Victor-nowe zycie na naszej pieknej planecie

Victor-nowe życie w naszej rodzinie.
I jesteś w naszym pięknym świecie.
Babcia zakończyła na ziemi pobyt, a Ty rozpoczynasz odkrywanie…
Witaj!!
Wierzę, że będziesz dużo podróżował( jakby nie było byłeś w Nice, gdy rozwijałeś się ,rozpychając się w brzuchu mamy)
Wierzę, że pokochasz nasz świat.
Wierzę, że nigdy nie zwątpisz w swoje możliwości.
Wierze, że uśmiechem będziesz otwierał ludzkie serca.
Wierzę, że mądrość uczynisz celem twojego życia.
Wierzę, że będziesz niósł Nadzieję i Światło.
Wierzę, że będziesz zarabiał uczciwością, szczerość będzie twoim atutem, a ludzie będą cię cenić za hojność.
Takich ludzi potrzebuje świat!!!
Takim cię widzę!!
Twoja obecność na Ziemi jest bezcenna – nigdy o tym nie zapominaj!!
Jako dziecko potrzebujesz bardzo mało, i to, co najważniejsze, miłość, sucha pielucha i jedzenie.
Z biegiem lat twoja percepcja się wyostrzy, zaczniesz mieć swojego zdanie, wyjdą na wierzch twoje talenty, będziesz chciał sam wszystko robić.
Wszystko będzie ciekawe i nowe dla Ciebie. Mam nadzieję, że zachowasz te cechy na twoją wędrówkę, twoje odkrywanie piękna naszej Ziemi.
Będziesz  żył odważnie patrząc w przyszłość.
Takie cechy ma każdy młody człowiek.
Jeżeli będziesz otwarty i ciekawy spotkasz na swojej  drodze mądrych ludzi, którzy pomogą ci w twoich małych i dużych sukcesach.
Rodzice są twoim bezpieczeństwem, nigdy o nich nie zapominaj. Nawet, gdy będziesz uważał, że nie mają racji. Oni kochają cię.
Nie zawsze będziesz rozumiał ich decyzje, aczkolwiek nikt nie jest idealny…
Póki, co mówisz innym językiem, i przy Tobie trzeba być bardzo uważnym…
Wkrótce nauczysz się mówić…
Póki, co to Ty nas uczysz, jak być wrażliwym, jak ważne jest przytulanie, słowa czułości, które chłoniesz jak gąbka…
Póki, co, to ty jesteś naszym profesorem, uczysz nas miłości za darmo, miłości, która nie ma nic w zamian.. Nic, co byłoby wartościowe dla ekonomii…
Taka miłość jest najważniejsza, najbardziej wartościowa. Ma sens!
Jest wieczna!
Taką miłością jesteś!

Lekarz ktory usuwa strach

1500897173062 

Kolejna lekcja u profesora Marquette,
mam wrażenie pisać u niego doktorat.
Lekarz, który usuwa lęk.
Słowa które wypowiada  dają siłę  i  proces zdrowienia, proces piękna, zaczyna swoje dzieło,właściwe to nic nie muszę robić.
Tak mało dobrych słów słyszymy. Tak mało ich wypowiadamy. Albo brakuje nam czasu, albo boimy się swoich myśli, swojego zdania.Uciekamy się do krzyku lub wrogiej ciszy. Uciekamy do szantażu emocjonalnego, kontrola staje się codziennością.
Potrzebujemy inspirujących ludzi!!
Czy ich szukamy?
Taki człowiek, nie będzie się nad nami użalał, nie będzie przytakiwał, ani krytykował. Nie ma gotowych odpowiedzi, szuka rozwiązań razem z nami.
Marquette, pracując w Lille dostał nagrodę przyznawaną lekarzom-Victories de l Espoir, i to kilka lat z rzędu.
Teraz rozumiem, dlaczego, jak pierwszy raz go zobaczyłam, to Nadzieja w jego oczach otwierała szeroko ramiona.
Nie słuchamy innych. Słyszymy jedynie to, co nas interesuje.
Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że słuchają innych, szybkie zmienianie tematu, jest tego dowodem.
Śledząc  jego karierę zawodową,  zainteresowanie się indywidualnie stanem pacjenta , bez wchodzenia w toksyczne emocje, podziwiam go jeszcze bardziej.
Jest mistrzem w omijaniu toksycznych emocji!!
A to jest wielki sukces.!!
Uczy mnie słuchać muzyki serca. Uczy mnie bycia odważną i łagodną.
Marquette nie potrzebuje wiele czasu, aby wyciągnąć ze mnie wszystko, co jest mu potrzebne, aby mi pomóc w znalezieniu rozwiązania w nurtującym mnie problemie. Niekoniecznie chodzi o moje płuca. Usuwa lęk z każdej kropli krwi.
Być może, dlatego wraz z Nadzieją, było i Światło, gdy ja myślałam, że mam zwłóknienie płuc, gdy ciemność próbowała mnie porwać.
Jednak dostałam w prezencie przewodnika, który od razu wykluczył diagnozę.
Dopiero, teraz po roku, gdy zaczęłam się interesować, tym, co robi dla nauki, dla pacjentów, zaczynam rozumieć wielką wagę jego Obecności.
Właściwie, wtedy, jedynie, o co się modliłam, to o mądrego lekarza..
I dostałam.
Interwencja Stwórcy, przynosi owoce.
Gdy przyznałam się, że nie biorę leków jak mi przepisał, poczułam cieple spojrzenie i słowa upomnienia z  troskliwym tonem głosu…
I zadał pytanie:, Od kiedy ta zmiana miała miejsce???
Zaskoczył mnie , nie spodziewałam się takiego pytania.
I ku mojemu zdziwieniu zmniejszył jeszcze bardziej leki. Wyszedł naprzeciw moim eksperymentom z dozowaniem leków..
Jest jednym z tych naukowców, którzy szukają bezinwazyjnych sposobów leczenia, tych leków najmniej toksycznych dla innych organów.
Jego umiejętność bycia, jest imponująca.
Szukając perfekcyjnego człowieka, znalazłam go w szpitalu.
Dla mnie perfekcja, zawiera w sobie dążenie do poznania prawdy, do wyciągnięcia nagromadzonych toksyn, które zatruwają mój organizm i mają wpływ na relacje z innymi.
Ma w sobie perfekcyjne spojrzenie na drugiego człowieka. Jego lekcje, mogę w każdym momencie zastosować. One dotykają codzienności.

Nie na darmo wybrał specjalizację pullmologa, co za tym idzie leczenia raka płuc. Jest w trakcie realizacji projektu Air, które ma na celu bezinwazyjne wykrywanie nowotworu płuc.

Jak pracował w Lille był koordynatorem, dynamiki interakcji społecznej klinicznej, emocjonalnej (DISCE): projekt dotyczył opieki medyczno-psychologicznej pacjentów z rakiem. To tłumaczy jego ciekawość stanu emocjonalnego pacjenta.
W świetny sposób łączy karierę naukowca z dużym naciskiem na indywidualne podejście do pacjenta, bez wchodzenia w kompetencje psychiatry.
Ma dar robienia terapii w ciągu kilku minut.
Dziecięca intuicja mu towarzyszy, łączy ją z inteligencją.
Może, dlatego jeszcze się nie  wypalił .
Tyle się mówi o wypaleniu zawodowym, i to młodych. Profesor w żaden sposób nie okazuje zmęczenia, znudzenia, czy też arogancji, rozdrażnienia.
Nawet jak się złości, to z poczuciem humoru.
Daje i przyjmuje, jest wdzięczny..
Oto cała filozofa.
Dawanie ma się łączyć z przyjmowaniem. Nie zawsze dobrych rzeczy, są także i te trudne.
Jeden z jego studentów, podał w świat informacje, które powinien zachować dla siebie. Zrobiło się gorąco, wokół Marquette. A było to pod koniec roku akademickiego, chodziło o pytania na egzamin. Studenci bali się, że będą musieli powtarzać. Na szczęście nie musieli. Czytając na forum studentów, to bronili profesora.
Dobre imię zostało naruszone, aczkolwiek on nic złego nie zrobił. A wspominał o tym tylko, dlatego, że mu powiedziałam, że na YouTube jest  seminarium, w którym uczestniczył, mówił o fizjologii oddychania.
Na co uśmiechnął się, i powiedział: a to było nagrywane.
Zawsze miałam słabość do lekarzy, ale pr. Marquette ma szczególne miejsce w moim życiu, w mojej codzienności.Prywatne lekcje o pasji do Życia, opartego na prawdziwe o samym sobie.
Mam się, od kogo uczyć, tego, co w życiu  ważne. Nie muszę już szukać w książkach, mogę się odnieść do człowieka, którego znam…
Co więcej, mogę napisać do niego, lub pojechać do szpitala w gdzie przyjmuje.
Za każdym razem wychodzę wzruszona.
I to wzruszenie nie ma nic wspólnego z uczuciem wzdychania do niego….
To jest święte wzruszenie…
Czy i ty masz człowieka, który cię inspiruje?

