest piękne.
A może warto podlewać taką moc, aby wyrosło drzewo zwane: Szczęście, pod którym znajdzie się miejsce dla każdego spotkanego człowieka. Nie oceniając, nie krytykując, nie wciskając mu swoich poglądów i słów (słuchaj mnie, ja mam rację….)
Niestety wśród ludzi, znajdą się tacy, którzy będą próbowali podpalić nasze drzewo Szczęścia. Tacy ludzie są nieszczęśliwi, z nieznanych nam powodów wyrośli na (cierniste krzewy) opierając się o nich, można się pokaleczyć. Nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć, że szczęście jest ich obowiązkiem – twierdzi Christophe André. Wie, co mówi, w  końcu jest psychiatrą, a więc stan uczuć i emocji nie jest mu obcy.
„…. Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając, ·Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę nadając wartość każdej przemijającej chwili..”..Ziemia jest twoja I wszystko, co na niej, I.. Co ważniejsze – mój synu – Będziesz człowiekiem – Rudyard Kipling

Przytul szczęście, zrób mu przytulne mieszkanko w sercu, a zobaczysz ile chwil radości ignorujesz !!!!!!! …Nie zapominaj być szczęśliwy, zamiast szampanem upij się szczęściem!!!!!

Niech wdzięczność zagości na stałe w naszych domach

 DSC_0025

Ave Maria Cacinni, było mocnym w emocje momentem…
Piątek 15. 09.2017. Słońce, jak zwykle w Nice, rozdawało swe promienie. Byłam u znajomych francuzów, opowiadałam im o mojej babci, która w skończyła w  tym roku 95 lat. Spontaniczne myśli popłynęły w jej stronę.. Bardzo radosne myśli…. I pomyśleć, że właśnie wtedy Stwórca powołał ją do siebie.
I gdy wracałam od francuzów, miałam godzinę wolnego, przed pracą. I wybór: albo zrobienie zakupów, albo chwila modlitwy w kościele… Nie wiedząc, że babcia umiera, wybrałam chwilę modlitwy. Spontanicznie odmówiłam jedną część różańca.
Była to modlitwa wdzięczności. Szczególne za lekarzy, (jako że dzień wcześniej byłam na wizycie u mojego Anioła Stróża – Marquette, mojego lekarza) ·Niesamowite jest to, gdy babcię próbowali ratować, modliłam się za lekarzy.
Będąc w pracy dostałam wiadomość – babcia nie żyje!!!
Wdzięczność, którą wyniosłam z chwili Ciszy, towarzyszyła mi.Smutek się pojawił, aczkolwiek nie przysłonił wdzięczności.
Pewnie to babcia załatwiła mi tani bilet i  wolne kilka dni, których nie będę  odrabiać.
Warszawa powitała mnie deszczem .Mieliśmy opóźnienie, aczkolwiek udało mi się zdążyć na busa, do mojej rodziny. Niebo płakało za babcią. Na miejscu, rozgwieżdżone niebo mnie przytuliło, zapach krzewów rosnących w ogródku, zakręcił w głowie.
Ciocia zrobiła krokiety, tak pysznych jeszcze nie jadłam.
Próbowaliśmy nie użalać się nad śmiercią babci. Każdy z nas przekroczy tę bramę.
Piękny przeżyty wiek, dużo tragedii i radości.
Chciałam zapamiętać ją, jako radosną osobę,
I taką ją widziałam. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa, jak gotowała moje ulubione potrawy, jak broniła mnie, gdy mama krzyczała, jak piekła chleb i pyszne bułki drożdżowe. Babcia zawsze miała schowane słodycze, idąc do sklepu się przebierała, oczywiście wychodziłam bez pozwolenia, czasem mama zamykała mi drzwi, to pukałam do okna w pokoju do babci, aby mi otworzyła.
I myślę, że moje poszukiwanie Prostoty, zaczerpnęłam od babci. Zwłaszcza Prostoty wiary, zrozumienia, że nie żyję tylko dla siebie, ze inni obok mnie są świadomi lub mniej świadomi… A nie tylko lepsi lub gorsi.
Każdy jej dzień kończył się modlitwą różańcowa. Przykład!!!
Młodzi krzywią się jak trzeba odmawiać różaniec, a ja nie tak dawno odkryłam wielką moc Matki Jezusa.  Babcia nie czytała św. Augustyna, ani nie była na rekolekcjach ignacjanskich. Wystarczyła jej Maryja, aby nie mieć wątpliwości wiary.. Polecając Jej wszystkie troski, chroniła naszą rodzinę.
Czasami nie wiedząc gościmy Aniołów, babcia była gościnna. Przyjmowała, innych, nie po,  aby się pokazać, nie po to, aby się pochwalić.  W szarej codzienności była promykiem słońca.
