Niebanalne spotkanie z przyjaznia

2017 005Czekam na moich gości.. Te wakacje obfitują w ponowne odkrycie szlachetnych przyjaźni…… I pan na pianinie gra harmonijną muzykę… Świetny pomysł z pianinami na dworcach….. Ludzie mogą się wypowiedzieć przez wydawane dźwięki muzyki….. Pozna godzina, to i muzyka spokojniejsza… Ok zależy od wieku…. Trochę jazzowy rytm… Sympatyczne oczekiwanie na VIP. Ważne osobistości zaszczycą Nice i mnie…. A więc czekam z niecierpliwością…. Aby nacieszyć się sobą, w słonecznym klimacie palm, naładować baterie zwykłą życzliwością. Ostatnio życzliwość depta mi po piętach, wchodzi  na kolana, bierze za rękę….. Ludzie są dobrzy. Takich spotykam.
Tak wiec, przyjaciele z Paris zaszczycili Nice… Radosny czas, opowieści przy świecach, przy szumie morza..Mojito w La Havane .. I wypad w góry. Niespodziewany…. Z małymi zmianami godziny i kierunku wyprawy… Lac Boron w Saint Martin de Vesubie okazał się bardzo mały…. Hm no to spokojnie książkę już poczytałyśmy… (taki był plan) Jak to z planami bywa, nie zawsze się spełniają. Zapytaliśmy o krótkie szlaki i do mnie przemówił Lac Trecolpas  (nie miałam pojęcia, w co się pakujemy , czy szlak będzie łatwy i przyjemny, zaufałam intuicji), Aby dziewczyny się nie rozmyśliły, szybko podjęłam decyzję … Na szczęście nie miały nic przeciwko… Póki, co…. Pierwsze kroki były w towarzystwie ulicy…. Kilka kilometrów…..
W końcu,l w radosnej atmosferze wkroczyłyśmy na szlak. Drzewa dawały nam cień i siłę do zdobywania szczytów… Nie wiedząc, co nas czeka, zaufałyśmy drodze, bez żadnych pytań, sprawdzania, panikowania… A nuż będzie ciężko i nie zdążymy na autobus…. Szlak nas prowadził. Pozwoliłyśmy sobie na luksus bez planu…. I okazał się fantastyczny. Pomijając trud maszerowania… Ze względu na eozynofile , które się wciąż gromadzą i zabraniają płucom oddychać pełna gębą…. Co chwilę musiałam się zatrzymać, aby uspokoić oddech… Ludzie się zatrzymywał I życzyli mi odwagi… Ze warto, że już blisko… (Czyli zewnątrz mój stan nie wygląda dobrze), skoro ludzie się przy mnie zatrzymują… Było to miłe i motywujące, aby nie rezygnować i zdobyć szczyt. Byłyśmy na 1670npm…A wdrapałyśmy się na 2170npm….Widoki bajkowe, zimny powiew wiatru nas powitał i cud natury. Krystalicznie czyste jezioro otoczone górami…. Spokój, jedynie ludzie potrafią zakłócić spokój danego miejsca. Choroba chroniczna: nieustanne paplanie…. Nawet zmęczenie, nie zamknie ust człowieka…. No cóż, na czytanie książki nie było czasu… Bardzo potrzebowałam takiego odpoczynku…. Branie garściami, co natura daje…..Po powrocie zasłużone sushi, na wynos z mojej ulubionej resto…., I szybko usnęłyśmy, śniąc o błękicie jeziora
Trecolpas…. I wszystko było nieogarnionym Dobrem. Szlachetną radością bycia Razem. Droga wdrapywania się na szczyt, tego co  ważne… Droga wolności.
I nagle czas pożegnania,  białą chusteczką, łezka się zakręciła i  pusto się zrobiło. Została nierozerwalna  więź przyjaźni… Cud istnienia na ziemi, aby nie zwariować od obowiązków, ciągłych terminów, oderwanie się od wszystkiego, co przytłacza…. Po to są przyjaciele, którzy zwyczajnie są….. Skarbem….