Tajemnice zdrowego życia w codzienności

DSC_0839„Jego szkoła nacechowana była troską o zdrowie chorego” -tak piszą o Hipokratesie, ojcu medycyny…..
Jak wiele się zmieniło od tych czasów. Wynaleziono leki, metody, sprzęty medyczne…. Jednak lekarze zapominają o swoim powołaniu.
Ilość  operacji plastycznych, sprzedawanych leków, są tego dowodem. Masakrowanie swojego ciała, tylko, po co??
Głównym problemem jest cierpiąca dusza. Żadna operacja plastyczna, ani psychotropy, nawet najlepsza terapia nie uzdrowi człowieka.  Na chorobę duszy, która rozprzestrzenia się z prędkości światła jest….???
Każdy z nas może sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy ja mam czas Żyć???
Tak bardzo lubimy grabić do siebie, i to szerokimi grabiami,( ba oczywiście to, co nie nasze)troską nazywany pracoholizm.
Troska o zdrowie chorego – studia medyczne nauczą metod, ale nie troski. Jeżeli młody lekarz, ma pasję odkrywania swojego powołana, to będzie troskliwym lekarzem. Inaczej, stanie się bogaty i technicznie dobry, aczkolwiek, z biegiem lat, powołanie stanie się jedynie zawodem, który go może go wypalić. ·Lekarz według Hipokratesa powinien być sługą Natury.
Niedawno odkryłam św. Hildegardaę ,która była sługą Boga i Natury. Jak na tamte czasy, kobieta respektowana i słuchana przez ówczesne elity. Nie musiała krzyczeć, że jest feministką. Hipokrates, także wspomagał naturalne procesy zdrowienia. A teraz, lekarze przepisują na wszystko leki. Jakby one miały monopol na wszystko, a nie mają, są ulgą, czasami pomagają, aczkolwiek bez troski są puste….. Pr. Marquette, zapoznał mnie z troskliwością, bez wchodzenia w poufałość, bez zbędnych słów, gestów, dając przestrzeń do odkrywania moich eozynofilii mojego ducha i organizmu. Pomimo obowiązków, jako ordynator, konsultacje, studenci, projekt,”Air” na skale światową, w którym, bierze udział ,kolokwia, … 32 lata powołania bycia lekarzem,mowi samo za siebie. Może śmiało powiedzieć :brakuje mi czasu… A jednak tego nie robi, jest spóźniony, ma tysiące myśli, a jest Obecny, nigdy nie wyszłam od niego niewysłuchana. Bo każda sekunda jest dla niego bezcenna. Jest uczniem Hipokratesa, robiąc karierę, stawia pacjenta, jako swoje wyzwanie. Nie mając czasu, wykorzystuje go jak najlepiej potrafi. A może to jest jego sekret… Może, dlatego każda konsultacja to oczarowanie, w świecie gdzie człowiek tak rzadko patrzy z radością na drugiego, bez jakiekolwiek chęci zysku. Póki, co, próbuję toksyczne krople krwi ubezwłasnowolnić, dzięki opowiedzianej historii z wielką Troską przez profesora. Leczy także moja duszę. Troską. Bez zbytniego analizowania. Jedynie pasjonaci tak potrafią…. Pasjonaci Życia.
Gdy byłam na kolejnym sprawdzeniu krwi, czy aby eozynofile nie świrują, pielęgniarka z delikatnością, zapytała o moje zdrowie i gdy jej powiedziałam, co mi dolega, poleciła mi wino z lawendy, które oczyszcza płuca, I do tego zioła, które pomogą lepiej funkcjonować płucom. Uśmiechnęłam się, bo właśnie to św. Hildegarda, jest polecającą, inspirowana się Hipokratesem. I tak odkryłam świętą. Jakby nie było doktor kościoła, jako czwarta kobieta w jego dziejach. Mistyczka, wizjonerka komponowała muzykę i dbała o zdrowie ducha i ciała. Jak to mówią „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Jej dzieła mają moc, tak jakby kontynuowała dzieło uczniów Hipokratesa, pokazywała siłę naturalnych środków, dodając szczyptę Bożej Miłości. Niezwykła średniowiecza kobieta. Dziś jej dieta, zdrowe odżywianie cieszy się dużą popularnością. Czasami sklepy internetowe, skupiają się tylko na zarabianiu, nie biorąc pod uwagę, jej rad dotyczących choroby duszy….. Jako benedyktynka, przełożona klasztoru, wie więcej o ciszy, medytacji, harmonii człowieka, modlitwy. Sama dieta nie uzdrowi smutku, głupoty, nie rozpromieni twarzy.
Lekarze, często nie biorą pod uwagę, tego aspektu zdrowienia. Nie mają na to czasu, lub kompetencji. Mój profesor, ma talent do: krótko i sensownie. Bierze moje refleksje pod uwagę, czasami na nich bazuje.
Egzorcysta Gabriel Amorth, napisał książkę o współpracy psychiatrów I księży. Choroba duszy, jest o wiele cięższa, niż tak zwana depresja. A może depresja jest chorobą duszy, tylko tak została nazwana ze względu na laicyzację. Prywatność staje się kolejnym nieporozumieniem, a zarazem Internet idzie w drugą stronę, obrzucając błotem i  tym sposobem, człowiek traktuje siebie jak śmiecia.
Natury wciąż nie znamy, a rady średniowiecznej św. Hildegardy są analizowane przez dietetyków. Gdy panuje moda na wegańskie dania, święta, swoim życiem pokazała, że nie samym chlebem człowiek żyje…
Hipokrates, wyczuwał także potrzebę scalenia człowieka.
W roku 1948 Światowe Stowarzyszenie Medyczne sformułowało Deklarację Genewską, która jest bardzo zlaicyzowaną i ogólną następczynią starożytnego tekstu.
Doktor H. Newman w swojej książce, Cień Hipokratesa podkreśla jak wielką rolę ojciec medycyny przykładał do budowania relacji z pacjentem opartej na wzajemnym szacunku oraz zaufaniu. Jak podkreślał, – najlepszym lekarzem jest ten, który potrafi przewidywać dalszy przebieg choroby.
Niektórym lekarzom udaje się stanąć na wysokości powołania.
Przysięga lekarska z Deklaracji Genewskiej, była zmieniana 4 razy. Zastanawiam się, po co?
Środowisko medyczne skarży się na dużą ilość pracy, pacjenci skarżą się na długość oczekiwania, na brak kompetencji, czy też brak informacji czyni ich ignorantami.
Pr Marquette pokazuje, że wszystko da się połączyć.
Wystarczy usiąść i uczciwe się przyznać
Czy to, co robię ma sens?
Czy aby mnie nie niszczy?
Czy to, co robię, wykonuję uczciwie?
Niesamowite jest to, że w świecie tak bardzo dostępnym informatycznie,:zakupy ci przywiozą, obiad także, większość spraw możesz załatwić internetowo, możesz nawet pracować z domu, samochód to podstawa, a coraz mniej czasu mamy
Nawet do kina nie musisz chodzić, możesz sprzęt do mieć u siebie, nie mówiąc o sprzętach domowego użytku….
A jednak, najnowsza choroba naszego wieku to: BRAK CZASU!!!!
Ciekawe jak to psychiatrzy kiedyś wytłumaczą??