<Człowiek mający pokój w sobie, nie podejrzewa ciągle innych, nie wypomina im, nie krąży jak sęp, gdy drugi się potknie<..Babcia o pokój serca nieustannie walczyła.
W niedzielę rano, kuzynka przyniosła mi kawę do łóżka .Uroczy gest.
 Ksiądz proboszcz na mszy sw , mówił o mocy przebaczenia. Wszyscy wiemy, ale nieliczni są świadomi, nie tylko w życiu duchowym. Przebaczenie jest dobrowolnym gestem wobec samego siebie. Gdy ciągle zrzucamy winę na barki świata, polityków, rodziny, mamy egoistyczny obraz samego siebie. Zrozumieć drugiego to przebaczyć mu. Nigdy nie jest to łatwe, nasz rozum przechowuje stare żale, których nie trzeba szukać, są jak na zawołanie. Ważne przypomnienie.
Była to  celebracja 15-lecia zespołu ludowego ,,Cmolasianie”,do którego należy ciocia.
Babcia lubiła imprezować.Stwórca wybrał jej termin, powrotu do domu Ojca, świętowanie kultury wsi.
Deszcz kropił, niebo wciąż płakało, i wdzięczność wciąż fruwała w powietrzu.
Poniedziałek, dzień ostatniej drogi babci obfitował w różne niespodzianki. Słońce od samego rana ogrzewało ziemię. Przygotowywało się, na pożegnanie.
W południe, usiadłam na huśtawce i słońce wzięło mnie w swoje ramiona, pozwoliłam mu się porwać.
 Msza pogrzebowa zamieniła się we wzruszenie delikatności Boga. Ksiądz proboszcz, pomógł nam zrozumieć jak Bóg nas kocha.
Mówił o  delikatności Boga, porównując do  matczynej miłości. Czytanie z  księgi Izajasza  przeprowadziło nas z życia na ziemi, do życia wiecznego.. <Ja ,nie zapomnę o Tobie> I W  tym aspekcie przypomniał życie babci. Dla mnie wzruszające było, gdy podziękował jej zwracając się do niej: Mario dziękuję. Przykład, bo to ja mam o ile więcej, za co jej dziękować….
Księże proboszczu dziękuję za przypomnienie, o byciu łagodnym i uważnym w byciu z drugim człowiekiem.
Liturgia pogrzebowa jest dostojna, wzywanie świętych, Aniołów, Matki Bożej, psalmy, które mówią, że jesteśmy pielgrzymami, i abyśmy zakorzenili się w Bogu, a nie w świecie, wzrusza, upomina, zachwyca.
Bramy nieba  otwierają się.
Na uwielbienie, 17 letni młody człowiek zagrał utwór Ave Maria- Cuccini. Dźwięki, które wydobył ze skrzypiec, sprawiły, że wszechświat na chwilę umilkł, a my razem z nim… Babciu ten utwór był dedykowany Tobie, a my mogliśmy nasz słaby słuch, wzrok, smak, węch, dotyk, bardziej wyostrzyć. Aby stanąć w prawdzie przed samym sobą i Bogiem. Wyrzucić strach, przytulić się do kochającego Ojca. Wzniosła chwila!
I gdy zapytałam, jak się nazywa ten utwór gratulując wyboru usłyszałam: dziś rano przyszedł mi ten pomysł do głowy. Zagrał go sercem. Piękno wypuścił z wydanych dźwięków. Człowiek tworzy, Stwórca nim kieruje.
Ten utwór, ma ciekawą historię..
I gdy szliśmy za trumną na cmentarz ,to  prosto w słońce, które delikatnie muskało nasze twarze, szeptało; „nie bój się robaczku, ja ciebie ukochałem, zadbaj o tych, którzy idą obok ciebie”, a  uśmiech babci odbijał się w promieniach słońca.
Babciu zgromadziłaś , trzy pokolenia które szły za tobą, i modliliśmy się twoją ulubioną modlitwą. Wspólnie, i tym sposobem upomniałaś nas i przypomniałaś nam: dbajcie o siebie nawzajem, chronicie spotkania rodzinne, póki macie czas… Bo jutro może nie nastąpić ”
Jak powiedział ks. proboszcz”, Gdy pomyślisz o swojej mamie, pomyśl o miłości Boga. ”
A ja, gdy będę myśleć o tobie, babciu, będę pamiętać o modlitwie różańcowej, o byciu w jedności z rodziną, i tymi, których spotykam na swojej drodze. Słońce, które dziś tak delikatnie ocierało nam łzy, będzie mi przypominać Ciebie. Dzień wcześniej było brzydko, zimno, ponuro, a w dniu, gdy ciebie zegnaliśmy, błękit nieba i słońce przypominały nam o Nadziei!!! O szlachetnym pochodzeniu każdego człowieka. O powołaniu do świętości w codzienności.

Mogliśmy wspólnie celebrować w ubiegłym roku Boże Narodzenie ,było rodzinnie, tak dawno nie udało nam się wspólnie celebrować spotkania .. I Wielkanoc także mogłam być z Toba i w czerwcu widziałyśmy się po raz ostatni na tej ziemi. Stwórca tak zaplanował.
Celebracja wspólnego posiłku, było kontynuacją bycia razem, odkrywanie siebie nawzajem. Moc więzi rodzinnych, niczym pajęczyna złapała nas w swoją sieć. Byśmy tej sieci tak często nie zrywali. Tak łatwo to nam przychodzi.
Piękne spotkania, obce twarze, które stają się bliskie, moc wspominania z radością. Moc najzwyklejszego bycia przy stole. Tak rzadko spędzamy wspólny czas z  wyłączonym telewizorem ,komputerem, odłożonym telefonem. Nie jest łatwo odnaleźć się, zwłaszcza młodym…
Córka kuzynki ma łatwość w wychodzeniu do drugiego człowieka i wzrusza się pięknem(A ma dopiero 17lat.) Seweryn podzielił się swym talentem. I tego się trzymajmy. Niech piękno nigdy nie zniknie z naszej rodziny. Celebrujmy je. Dzielmy się nim. Nie pozwólmy mu odejść.
A na koniec, przeniesienie się na szlak św. Jakuba. To była niezwykła niespodzianka,móc porozmawiać o pielgrzymowaniu, z kimś kto również szuka inspiracji na Szlaku św. Jakuba.
Była przypomnieniem: Jesteś w drodze, trzymaj się prostoty bycia i cieszenia się z tego, co dostajesz, z kim przebywasz, gdziekolwiek  będziesz . O tym aspekcie Drogi dzieliliśmy się. Św. Jakub też był z nami i uśmiechał się . Tak krótki czas, a tyle wydarzeń, tyle pięknych ludzi babcia zgromadziła.
Babciu dziękuję. I do zobaczenia!!!
Z nadzieją, że będziesz mnie pilnować i chronić naszą rodzinę!!!!