Tymczasem Pr Marquette uczy:Bądź wrażliwy na uwagi innych. Chroń słabszych. Odwagę uczyń pasją codzienności. 32 lata pasji bycia lekarzem, wciąż pełnym życia , mówi samo za siebie….

Bez tytułu

DSC_0797Kolejny dzień wolnego. Po szlachetnej ciszy w Laus trudno odnaleźć się w mieście, wrócić do męczących tłumów, ciągle gdzieś spieszących się. Budzik zaśpiewał piosenkę Josha Grobana, jednak moje oczy chciały jeszcze przytulić się do poduszki…. Obudziłam się o 9.30….Przy śniadaniu, zdecydowałam się na miasteczko Vence, którego nie znam…Najwyższa Góra to 1033 mètres, Baou des Blancs…. Tym razem było późno, aby wdrapać się na Baou…. Aczkolwiek nie przeszkadzało w spacerku z Saint Paul de Vence do  Vence.. Saint Paul znam, miasteczko z galeriami I przeraźliwie drogie.Nie wiem skąd oni takie ceny biorą. Dla przykładu jedna mała tarta  kosztuje 4 euro, gdzie w Nice 2.50…Kanapki są po 6 euro. I to niezbyt świeże.
Mając szczegółową mapę mojego spacerowania, I tak w pewnym momencie poszłam w inną stronę… (W ten sposób odkrywam nowe miejsca) W porę się zorientowałam….
Ścieżka mało sympatyczna. Dopiero w połowie drogi zaczął się las. Jakieś dwie godziny marszu. Las kryje tajemnice, które także są w sercach człowieka. Kontynuowałam spotkanie z Ciszą, a także wyrzucałam toksyczne myśli, które nieustannie bombardują.. Lubię spacery w lesie, dają ochłodę w upalne dni, przypominają dzieciństwo, wchodzenie na drzewa, zapach grzybów, jagód. Rodzice kochali chodzić na grzyby, ja lubię się nimi delektować. Zwykle mama szła za mną i zbierała grzyby, których nie widziałam. Dwa dni wcześniej padało, i zieleń stała się jeszcze bardziej zielona. Sama sobie zazdrościami I gratulowałam decyzji. W mieście jest większa okazja do stracenia pieniędzy… A wycieczki z ostatniej chwili są często super fajne. Zwykle na takie jednodniowe wypady tracę 10 euro plus piknikowe jedzenie…
Dotarłam do szarmanckiego miasteczko Vence…. Góry mi się kłaniały, słońce stawiało kawę. Wychodząc, ze szlaku, przechodziłam przez osiedle, bardzo sympatyczni ludzie na posiadłościach. Królowało błogie popołudniowe lenistwo…. Na jednym z tarasów, grono ludzi śmiało się, aż udzieliło mi się ich poczucie humoru….
Aby nie błądzić (w tym jestem dobra, nawet z mapą… Taki mój  urok) zapytałam starszej pani, która udzieliła mi informacji….
Vence – tam Gombrowicz ma grób… Tam mieszkał I tworzył… Nie dziwię mu się, że wybrał to miejsce. Jest przestrzeń, górskie tereny, i szarmanckie stare miasto, pełne zakamarków, mrocznych uliczek, i tych, które wpuszczają okruchy słońca, tworząc łagodne kolory.
Katedra, ciemna, wymagająca oczyszczenia, odnowienia.
Pewnie kiedyś była przepełniona ludźmi… Dziś człowiek szuka wszędzie, tylko nie w kościele….
Poza miastem, górskie szczyty, jak zawsze szukają człowieka. Każdy krok, zabija moje toksyczne eozynofile, które ostatnio dają mi we znaki. Jednak góry nie pozwalają na poddanie się.
Mała ilość turystów sprzyjała beztroskiemu zwiedzaniu.
Łagodne słońce, spokój, potrafi przemienić smutek w łagodny uśmiech. Odwyk od ciemnej strony codzienności.
Za kilka dni mam wizytę u mojego Anioła Stróża – profesora Marquette… I znowu będzie się działo.
Wielki plakat z tekstem Gombrowicza, na murach muzeum,
Byłem wszystkim! W zależności od miejsca, osób, okoliczności, byłem mądry, głupi, prostak wyrafinowany, milczek, causeur, niższy, wyższy, płytki lub głęboki, bylem lotny, ociężały, ważny, żaden, wstydliwy. Bezwstydny, śmiały lub nieśmiały, cyniczny lub szlachetny, czymże nie byłem?…Byłem wszystkim!
Być może nasz rodak ma rację. Gombrowicz nie bal się nazywać rzeczy po imieniu. Wszyscy mamy różne odcienie humoru, emocji, uczuć, duchowości. Wszyscy posiadamy umiejętność zmieniania się jak kameleon…. Jedni żyją prostotą, inni uzależnieniem od opinii i naginaniem się do okoliczności. Każdy może zmienić zdanie.Jesteśmy wolni, na tyle na ile sobie pozwolimy…. Mogłam zostać w Nice, a jednak, coraz bardziej szkoda dnia, który tak szybko mija…. Jeszcze nikt go nie złapał… Nikomu nie udało się wrócić do wczoraj… Wolność wyboru!! Przywilej, o którym zapominamy !
Tekst Gombrowicza nadaje się do medytacji. Aby oduczyć się oskarżać innych, o swoje niepowodzenia. Ważne przypomnienie,w drodze ku wieczności. Nawet sztuka i natura ze sobą współpracują. Wyraźnie zostało mi to pokazane na spacerze w Vence.

«Być sobą, bronić się przed deformacją, mieć dystans do najbardziej „własnych” uczuć, myśli, o tyle, o ile one mnie nie wyrażają – oto najpierwszy obowiązek moralny – Gombrowicz  

Sw Charbel – piekno prostoty wypowiedzialo sie

  