 Na lotnisku w Warszawie czekając na samolot, trafiłam na racuchy z jabłkami, które były nowością… Babcia często robiła racuchy, bardzo je lubię… Uśmiechnęłam się, babcia zadbała o takie pyszne śniadanie……
W tym momencie, gdy piszę te słowa, ląduje na lotnisku w Nice.  Lądowanie w Nice jest zawsze spektakularne.  Mając wrażenie ładowania na wodzie.

Nie bój się wypłynąć na głębię, rozbijając się o brzeg szepnęło morze.
Uśmiechnęłam się……. _20170920_205821
„…. Nie domykajmy drzwi, może niebieski motyl wleci
Czekajmy na ten świt, może nadzieja nas oświeci
Nie domykajmy drzwi, zawróćmy porzucone słowa
Nie domykajmy drzwi, może zaczniemy żyć od nowa”…. Niech słowa tej piosenki będą  spotkaniem z  Życiem pełnym zachwytu, prostoty ,dobra, szlachetności.

Wszystko ma sens!!!!!Tylko często nie mamy odwagi tego zobaczyć …..

Profesor Marquette – człowiek łagodnego dialogu

_20170920_181045W pracy historia za historią, oczywiście negatywne emocje dają czadu. Są jak igła wbita w paznokieć, lub szkło wbite w stopę. Boli ! Jeżeli się je karmi, to stają jak gołębie i roznoszą zarazki, i nie tylko zarazki… Dobrze że mam łatwość zapominania tak zwanych przykrości. Jasne, moja pamięć pamięta, aczkolwiek nie rozpamiętuje. Nie widzi sensu. I tutaj zgadzam się z rozumem. Choć w jednym ma rację.Nie jest łatwo być optymistą wśród niepoprawnych pesymistycznie nastawionych do łagodności ludzi. Przestali wierzyć w łagodność codzienności! I bardzo trudno, zapalić w ich iskierkę Nadziei.
Odkąd postawiona diagnoza strzeliła we mnie jak piorun (a  potrafi) jednocześnie dostałam antidotum: Nadzieję, że tomograf się pomylił. Anioł Stróż od razu stawił się na posterunku. Ok, troszkę trzymał mnie w niepewności.
Pr Marquette towarzyszy mi, w codzienności zrozumienia, tego, co się dzieje, w moich płucach, a więc w  moim życiu.. Oddech to życie!. Delikatny twórca życia.!
Od urodzenia, rodzice sprawdzają, czy maleństwo oddycha zwłaszcza w nocy, ludziom cierpiącym także najbliżsi sprawdzają oddech. W większości czasu, nie zwracamy uwagi. Dopóki oddech nie stanie się słaby. Wtedy…..
Nie uważam, aby moja patologia płuc była nieszczęściem. Inaczej czy poznałabym mojego ziemskiego Anioła Stróża???
Wezwał mnie na dywanik. Tylko, dlatego, że dostał moje wyniki analizy krwi. Reakcja natychmiastowa. Miałam list, receptę i umówione spotkanie. Jego sekretarka, zapytała mnie czy dzień mi odpowiada, gdy jej odpowiedziałam, że tak. Od razu dostałam odpowiedź z.>>Merci>> za odpowiedź. Przy takim lekarzu, sekretarka musi być poukładana. I ma dbać o jego pacjentów. I to robi to. W końcu jest szefem  oddziału pulmonologii w szpitalu Pasteur w Nice.
Nieoczekiwana wizyta, dzięki eozynofiliom, które robią, co chcą. Na trampolinie non stop skakają , że też się nie męczą. Tym razem ich ilość podskoczyła w fenomenalniej ilości. Dlatego profesor zareagował.
Ba, zawsze wielką radość mi sprawia obecność Marquette…Aczkolwiek….
I tak kilka rutynowych badań, znajome twarze pielęgniarek. Też mają, ze sobą na pieńku… Dobrze ze maja takiego szefa. Szacunek i respekt wzbudza w nich. Wiedzą o tym, chodzą jak w zegarku, jeżeli o coś ich prosi.
„Podczas badania spirometrii mierzy się pojemność życiową (FVC), czyli największą ilość powietrza, którą można wydmuchać z płuc, oraz ilość powietrza wydychanego podczas pierwszej sekundy (FEV1). Dlatego wydech musi być jak najmocniejszy i jak najdłuższy. ”
Pani, która robiła mi to badanie, na moje pytanie jak się ma, odpowiedziała: Jakoś żyję. Chyba jest mało lubiana w pracy, i sama za sobą nie przepada. Pytając, z którym lekarzem mam wizytę, jak jej oznajmiłam, odpowiedziała: A… I skrupulatnie wykonywała badanie.
Marquette, jak zawsze taki sam, łagodność mu zagląda z oczu, mądrość siedzi obok niego, z uważnością opowiada historię choroby. To nie są jakieś tam granulocyty. To nie jakieś tam eozynofilie.
Opowiedział mi po raz kolejny historię moich eozynofilii. Pozwoliłam mu się porwać. Byliśmy w środku moich płuc, a tam było życie!!!
Do tej pory, jako jedyny człowiek, z którym zgadzam się we wszystkim. Nie mam, co podważyć. Widujemy się, co 3 miesiące, a więc mam czas, aby po swojemu nauczyć żyć się z nieszczęsnymi toksycznymi eozynofiliami, które nie mają, czego czepić i się gromadzą. Takie toksyczne stowarzyszenie sobie w moich płucach założyły.
No cóż, powrót do kortyzonu, wcale mnie nie ucieszył.
Chodzę jak na szpilkach, irytacja we mnie aż kipi.  Powiedziałam mu, że mam ochotę pozabijać ludzi, właściwie to bez powodu.( Zawsze jakiś się znajdzie) ·A on, opowiedział mi swoją przygodę w górach…. Tam zostawia toksyny pacjentów i nabiera sil, do walki z chorobami, do szybkiego i mądrego postawienia diagnozy.
Podczas spacerku po górach, nadepnął na osy, czy też szerszenie, prawdopodobnie to była królowa, a więc został zaatakowany przez jej wojsko. W dodatku był sam. Widać było na jego twarzy, lęk. Bo to nie był jeden malutki komar. Jako lekarz ma większą świadomość, tego, co mogłoby się mu stać.  Bardzo bardzo mocno, pozostawiały mu ślady. Widać było na rękach, śmiał się ze, na nogach jeszcze gorzej.  No i musiał dużą dozę kortyzonu wziąć. I też miał uczucie chęci pozabijania.  A więc zrozumieliśmy się, bez zbędnych słów. Co jest piękne, to, że nie krył lęku, w sytuacji, w jakiej się znalazł. Znaczy, że jest prawdziwy, nie wie, co to udawanie, nawet przed pacjentem. I szuka inspiracji w Ciszy i samotności.
Cudne uczucie bycia słuchanym. Jego terapia polega na tym, aby usłyszeć, to, co się mówi, by zacząć walczyć o zdrowie, które jest tak kruche, jeżeli się o niego nie dba. I przy jego specjalistycznej pomocy wziąć życie w swoje ręce. Z. Delikatnością, z łagodnością Nadziei.1,5 Roku, analiza krwi, co 15 dni. I wizyty z Nadzieją. Ani przez moment, nie dał mi poznać, że nie dam rady, że nie warto walczyć, że nie mogę chodzić po górach.
Ostatnio powiedział tylko: Uważaj, jak będziesz w górach. I to jest prawdziwe oparcie!!!
Za dwa tygodnie planuje kolejne szczyty, uśmiechając się powiedział Może się spotkamy się na którymś szlaku.
Mając taki przykład, nie mogę zrezygnować z moich górskich spacerów. Jasne, na moje możliwości.
Gdy dzień wcześniej robiłam analizę krwi, dziewczyna z samego rana zaskoczyła mnie, pytając:, Co będę pięknego robić dziś???
Dzięki niej dzień był pełen gwiazd z samego rana.
A konsultacja z profesorem stała się spotkaniem pełnym dialogu. Nie mogę go nie podziwiać. Potwierdza moje spostrzeżenia, a wiec słucha ich, nie ignoruje ich. Wie, ze 50% wyzdrowienia to dialog miedzy lekarzem a pacjentem…
Lekcji tworzenia atmosfery dialogu mi udzielił. Daleko mi do takiej postawy. Świadomość ze mam obok siebie wzór do naśladowania wśród poznanych ludzi, jest wielka radością a zarazem nieustannym podnoszeniem poprzeczki, w byciu człowiekiem pełnym Życia.W dialogu jedna osoba mówi a druga słucha. W dialogu zrozumienie z respektem próbują znaleźć rozwiązanie. W dialogu nikt nie oszukuje, nie używa agresji, ani manipulacji. W dialogu łagodność spojrzenia godzi się z delikatnością podania dłoni. W dialogu każda strona odchodzi w pokoju serca.
Czy tak się dzieje ,gdy próbuję rozwiązać konflikt?