Niedawno poznałam św. Charbela. Jego Osoba mnie zachwyciła. Najpopularniejszy święty w Libanie… Być może na te czasy, akurat On. Skromny człowiek o wyważonych słowach. Przesiąknięty modlitwą,   chroni przed głupotą mniemania, że jesteśmy panami tego świata. Jak często nam się wydaje….
„Wyryj w swoim umyśle każde słowo, które chcesz wypowiedzieć, wyrzeźb je w swojej duszy i oszlifuj w swoim sercu. Niech wypływa z twych ust tak, jakbyś układał kolejną cegłę powstającej budowli. Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje… ” Jak wiele pustych słów wypowiadamy…
W kościele francuskim w Nice, była msza św. z relikwiami św. Charbela… Wtorek. Pełen kościół ludzi. Nie wszyscy wiedzieli, po co przyszli. Nie wszyscy potrafili zamilknąć. Tak jakby Bóg im przeszkadzał…
Brak cierpliwości jest chorobą umysłu , jednak poświęcili wieczór, aby prawdziwa radość i pokój odmieniła ich serca….
Ksiądz z Libanu, mówił o tym, aby brać garściami, to, co Bóg daje za darmo, I aby rozdawać, pozwolić sobie na luksus bycia chrześcijaninem, który oświetla zakamarki ciemności….Skoro Charbel  potrafił, to, dlaczego nie ty?
Wejście z Najświętszym Sakramentem, relikwiami i obrazami św. Charbela, powaliło mnie na kolana…Prostota wejścia Boga i jego sługi. Jedynie organy mocno zabrzmiały. Zaskoczona oprawą liturgii, odkryłam na nowo kontemplację, której tak mało w dzisiejszych czasach. Księża mało mówią o Ciszy. Za dużo muzyki, za mało radości w czytaniu Słowa, Ewangelii. Ludzie zestresowani, księża poddający się parafianom…
A tutaj, jedyny śpiew to psalm… Ewangelia czytana sercem Libańczyka. Nie bój się Boga, wyjść przed szereg, odkryj Trójce św… Odkryj piękno chrześcijaństwa, a nie tylko prześpiewanych spotkań modlitewnych. Jeżeli nie potrafisz zamilknąć, to jak możesz mówić, że kochasz Jezusa…. Św. Charbel był z nami, być może to On mówił poprzez tego księdza. Przeszliśmy od stworzenia świata, do wylania Ducha św…Myślę, że były uzdrowienia.. Modlitwa wiernych mnie jeszcze bardziej zaskoczyła… Niech Bóg za wstawiennictwem św. Charbela uzdrawia dziś…. Szczególnie tych, którzy przyjechali z daleka…. Tylko tyle…
Przemiana wina w krew, a chleba w Ciało Chrystusa, była wyśpiewana po aramejsku. Przeszły mnie ciarki, Jezus stał się jeszcze bardziej bliższy…Niestety, niektórzy nie potrafili w oczekiwaniu (w jednym czasie było namaszczenie św. olejem sw Charbela,  błogosławieństwo relikwiami i komunia św.) zamilknąć… Byli szczególnie aktywni, mieli sobie dużo do powiedzenia…. Bóg się uśmiecha, a oni gadają….
„Nie uciekaj od siebie, by skierować się ku Bogu i nie kieruj się do Pana, aby uciec jak najdalej od samego siebie. Bóg chce ciebie takiego, jakim jesteś, by mógł cię podnieść i uświęcić. Nie pozwól, aby świat pchał cię do Boga, raczej niech Bóg sam cię do siebie przyciąga…. Szepnął św. Charbel…Być może, dlatego, tak narzekamy na kościół… Uciekamy od siebie samych, bandażujemy lęki…Zmieniamy się jak kameleony… A Bóg wciąż jest taki sam.
I na  zaskoczenie, organista zagrał Odę do radości…. A Charbel dostał oklaski…Wychodząc z kościoła uścisnęłam dłoń temu księdzu…. Nasz wzrok się spotkał….. Ma wrażliwe serce, I patrzy sercem….. Kolejny mój bohater…. Pomyślałam o znajomych księżach, tych zmęczonych, zrezygnowanych…. Tych, którzy nie mają wsparcia, lub skupieni na wielkim świecie zapominają o kontemplacji..
Być może chrześcijański świat Europy ma skierować swe oczy ku kontemplacji, aby nie zabić reszty wartości ,jakie Jezus przekazał w Ewangelii. Wszystko mi wolno ,aczkolwiek nie wszystko złoto co się świeci….