Wtedy, nawet motyl siada na koszulce….

Bez tytułu

DSC_0797Kolejny dzień wolnego. Po szlachetnej ciszy w Laus trudno odnaleźć się w mieście, wrócić do męczących tłumów, ciągle gdzieś spieszących się. Budzik zaśpiewał piosenkę Josha Grobana, jednak moje oczy chciały jeszcze przytulić się do poduszki…. Obudziłam się o 9.30….Przy śniadaniu, zdecydowałam się na miasteczko Vence, którego nie znam…Najwyższa Góra to 1033 mètres, Baou des Blancs…. Tym razem było późno, aby wdrapać się na Baou…. Aczkolwiek nie przeszkadzało w spacerku z Saint Paul de Vence do  Vence.. Saint Paul znam, miasteczko z galeriami I przeraźliwie drogie.Nie wiem skąd oni takie ceny biorą. Dla przykładu jedna mała tarta  kosztuje 4 euro, gdzie w Nice 2.50…Kanapki są po 6 euro. I to niezbyt świeże.
Mając szczegółową mapę mojego spacerowania, I tak w pewnym momencie poszłam w inną stronę… (W ten sposób odkrywam nowe miejsca) W porę się zorientowałam….
Ścieżka mało sympatyczna. Dopiero w połowie drogi zaczął się las. Jakieś dwie godziny marszu. Las kryje tajemnice, które także są w sercach człowieka. Kontynuowałam spotkanie z Ciszą, a także wyrzucałam toksyczne myśli, które nieustannie bombardują.. Lubię spacery w lesie, dają ochłodę w upalne dni, przypominają dzieciństwo, wchodzenie na drzewa, zapach grzybów, jagód. Rodzice kochali chodzić na grzyby, ja lubię się nimi delektować. Zwykle mama szła za mną i zbierała grzyby, których nie widziałam. Dwa dni wcześniej padało, i zieleń stała się jeszcze bardziej zielona. Sama sobie zazdrościami I gratulowałam decyzji. W mieście jest większa okazja do stracenia pieniędzy… A wycieczki z ostatniej chwili są często super fajne. Zwykle na takie jednodniowe wypady tracę 10 euro plus piknikowe jedzenie…
Dotarłam do szarmanckiego miasteczko Vence…. Góry mi się kłaniały, słońce stawiało kawę. Wychodząc, ze szlaku, przechodziłam przez osiedle, bardzo sympatyczni ludzie na posiadłościach. Królowało błogie popołudniowe lenistwo…. Na jednym z tarasów, grono ludzi śmiało się, aż udzieliło mi się ich poczucie humoru….
Aby nie błądzić (w tym jestem dobra, nawet z mapą… Taki mój  urok) zapytałam starszej pani, która udzieliła mi informacji….
Vence – tam Gombrowicz ma grób… Tam mieszkał I tworzył… Nie dziwię mu się, że wybrał to miejsce. Jest przestrzeń, górskie tereny, i szarmanckie stare miasto, pełne zakamarków, mrocznych uliczek, i tych, które wpuszczają okruchy słońca, tworząc łagodne kolory.
Katedra, ciemna, wymagająca oczyszczenia, odnowienia.
Pewnie kiedyś była przepełniona ludźmi… Dziś człowiek szuka wszędzie, tylko nie w kościele….
Poza miastem, górskie szczyty, jak zawsze szukają człowieka. Każdy krok, zabija moje toksyczne eozynofile, które ostatnio dają mi we znaki. Jednak góry nie pozwalają na poddanie się.
Mała ilość turystów sprzyjała beztroskiemu zwiedzaniu.
Łagodne słońce, spokój, potrafi przemienić smutek w łagodny uśmiech. Odwyk od ciemnej strony codzienności.
Za kilka dni mam wizytę u mojego Anioła Stróża – profesora Marquette… I znowu będzie się działo.
Wielki plakat z tekstem Gombrowicza, na murach muzeum,
Byłem wszystkim! W zależności od miejsca, osób, okoliczności, byłem mądry, głupi, prostak wyrafinowany, milczek, causeur, niższy, wyższy, płytki lub głęboki, bylem lotny, ociężały, ważny, żaden, wstydliwy. Bezwstydny, śmiały lub nieśmiały, cyniczny lub szlachetny, czymże nie byłem?…Byłem wszystkim!
Być może nasz rodak ma rację. Gombrowicz nie bal się nazywać rzeczy po imieniu. Wszyscy mamy różne odcienie humoru, emocji, uczuć, duchowości. Wszyscy posiadamy umiejętność zmieniania się jak kameleon…. Jedni żyją prostotą, inni uzależnieniem od opinii i naginaniem się do okoliczności. Każdy może zmienić zdanie.Jesteśmy wolni, na tyle na ile sobie pozwolimy…. Mogłam zostać w Nice, a jednak, coraz bardziej szkoda dnia, który tak szybko mija…. Jeszcze nikt go nie złapał… Nikomu nie udało się wrócić do wczoraj… Wolność wyboru!! Przywilej, o którym zapominamy !
Tekst Gombrowicza nadaje się do medytacji. Aby oduczyć się oskarżać innych, o swoje niepowodzenia. Ważne przypomnienie,w drodze ku wieczności. Nawet sztuka i natura ze sobą współpracują. Wyraźnie zostało mi to pokazane na spacerze w Vence.

«Być sobą, bronić się przed deformacją, mieć dystans do najbardziej „własnych” uczuć, myśli, o tyle, o ile one mnie nie wyrażają – oto najpierwszy obowiązek moralny – Gombrowicz  

Sainte Agnès – miasteczko spokoju

DSC_0673

Ostatnio, moja duchowość łączy się z naturą.. A raczej natura uczy duchowości, prowadzi do…. Średniowieczne miasteczko Sainte Agnès, niedaleko Menton zachwyca widokami…Nosi miano” najwyżej położonego miasteczka nadmorskiego w Europie”, na 780m.n.p.m.
Wybudowane na skale, ma fortyfikacje Lini Magiota, ruiny zamku- twierdzy z XIII wieku, z panoramą bajkowych widoków na Lazurowe Wybrzeże….
Miasteczko jest pełne średniowiecznych uliczek, zatrzymanych w czasie….
Według legendy, włoska księżniczka Agnès, będąc w podroży, podczas burzy, znalazła schronienie w grocie. W podziękowaniu, ufundowała kaplicę o imieniu swojej patronki. Wokół tej kaplicy zamieszkali pierwsi mieszkańcy.
Dzień rozpoczęłam od plaży w Menton.
Mając długą chwilę w oczekiwaniu na busa do Sainte Agnès, zamoczyłam nogi w morzu…. Kolejny upalny dzień rozpoczął swoją pracę.
Moja wycieczka kosztowała mnie 10 euro, plus „piknikowe rarytasy” w towarzystwie bajkowych widoków… Tak, mieszkam w regionie, w którym zwiedzanie nabiera sensu, odkrywanie nowych miejsc staje się bliższe…
Poniedziałek, a więc pusto…Kot pozwalał nam się fotografować, leniwie leżąc, prawie na środku średniowiecznej uliczki…
Cisza, zero komercji… Tutaj mieszkają ludzie, którym nie zależy na zarabianiu i tylko zarabianiu. Chronią swoją prywatność…. Uliczki żyją spokojnie, mają w sobie tajemnicę, którą można usłyszeć… Odkrywaj mnie każdego dnia-szepczą. Wdrapałam się na szczyt miasteczka, gdzie są ruiny zamku – twierdzy….. Przede mną szła rodzinka, i tylko słyszałam:ŁAŁ….
Potrafili wypowiedzieć swoją radość, zachwyt , który i mnie oczarował…. Widoki na Lazurowe Wybrzeże….Także Włochy  można było zobaczyć.Do tego pięknie zrobiony ogródek średniowieczny…. Można było przenieść się do tamtych czasów…. Zobaczyć damy spacerujące po ogrodzie, rycerzy walczących o spokojne życie w miasteczku. Panorama zapiera dech w piersi, otwiera szeroko oczy i mówi: zobacz, jaką mam niespodziankę dla ciebie…..
Niebo, morze i góry – tworzą jedność, którą człowiek tak często odrzuca… Zawrotu głowy można było dostać, od koloru błękitu i zieleni. Kolejna lekcja zachwytu…. Nie miałam mapy, bateria w telefonie , po zrobieniu zdjęć padła, (chociaż tyle) I gdy szukając oznaczenia szlaku, którym chciałam pójść, nie mogłam go znaleźć…. Za to, znalazłam, kolejne cudne widoki, I restaurację z tarasem, z której można było się zapomnieć i, zostać tam cały dzień, podziwiając panoramę…
A za restauracją, rozpoczęcie szlaku, I ku mojemu zdziwieniu szlak św. Jakuba jest także…((Wiedziałam, że gdzieś w okolicach jest)  W pewnym momencie szłam ulicą, i oznaczenia się przestały pojawiać….. Hm, zrezygnowałam wracając do miasteczka….. No cóż wrócę innym razem… Wiele mnie to nauczyło…Bo wracając busem…. Zobaczyłam, że gdybym kontynuowała drogę natknęłabym się na oznaczenia….. No cóż, często rezygnacja zamyka drogę do przygody…..
Dobra lekcja, którą postaram się zapamiętać..
Będąc w Menton postanowiłam przejść do Monaco…. Idąc „Pomenade du Soleil”, samochody mi bardzo przeszkadzały, huk symbolizujący życie w mieście…. Ułatwiają życie, i robią dużo szumu…. W końcu ścieżka wybrzeżem i trochę cienia….Mając w głowie cudne widoki, usiadłam na ławce, a na drugiej starsza pani z panem, ona próbowała rozścielić sobie folię, by móc usiąść na ławce, aczkolwiek wiatr jej przeszkadzał i do swojego męża mówi ostrym głosem; pomóż mi, a on nie zrozumiał, o co jej chodzi i wziął jej torebkę, na co ona: nie o to ci kazałam zrobić…. Nie wiem, co ta pani przeżyła, że stała się zgorzkniała…. Piękno wybrzeża nie wygładziło jej osobowości….Jak często nie dostrzegamy piękna, które mamy przed sobą. Skoncentrowani na negatywnych przeżyciach, nie widzimy wszechobecnego niebieskiego nieba…
I kolejna lekcja, szlak się skończył… Tym razem, były jakieś roboty i trzeba było iść ulicą… Nie uśmiechało mi się wdychać spaliny, a więc postanowiłam wrócić pociągiem…. Jedyny automat, zepsuty…. No i zamiast do Nice, to wsiadam w drugą stronę…. Uśmiałam się, bo w końcu chciałam dotrzeć do Monaco, a więc dotarłam i to  za darmo.
Byłam zmęczona, aczkolwiek pomyślałam sobie, skoro już tu jestem, to zajrzę do księcia Alberta…
A tak na serio, chciałam odnaleźć spokój w katedrze… Bardzo lubię katedrę w Monaco… Jest przytulna, a zarazem majestatyczna. Akurat było pół godz. do mszy, a wiec zostałam… Msza kameralna, ksiądz, którego wcześniej widziałam jadącego na skuterku  w sutannie, trzy osoby i siostra zakonna o anielskim głosie… Jej osobowość harmonizowała z jej głosem (nie przepadam za piszczącymi glosami ) ·Duchowe wsparcie podarował ksiądz Julien, mówił o lęku…. Uśmiechnęłam się do niego, było nas mało, a więc każdemu z nas patrzył w oczy…. Zaimponował mi…. Swoją prostotą… I uśmiechem…. I zrozumiałam, dlaczego miałam tam się znaleźć…. Aby nabrać sił…… Mówiąc kazanie, był z nami, widział nas… Pokazał, co znaczy być…. Mądre słowa nie zawsze wystarczają, za tym musi iść, obecność i konkretna pomoc…. Jeżeli jej nie ma, to swoje wyczytane mądrości możemy schować do kieszeni….
I tak Sainte Agnès przyprowadziła mnie do Stwórcy…
Wróciłam autobusem…… Nogi mnie bolały, jeszcze dwa dni później…. Za to moje serce odpoczęło….
Warto odkrywać nowe miejsca, każde miejsce to lekcja od życia, a czasami odpowiedź na nurtujące problemy czy pytania….