Droga nie jest trudnością, tylko wyruszenie w nią

_20170630_213922Santander – tam trzy lata temu zakończyłam kolejny etap szlaku św. Jakuba… I z wielką radością mogę go kontynuować. Sprawdzić swoje siły zachwycić na nowo życzliwością, rozdawać siebie, nie bać się chodzenia po wodzie…
Miasto, w północnej Hiszpanii powitało mnie deszczowymi chmurami… Tomek, wyjechał po mnie… Spotkanie po trzech latach, jakbyśmy widzieli się wczoraj…
Allbeurge chrapanie, i hiszpański język…  Ludzie z całego świata,w podróży do samego siebie.. Droga życzliwości. Czas realizacji siebie… Oddechu miłości. Zachwytu. Reszta jest tylko ułudą..
Oj noc ciężka, chrapanie pielgrzymów… No cóż, jedyna niedogodność.. Jakaś musi być  Niestety, w drogę wyruszyłam z katarem…..
Pobudka o 7.00, Spokojnie wybraliśmy się, wyruszyliśmy w drogę.. Burzowe klimaty już w nocy nie dawały za wygraną… Do południa jeszcze wytrzymało…. Wychodząc z Santander zostawiliśmy nasze trudności, smutki, problemy… Wysypywały się jak piasek w dziurawym worku. Istota pielgrzymowania. Błogosławieństwem jest, gdy mogę liczyć na towarzysza podróży. Tak też się działo…,Wszystkie odcienie zielonej Kantabrii królowały. Krowy, owce, konie… A nawet ślimaki, uśmiechały się do nas… Spotkaliśmy dwoje Rosjan po drodze, na rowerach. Chwilę pobyliśmy razem… I ta chwila była szczęśliwa…
Grzmoty i błyskawice królowały, dawały poznać po sobie, że chcą się wypowiedzieć, wykrzyczeć. I gdy dotarliśmy na przystanek autobusowy, chmury przez chwilę, powiedziały, co myślą…. Krople wody zaczęły intensywnie uderzać o ziemię. Przeczekaliśmy na przystanku. I gdy uszliśmy kilka metrów, dopiero krople zaczęły szaleć… Nie było żartów. Zdecydowaliśmy podjechać kolejką… Padało bez litości.. Zimno instalowało się, bez zapowiedzi, przeszkadzało w kroczeniu… I tak dotarliśmy do Rajqiedia… Alberuge, położone przy głównej drodze, a wiec samochody zagłuszały ciszę i spokój… Bar po drugiej stronie, z sympatycznymi Hiszpanami. Dobry domowy hamburger, kawa, a dla Tomka piwko zrekompensowały nam szum samochodów… I miła niespodzianka, w pokoju, byliśmy z trójką sympatycznych Polaków. Dużo radości i marzeń, dużo spontaniczności… Zamiast się denerwować czekając na wyniki z matury, wyruszyli na szlak. Świetny sposób na czarnowidztwo…Zmęczenie, widoki, codziennie inne miejsca, inni pielgrzymi, łagodzą lęk przed przyszłością… Wracali, pełni nowych przeżyć, gotowi na dalszą wędrówkę zwaną Życiem….
Poranek słoneczny, zachęcający do drogi .  Pożegnaliśmy się z naszymi młodymi rodakami. Śniadanie, w barze po drugiej stronie, sympatyczny Hiszpan, uczył wymawiania słów …. Miał dla nas czas…. W życiu codziennym, tak mało czasu poświęcamy, na zwykłe bycie z innymi…. Dobra kawa, tortilla, bułeczka… I w drogę…. Kilka kilometrów niezbyt atrakcyjnych, ulica, fabryka mieszała się ze śpiewem ptaków… Leniwy czas, dużo niedokończonych domów, pozamykanych mieszkań….Ulice widma… Słońce łaskawie nas przytulio, okulary przeciwsłoneczne i sandały, i tak cały dzień uśmiechaliśmy się do siebie.  I w końcu zielona kraina Kantabrii ukazała się w całej swojej krasie. Zieleń, złączona z błękitem nieba, prowadziła nas za rękę. Chroniła przed zmęczeniem, popychała do przodu. Na wzgórzu kościół dumnie na nas patrzył. Jak większość kościołów zamknięta, lub płatna….
Takie czasy….
Gdy zaczęło się chmurzyc i mgła zabroniła cieszyć się widokami, dotarliśmy do albeurgue  w Orena… Porządna albeurgue, która zasługuje na gwiazdkę, albo dwie… Nawet kołdry i lampkę przy łóżku każdy ma… Czysto, przytulnie, kuchnia, herbata do dyspozycji, możliwość śniadania… Super miejsce, aby nabrać sił… Jedyny bar, tuż obok…. Tubylcy na piwku, wino też cieszy się popularnością.
Nie jest tak źle, ze mną, zrobiliśmy ok 14 km….Płuca wracają do formy, chociaż źle im iść pod górkę…. Myślę, że są w stanie zrobić 20km… Myślałam, że będzie gorzej… Widocznie są na swoim miejscu… Odzyskują formę, aktywnie korzystając z uroków szlaku św. Jakuba… Nawet przeziębienie przywiezione z Polski, nie jest w stanie mnie zawrócić… Taką siłę daje to droga., Panowie, wrócili z  zawodów gry w” bolos”, czyli kręgle…. Chłopaki chyba przegrali, bo się klepali po plecach…. Mieliśmy okazję takie zawody przez chwilę oglądać…. Muzyka, skoncentrowani gracze, każdy w swojej barwie klubu, kibice i jurorzy. Boisko na dworze. Fajny sposób na dobre spędzenie czasu…
Kolejny dzień, królewskie śniadanie przygotowane przez Antonio, opiekuna alberge, ciepłe pożegnanie i w drogę. Kolejny cudny dzień. Wciąż zasmarkana, aczkolwiek szczęśliwa. Drobne krople deszczu nam kapały, i tak było przez cały dzień… Kraina jaśminu, dzikiej róży czarowała nasze oczy. Łąki z krowami, owocami, ślimaki wychodziły, koguty nas witały, ptaki koncerty dawały. Piękny dzień zachwytu nad naturą. Nic nowego, a zarazem nieoczekiwanego. Urok wyruszenia w drogę…Hiszpanka zapraszała na swoje podwórko, oferując kawę, tortilla…  W taki sposób dorabiała sobie. Czasami oferują kawę za darmo…Kroczyliśmy aleją drzew orzechowych, wielkie cytryny kłaniały się nam… Nawet poziomki rosły przy drodze… Pełna harmonia. Zielona kraina pokazywała to, co ma  najpiękniejszego. Nie skąpiła. Była szczodra….  Każdy krok, był cudem stworzenia, chociaż to słowo, nie odzwierciedla emocji, jakie w nas wywołała….Bycie życzliwym, było tak proste…Zatrzymaliśmy się w Santiliana  del Mar. Muzeum tortur, kamienne uliczki, brakuje tylko stylu bycia, że średniowiecza. Dużo kwiatów, kamienne pałace harmonizują, ze sobą. Urok miasta zanurzony  w zielonych pastwiskach, miasto pije kawę z naturą… Przytulnie. Wyruszyliśmy dalej. Oddaleni od huku ulicy, zanurzeni w wydreptanej ścieżce pomiędzy łąkami, kroczyliśmy dzielnie, ze słońcem na ramieniu. Zrobiliśmy 16 km, taki spacerek, niczym niezmąconego spokoju. Nagle czas przestał istnieć. Dotarliśmy do Comillas – szlacheckiego miasteczka. Markiz Comillas górował nad miastem. Jego posąg wzniesiony na wzgórzu, obserwował morze, wskazywał na zachwyt….W Comillas urodził się Antonio Lopez , który pochodził z biednej rodziny, ale dorobił się wielkiego majątku na Kubie. Król nadał mu tytuł markiza Comillas. Na Kubie poznał mieszkańców Katalonii i oni to zaprojektowali modernistyczne budowle w Camillas:  uniwersytet Pontificio, Pałac de Sobrellano i seminarium. Spokojne miasteczko, z piękną plażą. Majestatycznymi skałami w oddali. Zanurzyłam nogi w zimnej wodzie, i chyba to nie był dobry pomysł….  Przeziębiona, pogorszyłam tylko mój stan zdrowia….. Ale co tam…. Majestatyczna rzeźba Anioła pilnuje mieszkańców. W Polsce było Boże Ciało, I chciałam być na mszy….I byłam . Energiczny młody ksiądz, i wielu ludzi, jak na dzień tygodnia i godz. 20…W Hiszpanii, tak jak we Francji Boże Ciało jest w niedzielę…Masa dzieciaków z rodzicami na rynku, miasteczko tętniło życiem. Ptaki non stop koncertowały….. W Allbeurge, dużo ludzi, komplet… Ci, którzy późno przyszli, musieli iść dalej…. Deszcz wciąż nas napastował…. Mój stan zdrowia ulegał powolnemu pogorszeniu…. Następny dzień okazał się ostatnim w pielgrzymowaniu. Dotarliśmy do San Vincente de la Barquera. Przechodząc przez plażę, poczuliśmy aksamit piasku, śpiew morskich głębin. Nie udało nam się zrobić więcej, gorączka zatrzymała mnie na dobre… Piękne miasteczko, z rzeką, zamkiem i Allbeurge na samej górze. Kościół Santa Maria de los Angeles króluje nad miastem. Malownicze widoki łagodziły wszelkie lęki, dodawały sił. Wiatr pokazywał swe oblicze. Byliśmy na samej górze. Panorama miasta 360 stopni…. Piękne widoki z każdej strony… Ważne miejsce pielgrzymów  do Compostela…. Niestety popołudniu gorączka złożyła mnie do łóżka…. Oczywiście jeszcze tam wrócę, bo tam zakończyłam kolejny etap szlaku św Jakuba. I już tęsknię, za kolejnym. Taki mój narkotyk. Czuję się jak u siebie, nieznane staje bliskie, strach traci na sile. Pomimo przeziębienia, każdy krok był coraz piękniejszy… Cisza i spokój królowały we mnie. Mieliśmy jeszcze trzy dni do powrotu. A więc mój towarzysz wynajął samochód i pojechaliśmy do Loredo. Trzy lata temu przeszliśmy. Piękna plaża, na której odpoczywaliśmy…. Hm no cóż, może i powinnam leżeć w łóżku, aczkolwiek plaża i słońce było silniejsze… Tego nam było potrzeba… A że była to niedziela, szukając mszy św. w internecie, okazało się, że hotel, mamy na tej samej ulicy, co kościół, w dodatku z mszą o 20. Św  Jakub, czuwa nad moim stanem duchowym …. Ksiądz, starszy o promienistej twarzy, zarażał wejściem w radosną kontemplację o Obecności Boga. Wszystko było jasne, Anioły tłumaczyły kazanie….. Dawno tak nie przezywałam mszy św…. Niesamowite spotkanie, Bóg ponad barierą językową, ponad wszelkimi przeciwnościami. Nieoczekiwanie zakończenie tego etapu. Niespodzianki, to specjalność Stwórcy…. A wyruszenie w drogę przypomina o niepowtarzalności każdego dnia. Jak często używamy słów: ciągle to samo…. Pozamykani w skorupach, jak ślimaki, przechodzimy obok piękna naszego życia.
Zachód słońca był niezapomnianym spektaklem. Słońce szybko się schowało, za to długi czas rozświetlało niebo… Artystyczne eksperymenty z kolorami. Żaden artysta nie jest w stanie namalować takiego obrazu…. Uroczy spektakl za darmo……Wciąż osłabiona przeziębieniem, wcale się nim nie przejmowałam… Piękno natury i (leki) pomagały…..
Na drugi dzień powrót do Bilbao…. Poranek spędzony na pożegnaniu się z morzem, z aksamitnym piaskiem….
No cóż, powrót do Bilbao i upał niemiłosierny… Mój towarzysz, dzień wcześniej miał samolot, a więc zostałam sama…. I nagle pusto się zrobiło… Schowałam się do parku, aby traumy się nie nabawić…. Po takich cudnych wrażeniach, wielkie miasto jest mało wskazane… Powoli mój organizm” ogarniał „zmianę otoczenia…. Bilbao jest mi znane, a więc odwiedziłam stare miasto i katedrę św. Jakuba, taka miniaturka Santiago…Gdy wracałam do Allbeurge, burzowe klimaty opanowały miasto….. Udało mi się przed deszczem schronić….
I powrót do Nice….
Malo zrobionych kilometrów, za to same cudne chwile. Wiem teraz, że moje płuca, potrzebują aktywnego odpoczynku…. Wiem, co mogę, a co nie jest wskazane…. Sprawdziłam siebie, zwyciężyłam….. Za rok kolejny etap….
Właściwie, to już mogłabym wyruszyć….IMG-20170614-WA0065

Jestem orlem czy kaczka ?

DSC_0087Każdy dzień kryje w sobie tajemnicę, którą, czy chcemy, czy nie to odkrywamy…. Wiadomości.. Obowiązki. Spotkania. Lenistwo. Nauka. Odpoczynek. Radość. Ból.
Każdy dzień, jest kolejną podjętą decyzją, dla siebie, dla innych, za innych..
Ostatnio przeczytałam takie zdanie, „jeżeli chcesz latać z orłami, przestań pływać z kaczkami „.
Orły – patrole niebieskich przestrzeni, szlachetni rycerze, nieustraszeni wodzowie.
Kaczki cenią sobie  spokojnie życie na jeziorze, ciągle proszą o jedzenie, prowadzą żebracze życie i kończą na stole, jako kaczka ze śliwkami…
Orzeł nieustannie się uczy, trenuje, kaczka leniuchuje, opiera się na innych, straszy słowami….
Aby latać z orłami, bez treningu nie da rady…
Pascal – próbuje ratować młodych ludzi przed agresją, jaką rozsiewają wokół siebie, jaką noszą w sobie. Niektórzy powiedzą, kolejny telewizyjny show…. A jednak, wiele dobra się dzieje. Nie pracuje sam, ma ekipę specjalistów, zaprasza ludzi, którzy wyszli z wielkiego bagna agresji…. Jasne, reklama też musi być, emisja kosztuje…..  Patrząc na ilości reklamy w  mediach, bez niej media bankrutują….
Pascal wie, co robi, jest jednym z powietrznych patroli, jeden  z orłów, który nie boi się mądrze podnosić człowieka. Bo nie jest to sztuką  podawać na tacy wszystko, co inni sobie zażyczą…. Sztuką jest pokazać i zostawić, aby druga osoba potrafiła żyć w zgodzie z samym sobą. ·Francuzi, także mają problemy z okazywaniem czułości w rodzinach. Pascal stawia na czułość, królową dobrych relacji z drugim człowiekiem.
Lekarz, Pr Marquette -mój Anioł Stróż, kolejny orzeł ratujący człowieka…. Jego czujne spojrzenie widzi głębiej i w ciemności cierpienia zapala lampę nadziei….
Niedawno w oglądałam odcinek, gdzie  dr House był na odwyku od leków….. (,(Śledzę te postać, aktor nieźle sobie radzi) W ciekawy sposób pokazane było wychodzenie z nałogu…
Odcinek inspirowany książką „  Lot nad kukułczym gniazdem „. Aby odzyskać stracony spokój ducha, potrzeba oparcia, radosnego towarzystwa  szybujących orłów, a nie leniwych kaczek…. Człowiek w swojej samowystarczalności gubi się. Od dziecka wszystko chce robić sam… Może, dlatego wpada w nałogi, szambo, z którego trudno wyjść samemu… W cierpieniu trudno o uśmiech. Dr House, typ nieobliczalny, o mistrzowskiej umiejętności stawiania diagnozy, nawet ta postać ma problem, z którym sobie nie radzi… Idzie sam. I tu tkwi sedno problemu. Odkrywając swoje prawdziwe oblicze, potrzeba czasu…. Podczas pobytu na odwyku, zwija się z bólu, mózg szuka natychmiastowej ulgi w postaci leku. Mocne sceny, pokazujące wijącego się na łóżku aktora, niczym węża walczącego z innym wężem… Jedynie ci, którzy wyszli z nałogu, mogą potwierdzić lub zaprzeczyć takim chwilom… Dotknięcie dna, otwiera przestrzenie nieba…. Spotkanie samego siebie, akceptacja bólu, zadanie, które wymaga dyscypliny, jaką znają orły… I nagle… Budzi się.. Ze spokojem, bez bólu, bez chęci brania leków… Cud… Żelazna ręką dyscypliny zmusiła mózg do zmiany zdania. Nie potrzebuję się truć. Mogę żyć z bólem, który, odczuwam… Organizm zwyciężył nałóg… Taką mamy siłę, rzadko jej jesteśmy wdzięczni. Rzadko jesteśmy dumni z małych kroków, które mają moc do zobaczenia światła w szalejącej pustyni, naszych nałogów…
W książce Pod mocnym Aniołem – Jerzy Pilch, opisuje swoje pijackie życie, dla mnie jedyna książka prawdziwie opisująca bezsilność alkoholika, jego walkę o wyjście z bagna…
Byłam na kolejnych  ćwiczeniach z panem o niebieskich oczach…. Jakby nie chlor, to jak dziecko mogłabym ćwiczyć z nim, przez cały dzień. Spokojny głos i uśmiech dodaje odwagi… I chciało mi się tańczyć…. Za bardzo nie miałam, z kim..
Bardzo poważni ludzie w basenie, pełna koncentracja, to znaczy, że cierpią, że  ból zabrania się śmiać…. Aż zapominają, że uśmiech jest terapią, równie dobrą jak ćwiczenia….. A mnie chciało  się śmiać, właściwie bez powodu…. Dał mi jedno ćwiczenie, które wcale łatwe nie było, i gdy zaczęłam je robić (wiadomo w wodzie trudniej) na głos się roześmiałam…Wszyscy popatrzyli na mnie, jak na wariatkę… Śmiech wzbroniony!!
No cóż, jako że, zakazy są także po to, aby je łamać….
Udało mi się zmusić wszystkich do uśmiechu… Choć raz…. Wszyscy odwzajemniali…. Aż się gorąco zrobiło…. Lżej… Ból zmniejszał się…. Radość nieśmiałe instalowała swoją stronę.. Najnowszy komputer czy telefon nie ma takich funkcji, co Radość…
Trud został wynagrodzony. Udało mi się po raz drugi uciszyć rozum. Zamknąć mu wszelki dopływ negatywnych myśli i gestów. Serce zaczęło mówić…. Rzadkie chwile….
Teraz wiem, co mam robić, gdy rozum ma  napady agresji, czy też jak chomik kręci się, i nie może przestać….
Orzeł o pięknych oczach, tym razem nie zostawił na mnie suchej nitki, ćwiczenia są coraz trudniejsze, (bynajmniej się nie nudzę, i pewnie jego osobowość odgrywa dużą rolę) ·Po wyjściu, troszkę nogi mnie bolały…. A najważniejsze…. Chciałam przytulić cały świat….. Poezja  stała się rzeczywistością. Wszechświat tańczył, a ja z nim…..
Teraz rozumiem, dlaczego francuzi, tak kochają bieganie.. Jest za darmo, w każdym momencie dnia można biegać i ucisza mętlik w głowie…Rodzi się zdrowe, naturalne, zmęczenie…. Takie plewienie agresji…. Może kiedyś polubię biegać, póki, co płuca niekoniecznie preferują, taki rodzaj aktywności. Natomiast ćwiczenia w wodzie, im służą…Wkrótce Szlak św. Jakuba… Kolejny etap Drogi Życzliwości Życia…… Tylko tydzień… Sprawdzenie moich płuc…. Te ćwiczenia przygotowują mnie do drogi… Niesamowite, życie dba bardziej o mnie, niż ja sama o siebie. Jakby nie ból pleców, nie poszłabym do lekarza, i nie odkryłabym aqua  gym… I tego wszystkiego, czego się uczę….·

Orłów nie brakuje, tak jak i kaczek. Ode mnie zależy…. Kto będzie moim przewodnikiem