Mówiąca Cisza leczy poranione myśli

DSC_0597Muzyka w ciszy
Sierpień dobiega końca, a wciąż upały w Nice…. Plaże pełne, hotelarze, restauratorzy zacierają ręce. Biznes kwitnie….
Czas leniwie się uśmiecha, chociaż ostatnio przewaga chmur, jakby miało popadać…. Ziemia pragnie deszczu….
Wolny dzień postanowiłam spędzić aktywnie… I o mało, a zostałabym u siebie .. Nie jestem rannym ptaszkiem, a miałam wstać o 6.30… Hm, gdy kogut zapiał (mam taki sygnał budzika, stwierdziłam że muszę zmienić, zbyt mocne dźwięki, jak na  taką porę ) No cóż, po otworzeniu jednego oka, stwierdziłam, że nigdzie nie jadę, bo miało padać i przekreciłam się na drugi bok. Po chwili zastanowienia, zdecydowałam wygonić lenia, mocna kawa i w drogę….
Po raz kolejny wypad w góry, Valberg – sympatyczna stacja narciarska. Jako, że to był poniedziałek, to pustki w miasteczku….Specjalny” Rando bus”, świetne rozwiązanie, za 5 euro w obie strony (w sumie straciłam 10 euro na kawę i pyszną bułeczkę w piekarni, prawie domowa )piknik  miałam ze sobą…. Nic tylko robić takie wypady…. I za każdym razem, mówię sobie: masz szczęście, mieszkać w takim regionie, gdzie miasto dba, aby nie siedzieć w domu..W autobusie trzy kokezanki nadawały niczym w radio, i gadały z kierowcą… Niezbyt dobry początek,  gdy zakręty zaczęły się pojawiać, to zamknęły buzie…
Na 9.20  byłam na 1650 m … Kawka, bułeczka i uśmiechające się górskie szczyty… Troszkę pokropiło, i widoczność nie była rewelacyjna, aczkolwiek Cisza mnie wzięła za rękę, i w tak szlachetnym towarzystwie spędziłam dzień….
Znając „ścieżkę planet” , bo tak się nazywa…. (mając w pamięci mój ostatni wypad, gdzie, nie mogłam sobie poradzić z oddechem ) wybrałam najłatwiejszy… Tylko 300m wspinania . I bardzo dobrze mi poszło, bo jak wdrapalam się do Neptuna, to aż się zdziwiłam że to już koniec ścieżki…. Pomysłowo zrobiony szlak, połączenie nauki i przyrody… Gwiazdy układu słonecznego, informacje o nich, świetnie wkomponowane w górskie szczyty…. Nie wiem kto ją stworzył, myślę że był pasjonatem astronomi i kochał góry… Człowiek to kreatywna istota…
Trzy panie z pieskiem mnie prześladowły, a więc postanowiłam je wyprzedzić… W górach wolę towarzystwo Ciszy….
I tak od Marsa, aż po Neptuna. Widoki, troszkę zamazane mgłą, chmury dopiero popołudniu poszły sobie. Na początku, ciężko było mi się wyciszyć, uspokoić rozbiegane myśli, aczkolwiek Cisza sobie ze mną poradziła… Usłyszałam ją, w dialogu ze sobą, starałam się być łagodna….. Każdy krok był wyciszany przez delikatny powiew wiatru, szczyty wzywały do odwagi .. A ja, pełna wdzięczności próbowałam oddychać, pamiętając tylko o stawianych krokach… Takie chwile, przypominają o tym jak bardzo człowiek jest poplątany… Zajęło mi ponad godzinę marszu, zanim wyciszylam myśli, zanim łagodność zaczęła działać i w podziwie stawianych kroków moje oczy zaczęły widzieć…. Piękno natury i przezwyciężenie lenistwa, jak dobrze że tu jestem….Niestety  brak deszczu, wysuszył ziemię, trudno o kawałek miękkiej trawy, a więc położyłam się na złotej trawie, troszkę była ostra.. I krowy, nie za bardzo maja co jeść… A spotkałam ich dużo… I motyle czarno czerwone… Czas przestał istnieć.. Każdy krok był uśmiechem i niebo rozjaśniało swoje oblicze…. Cisza aż skakała z radości, a ja razem z nią…. I minęłam rodzinkę z trójka małych brzdąców… Najmniejszy miał ok trzech lat, i bał się, a tato go uspokajał . Pomyślałam o tych dzieciakach , siedzących przed komputerem… Rodzice nie wiecie ile tracicie, nie zachęcając swoje dzieci do aktywnego spędzania czasu!!! … Mały boi się, ale idzie, bo ma oparcie, czuje się bezpiecznie…. Rodzice mają zapewnić byt dziecku ale i stworzyć warunki, aby z pasją wkroczyli w życie…
Przypomniałam sobie chodzenie po drzewach, złamanie obojczyka na huśtawce (oczywiście to była moja wina, że spadłam ) oj piękne dziecinstwo, ciągle na zielonej trawie,na deszczu, w zaspach….Wolność aż piszczała z radości… Dzieci, które znają przyrodę od małego, mają wiele szczęścia…. Francuzi chętnie z dzieciakami wyruszają, aby im podarować piękny aspekt bycia z naturą w zgodzie…. Pewnie mały brzdac bardziej zachwyci się zabawką, niż krajobrazem…. Aczkolwiek piękne widoki zostaną zapisane w jego malutkim świecie, i jako dorosły człowiek, chętnie będzie robił piesze wycieczki…. Jasne, dzieci nie można zmuszać…. Delikatność tego ojca, który mówił mu, :nie spadniesz, trzymając delikatnie, była sposobem, aby mały przezwyciezyl lęk…..
Będąc na Neptunie, a więc z na ostatniej planecie, posiedzialam długą chwilę, aby nabrać sił. Przewaga chmur i mgła zastrzegły sobie prawa…. Jednak słońce próbowało przebić się, I zrobiło dziurę w szarych chmurach…. Błękit rozjaśnił oblicze nieba, a ja otoczona pięknem gór czyściłam twardy dysk, czyli mózg…..
Schodząc inną ścieżka, spotkałam dzwoniące krowy…. I inny zestaw gór na widoku się pojawiał…
I czekając na busa, usiadłam na ławce pod altanką,napis mówił że jest to miejsce spotkań, nawiązywania znajomości….