Na pustyni serca czekaja na ciebie miliardy gwiazd

Jakiś czas temu, moje plecy zdecydowały abym sobie o nich przypomniała. Kilka razy w ciągu dnia wysyłały sygnały…. Bolało, chwilami nie mogłam ani siedzieć, ani schylać się… w końcu, poszłam do lekarza….
Kochana pani doktor miała genialny pomysł, aby zapisać mi 15 seansów w aqua gym, przy czujnym oku fizjoterapeuty…. Takie spa w miniaturce..
Balneoterapia, masaż, ćwiczenia…. Dobra motywacja, aby kontynuować samodzielnie współpracę z moim kręgosłupem, który potrzebuje mojego wsparcia. Nie wahał się mi o tym powiedzieć….
Każdy stan chorobowy świadczy o zaniedbaniu ze strony rozumu… Organizm nas zawsze ostrzega, a my zachowujemy się jakbyśmy byli robotami… I dopiero silny ból zmusza  nas do przyjrzenia się i odwiedzin specjalisty… Nie raz to przerabiałam…. I dalej się zapominam….Większość Francuzów, idzie w drugą stronę i bardzo często zwykła migrena powoduje  panikę i zwolnienia lekarskie…. Skoro państwo płaci, to, dlaczego nie korzystać…. To oznacza, że rzadko słuchamy, co piszczy w naszym  organizmie, za to nie mamy problemu z powtarzaniem plotek, mieszaniem się w nie swoje sprawy… A jeżeli chodzi o wysłuchanie tego, co nasz organizm mówi, to mamy duży problem….. Myślimy, że leki nas uzdrowią, ze wszystkich chorób, lub też w ogóle ich nie bierzemy…. Tak źle i tak niedobrze… Lekarze, nie zawsze mają rację, a my tym bardziej jej nie mamy, bo się nie interesujemy zdrowym trybem życia…
Jest wielki bum na zdrowe odżywianie, jakby nowy kontynent odkryto… I płaci się za to słone pieniądze…. Detox kosztuje, coach kosztuje…..
Człowiek głupieje, musi płacić, aby odkryć, że żyje.!!!!! … ze ma serce, które potrzebuje wsparcia, i inne organy, bez których nie istnieje…. Odkrycie stulecia.
Sama odkryłam siebie, jak moje płuca odmówiły posłuszeństwa, miałam wiele szczęścia, że trafiłam na lekarza, który wskazał mi drogę, i nie chciał ani centa….
Teraz kręgosłup prosi o wsparcie, i znowu trafiam na super ekipę fizjoterapii….
Pierwsze spotkanie z Amirem , sprawdzał stan mojego kręgosłupa, i ustalił plan ćwiczeń. Spokój emanował z niego, ton głosu łączył się z gestami.. Już wtedy wiedziałam, że jestem na odpowiednim miejscu…. Zanim odpowiedziałam na jego pytanie, czego od nich oczekuje, odpowiedział mi….. Jedynie, co mogłam zrobić to odpowiedzieć: właśnie o to mi chodzi….
Jestem leniem, co do ćwiczeń, dla mnie kilka minut tego samego ćwiczenia jest męczarnią. Dlatego kocham wypady w naturę, krajobraz ciągle się zmienia…. Jasne nie zawsze mogę sobie pozwolić…
A więc postaram się skorzystać z aqua gym i wynieść dobre maniery, aby mój kręgosłup  nie miał powodu do denerwowania się…..Jako że recepcjonistka miała przerwę Amir zapisywał mnie, akurat ten tydzień był zapewniony, aczkolwiek mój bohater dnia nie rezygnował. Powiedział kilka razy, że jest optymistą, a więc wierzy, że znajdzie wolny termin. Chwilę mu to zeszło i znalazł…. (Była także recepcjonistka przez chwilę, niezbyt optymistycznie nastawiona, nie wierzyła, że się mu uda ….A jednak….
Jego determinacja, chęć znalezienia, (równie dobrze mógł przełożyć na następny tydzień,) dał  mi przykład, aby tak szybko nie rezygnować…. To była pierwsza lekcja….
Zaczęłam od ćwiczeń w balneo… Taka duża wanna z jacuzzi
Pan o pięknych oczach, i ciepłym uśmiechu powitał nas. Było nas kilka osób, w tym dwóch młodych ludzi (nie czułam się tak staro wśród nich) Na początku było ok, pod koniec troszkę się zmęczyłam. Jako że stawiają na autonomiczność, fizjoterapeuta kilka razy zostawił nas samych (zastanawiam się jak sobie z nami poradzi, stojąc przy basenie)  Usilnie starałam się robić ćwiczenia, jak nam pokazał… Hm..
Jego umiejętność uwagi i skupienie się na każdym z nas mnie zauroczyła… Każdy z nas miał inny problem, i obserwując moich sąsiadów, zdałam sobie sprawę, że jestem najmniej doświadczona bólem kręgosłupa….., Niektórzy mieli problemy podnieść wyżej nogę, widziałam ból w ich oczach. A mnie chciało się tańczyć, jedynie zapach chloru mi przeszkadzał….. Mój, bohater dnia dzisiejszego bacznie mnie obserwował, i świetnie dawał sobie radę zwracając mi uwagę….Miał na oku nas wszystkich. Kolejna lekcja – uważność połączona z cierpliwością….
Na końcu usłyszałam od mojej sąsiadki: czyż to nie jest piękne, mamy za darmo takie ćwiczenia…. Wdzięczność, pokazała swoje rozświetlające oblicze…… I takich ludzi mi potrzeba….
Kilka dni później, masaż z Amirem…. Muzyka idealna, połączenie jazzu i pop….(Nie przepadam za typową muzyką relaksacyjną) Świetnie wkomponowana w świat relaksu i odprężenia…. Próbowałam odnaleźć kontakt z moim organizmem, wsłuchując się w jego rytm…. Amir swoimi rękoma uciszył ból, otworzył przestrzenie pustyni rozumu, który ciągle chce mieć rację….Mój rozum na chwilę zamilkł..Amir ma silną osobowość i urok, skoro udało mu się ,mnie zanurzyć w piasek pustyni, na której widać miliony gwiazd… Odkryłam przestrzenie, których nie znałam..  Na końcu miałam spotkanie z poduszka ciepłego powietrza a pod pykające elektrody
Rozmawiam z moim sercem.
Zostałam sam na sam z szefem organizmu. Byłam u niego na dywaniku…. Bardziej na kawie, w przytulnej knajpie, siedząc na kolorowych poduszkach, piliśmy  naturalne soki…. Z dodatkiem mięty… Zaskoczona, zdumiona, odkrywałam przestrzenie błogiego spokoju…
Serce się uśmiechało, nawet rozum nigdzie nie gonił, plecy mi gratulowały, płuca próbowały odnaleźć swój rytm…
Prawie usnęłam…. Gdy delikatnie drzwi się otworzyły, wcale nie miałam ochoty wychodzić z tego pokoju….
Takie chwile mają głęboki sens. Nawiązałam kontakt z sercem. A to bardzo wiele.
Kolejna lekcja – nie żałuj na czas dla siebie, w mądry sposób go wykorzystuj….. I bądź delikatna dla siebie, a będziesz dla innych… Ostatnio to słowo mnie przytula, zaczepia, prosi o przyjęcie….
Miałam chwilę, aby usiąść w parku, a później w pracy spokój we mnie się instalował…. Co wcale łatwe nie jest…
Do następnego tygodnia, kolejna lekcja w wodzie z panem o łagodnych oczach.

czasami życie pozwala na czerwony dywan, miliardy gwiazd, dziecięcy zachwyt ,zielone przestrzenie oazy na pustyni i nieoczekiwaną rozmowę z własnym sercem.

TAJEMNICA DAWANIA -OCHRONA PRZED MROZEM

Dziennik pokładowy Nice -Paris.

Lubię dworce… Wiele się na nich dzieje. W Nice nie ma jeszcze pianina. Pewnie, niedługo się pojawi.
Czekając na moją karocę zwaną TGV, podsłuchałam rozmowę. Trzy starsze panie, i jeden pan. Panie, mówiły tym samym językiem, a nie potrafiły się porozumieć. Skąd ja to znam. Mówienie w tym samym języku, nie gwarantuje dobrych chwil.  Gdy nie słuchamy swoich słów, lub nie słyszymy tego, co chce nam przekazać drugi człowiek, to strzelamy wszystkim, co negatywne. I nagle, pan wtrącając się do rozmowy, powiedział; najważniejsze jest, aby zawsze próbować się dogadać i  zbyt długo nie gniewać. No i słońce, powróciło…. Uśmiechnęłam się, ten pan był pełen ciepła i radości.
W pociągu, mama z dwójką dzieci, obok mnie siedziała. Młodszy, w szybkim tempie znalazł sobie kolegę z innego wagonu. Szaleństwo na całego. Starszy, z nosem w książkach. Cudny widok, gdy 8-latek, czyta, a nie bawi się telefonem.

Marysia, po mnie wyjechała, rosołek czekał na mnie i łóżeczko też.

Niestety słońce imprezowało wiec zimne powietrze i chmury, robiły, co chciały. Na szczęście deszcz, nie dołączył się do nich.
Niedzielny poranek, pełna mobilizacja, ze zmęczeniem walczyły. Juz kolejny rok, Pomost, uwrażliwia innych i świętuje, wraz z Janem Pawłem.Sprzedaż kremówek, prosto z Wadowic. Rarytas.  Człowiek może zawieść, Anioły nigdy. Pilnowały, aby nie zmarnował się, ani jeden okruszek. I  tak jedyna, w tym dniu, stresująca dla ekipy Pomostu niespodzianka.Kremówki nie dojechały na czas….  Pomimo wszystko, wszystkie zostały sprzedane…Zimno, próbowało przeszkodzić, mobilizacja ekipy, nie pozwoliła na to. I myślę sobie, ze jedynym obowiązkiem wolontariusza, to dbanie o siebie nawzajem… Bo wtedy, dajemy  przykład. Gesty: idź ogrzej się, ja zostanę… Mówią wiele…. Uczymy się trudnej sztuki, bycia dla innych ludzi,  bycia oparciem i pomocną dłonią. Takie akcje, wiele mówią o stowarzyszeniu, na ile ekipa jest razem?. Co tak naprawdę ich łączy? Jak zachowują się, podczas niespodziewanych sytuacji?
Ten dzień uczynił nas lepszymi. Otulił i powiedział: to, co dajesz, zostaje wygrawerowane w sercu, tego, kogo, obdarowujesz.

Nic tak nie cieszy, jak dobrze spełniony obowiązek. Dla mnie, to był święty obowiązek. Nic nie dając, otrzymałam wszystko, czego na ten moment potrzebowałam. Brałam garściami, życzliwość ścieliła dywan z puchu, radość śmiała się do łez, ciepło przytulało.

Po raz kolejny, wyjście poza swoje obowiązki, problemy, zapomnienie o sobie, chociaż na chwile oderwanie się od egoistycznego JA, pokazało mi, ze nie warto kisić się we własnym sosie, siedzieć w domu i narzekać, ze, nic się nie dzieje.

Zrobiliśmy kawal dobrej roboty. Bez was, nic by się nie wydarzyło.  Siła grupy!  Siła miłości!

W drodze powrotnej, jeden pan powiedział; gdy nie masz motywacji, zacznij mieć pasje
A jakby tak, pasja uczynić pomaganie?…..Tym, którzy, stracili nadzieje na miłość …..Ona jest wszędzie! …Spotkałam JA, będąc z wami, ekipo Pomostu –Passerelle z Paris

Nowa gwiazda-Marysia

Nowa gwiazda -Marysia
Wszechświat tańczył w dniu narodzin Marysi. Radość jej narodzin była uśmiechem Anioła.
Już przez cztery miesiące odkrywa nasz świat. W ramionach rodziców najlepiej. Uśmiecha się szczęściem!!Śmieje się na głos i nawet mnie się nie przestraszyła. Tylko całą sobą zaczęła się na głos śmiać. (Ciekawe czy ze mnie,czy też do mnie )Zaraziła mnie szczerością radości. Oby nigdy nie przestawała tak się śmiać!!!! Dzień jej chrztu. Chrzescijanka pełnią życia. W końcu smutny święty,to żaden święty. Była bardzo spokojna podczas chrztu. Pod koniec… troszkę niezadowolenie okazała. Dziś zjadła ze wym Stwórcą pierwszą kolację. Widziała Anioły i tańczyla wśród świętych. I tak będzie,dopóki nie…. zacznie rozumieć,nazywać Boga- Bogiem… Oby rodzice pozwolili jej rozmawiać z Aniołami. Oby nie mówili jej, tylko o Bozi…. Ale o Bogu… naszym Ojcu.
Rodzice wybrali datę Wniebowziecia Maryji… Piękna data. Pachniało kwiatami,złożone winogrona,przypominały o cudzie.. Z Kany.. . Bóg błogosławił. Jak zawsze, przechadzał się wśród nas i uzdrawiał, przypominał..
Nawet chłopaki,ktorzy wegetują na ulicy,wytrwali do końca(być może to było ich pierwsze spotkanie ze Stwórcą)
Kaplica zapełniona dziećmi dźwięczała”bzyczeniem” ich zniecierpliwienia. Tak sobie pomyślałam… nie mamy się co denerwować na nie… My też się nudzimy (chociaż tego nie okazujemy)Ile razy się kreciłam, bo ksiądz za długo mówił kazanie… bo za gorąco, lub za zimno. Ile razy myślałam aby msza się skończyła, robiąc pobożne miny. Dzieci mi uświadamiają…. jak daleko jestem od żywej wiary,pełnej wdzięczności. Przecież do tych małych szkrabow należy przyszłość chrześcijaństwa. Córka matki chrzestnej dobrze wie…. Ani na chwilę nie opuściła mamy. Nawet śpiewała z nią psalm…. kręcąc się wokół mikrofonu. Chciała być w centrum… jak każde dziecko. Ani sekundy onieśmielenia. A później w życiu tak zwanego dorosłego, idziemy do ostatnich ławek i wychodzimy smutni jak mopsy….
A Marysia spokojnie… przyglądała się wydarzeniu, niestety nie będzie pamiętać. Rodzice jej przypomną.
Lubię zwyczaj francuzów :po udzieleniu chrztu… albo ksiądz,albo ojciec dziecka bierze na ręce i podnosi do góry… jest śpiewane Alleluja i są oklaski.
Nowa gwiazda we wszechświecie… Nowe dziecko Boga.
Jego arcydzieło.
Córeczka matki chrzestnej łaskawie się do mnie uśmiechała, ma charakterek (często tak mówimy o dziecku,które nie chce słuchać )A w życiu dorosłym słuchamy wielu bzdur i wierzymy, obrażamy się o nic..i często się myllimy.
Mała lubi oliwki, a sięgneła po nie, czujnym okiem jej tato….. sprawdzał czy oliwka ma pestkę.
Bycie ojcem to ważna fucha. Sprawdzian bycia mężczyzną.
Kiedyś widziałam jak Pan naprawił motor…. I stał obok niego jego synek….. bacznie obserwował co ojciec robi,
ręce oparte o kolana… Ani jednego ruchu, ani jednego słowa. To jest prawdziwie kochanie. To jest miłość,która nie musi wciąż przytulać i wciąż mówić.. kocham Cię…
Tato Pawła opowiadał o pszczołach. Zafascynowały mnie. W opowieści była pasja. Jak dobrze spotkać człowieka, który chce podzielić się, tym co wypełnia jego wolny czas. Dziś większość nie ma czasu… Czas wypełniony pośpiechem i głupotą.
Pszczoły to inteligentne stworzenia. Na litr miodu muszą się napracować. Pracują dla dobra
„Królowa, wydzielając konkretny”zapach”, może zwołać do siebie cały rój, może też poszczególnym robotnicom wyznaczyć specjalne funkcje”
Pszczoły też się buntują. Czasami mogą udusić swoją królową. Słodkości jakie wyrabiają… służą nam bardzo dobrze.. wino z miodu wyrobu taty Pawła było wzniesieniem toastu…. A Marysia z wrażenia usunęła. Ukołysana przez Anioły….
Pierwszy etap w drodze do wiary.
Marysiu, rób to co robisz najlepiej… śmiej się na głos i zawstydzaj smutasów…Nieś światło i tańcz w deszczu. Zachwycaj się wszechświatem i Jego Stworcą….