I tak, przyszła babcia, z wnuczką. Mała prowadziła biały rower z naklejoną księżniczką (pewnie jest na topie ) No cóż, mała nawet jednej rundki nie zrobiła, babcia intelektualnie próbowała ją zająć…. Widać było brak radości, być może bogactwo przeszkadzało w jeździe na rowerze… Dla mnie ten rower był atrapą….
Drugi obraz, dziadkowie z czterema wnukami, to jest wyzwanie!! Trzy dziewczyny I chłopak…. Najmłodsza miała ok 5lat, najstarsza ok 12…. Była pora podwieczoreku, a więc dzieciaki wcinały słodkości… Najstarsza, miała focha, a więc nie jadła…A ślinka jej ciekła, a jednak uparcie  nie  chciała nic zjeść….. Chłopak, siedział na oparciu ławki a nie jak wszyscy na ławce, ba facet rośnie…. Zajadał się bułeczką z kawałkiem czekolady w środku (taki francuski, dziecięcy przysmak na podwieczorek ) Dziewczyny wcinały ciasteczka-Delicje…. I młody chciał spróbować,i wyraźnie dał do zrozumienia, że mu nie smakuje… Berkkkk, jak coś takiego można jeść….. Tak skomentował… Właściwie to ma rację, sama chemia…. Ba oczywiście rodzeństwo się przekamarzało, a na koniec, gdy wstali, tak zwyczajnie wzięli się za ręce…. Najstarsza przytuliła najmłodszą i reszta rodzeństwa dołączyła się… I tak szli dzielnie w objęciach po  przygodę, którą dziadkowie zafundowali…. Piękny widok…..
Jak bardzo różniły się te dzieciaki od tej dziewczynki z białym rowerem…..
I para usiadła…. Pełna ciszy i spokoju….. Mieli po 80 lat… Udało im się wspólnie wytrwać… Razem….
W busie, panie z pieskiem, nie za bardzo się wyciszyły, bo dyskusja dotyczyła negatywnego komentarza co do kierowców autobusu… Kierowca, włączył się w pasjonujący dialog, zwalając winę na szefostwo.. I była jeszcze jedna pani, które pamiętała jak to trzy lata temu, autobus nie przyjechał, a ona chciała pojechać w góry, bo było słonecznie….. No cóż i tak przez dobre dziesięć minut panie ostro dyskutowały…Można i tak… , Podczas drogi był spokój, górskie drogi, nie służą do gadania….. Słońce przechodziło na drugą stronę półkuli…..Piękne kolory nam machały, stukały do okien autobusu….
Gorges Cianis, tak się nazywa trasa….) Mała rzeczka wypływająca z najwyższego szczytu, tamtego regionu Mont Mounier…(2817 ) . Źródło które, płynie ok 25km…Kontrast geologiczny  jest duży, od skał białych, po czerwone. Od wygładzonych, po ostre… Formy też są różne….. Przebiega przez miasteczko Beuil…Skały wapienne, łączą się, że skałami wulkanicznymi….
Wąwóz wije się spokojnie, ma iglaste lasy, swoje tajemnice, jest majestatyczny , idealnie  wkomponowany, w tamte strony. Jak wszystko w przyrodzie, komponuje się dobrze, tylko człowiek chce wszędzie dołożyć coś od siebie… A raczej zarobić… Na szczęście górskie tereny sobie nie pozwalają, aby człowiek zaczął przerabiac na swoje kopyto….
Odbijające się promienie słońca dodawały odrobiny tajemnicy, wąwóz nigdy nie jest taki sam… Ma małe wodospady, naturalnie rzeźbione, niesamowite jak natura potrafi tworzyć…. Inspiracja, dla wielu artystów….
Wracając… Już planowałam nastęny wypad w góry…
Drugi wolny dzień, pojechałam do Antibes, dawno tam nie byłam… Bardzo gorąco było, a więc zrezygnowałam z planowanej wycieczki… I pospacerowalam po mieście…. Ludzi,jak mrówek, zwłaszcza na plaży, nie było mowy o spacerze brzegiem morza, chyba że skakajac po ludziach… Wieczorem miałam spotkanie z Teresa, po długim czasie, a więc spacerując przeszłam do miejsca naszego spotkania…. Słońce niemiłosiernie grzało…. Widoki rekompensowaly upał… Przez ok 4 km, tyle szłam… Wszędzie na plaży ludzie… (fakt, plaże są bardzo wąskie )I tak dotarłam do Golf Juan, małe miasteczko, w którym rozpoczyna się, La route Napoleon I, zagościł, wracając z pierwszego wygnania na wyspę Elbe….
Port, i jachty, restauracje, agencje nieruchomości na wodzie….. Spokój i bogactwo próbują ze sobą żyć w zgodzie …. W takim klimacie, czekałam na moją towarzyszkę wieczoru. I tak na ławeczce, trzy starsze panie, odpoczywały … I nagle przychodzi pan, który ich wita,:dzień dobry, młode panie, na pas to one :dzień dobry młody człowieku…. Poczucie humoru, ich nie opuszczało, pan wracał z wędkowania…. Dużo radości było w tym niebanalnym towarzystwie….
I ja także miałam niebanalne towarzystwo… Sushi, było ok, aczkolwiek, tam nie wrócę…. Pomysłowo udekorowany stół, małe porcje sushi, cenowo dostosowane do klimatu portu i innych restauracji….. Spotkanie I spokojna rozmowa, czas ważnych przemyśleń… Tych wypowiedzialnych, i tych przemilczanych… Czas Ciszy. Dla mnie, było podzielenie się Ciszą, którą usłyszałam w górach…. Św Charbel przypomniał :Być zawsze I i wszędzie jak Uśmiech i Światło Boga…. Inaczej mówiąc delikatnym i łagodnym…..
Ważne rzeczy nie potrzebują wielu słów…. Żyją swoim życiem, łamią wszelkie systemy komunikowania się…. Bez jakiegokolwiek wysiłku, szukać odpowiednich słów, czy miejsca…. Przemieszczają się razem z człowiekiem…. Tylko człowiek, nauczony wciąż mówić byle co, nie potrafi zobaczyć, jak bardzo oddala się od siebie samego, żyjąc w ciągłym narzekaniau i pretensjach….
A w pociągu, zaraźliwy śmiech Hiszpan, wracających z imprezy, był fenomenalny, tak zakończył się mój dzień….Cisza i spokój z uśmiechem zainstalowała się w moim świecie, i czeka na dalsze spotkania z naturą….I drugim człowiekiem….