I kolejne osoby, tym razem córka kuzyna z koleżanką. Tym razem miały apartament dla siebie, na Promenade  de Anglais, morze na wyciągnięcie ręki…. A więc opalały się, leniuchowały…. Byliśmy razem w Monaco, było  także czterech   kumpli  , ze studiów (znajomi dziewczyn, którzy postanowili wyruszyć razem, pobyć, ze sobą) Zaskoczyli mnie ci młodzi ludzie kulturą, poczuciem humoru, zażyłością między sobą….. Aż zatęskniłam za moim paryskim towarzystwem, niebanalnym, ciągle obecnym. Chłopcy nieźle się bawili, dogryzając sobie nawzajem, oddychali przyjaźnią…. Ich poczucie humoru, było super fajne…. Z nadzieją, że uda zachować się im w życiu dorosłym, te piękne cechy bycia przyjaciółmi, którzy śmieją się z siebie nawzajem, a jednocześnie chronią jeden drugiego….. Pełne zaufanie, zero obrażania się….
Wróciły wspomnienia z imprez….. Nie ma, co rezygnować z takiego czasu….. Mamy go tyle ile potrzebujemy, tylko nie zawsze nasze wybory nam pozwalają na korzystanie jak ci chłopcy z szlachetnego uczucia przyjaźni… Nawet zdjęcie z dwiema obcymi dziewczynami sobie zrobili….. Angielski bez zarzutu…. Odważni ! Młodzi….Potrafią aktywnie spędzać czas…. Chcą odkrywać…. I to jest piękne…. Dobry czas w ich towarzystwie spędziłam….
I kolejne odwiedziny kuzynka z mężem Portugalem I maleństwo w brzuchu…. Pierwsza jego podróż… Póki, co kopie mamę…. Oni spokojnie spędzali czas, pracowałam,  więc nie mogłam z nimi zwiedzać… Aczkolwiek mogłam poznać bliżej męża kuzynki i odnowić kontakt z kuzynką….
No cóż, wolę bardziej aktywny wypoczynek….Każdy inaczej wypoczywa, ma swój sposób na doładowanie baterii…
I niezbyt dobre wieści, babcia znalazła się w szpitalu, mając 95 lat i zapalenie płuc. Różnie to może być. Pewnie dożyje 100 lat.Już jest w domu….
I niestety eozynofile postanowiły dalej rozrabiać  w moich płucach…. Do tego stopnia, że mój Anioł Stróż – Pr. MARQUETTE wysłał mi  maila z propozycja konsultacji z nim, i nawet receptę dostałam..(Dostał moje badania krwi, które robię, co miesiąc).. Znowu leki, znowu badania…. Troszczy się o mnie…Co nie zmienia faktu, że mam dosyć niespodziewanych zgromadzeń eozynofilii….
Kolejną lekcje dostanę w połowie września…. Widoczne, ma mi ważne rzeczy do przekazania. Jak zawsze, jeszcze nie wyszłam od niego, z pustymi rękami…. Za każdym razem łagodność uśmiecha się….. I znowu milczeniem powie mi wszystko, co mam wiedzieć….. Być może, dlatego eozynofile podskoczyły…. Bo chcą pobyć w towarzystwie lekarza, który oświetla zakamarki ciemności….. No cóż, tak czy inaczej mój romans, że szpitalem trwa nadal..
Wciąż słońce podaje dawki gorąca, trochę za dużo…. Wyschnięta ziemia pragnie kropel deszczu…. Będąc w parku obok siebie, super miejsce z oliwkami, aby zobaczyć Nice z góry trzeba się wdrapać….Ziemia krzyczy o deszcz, położyłam się na wyschniętej trawie, spalonej od promieni słońca…. Jej miękkość stwardniała…. Jest cześć dzika i zadbana… Jedno drzewo oliwkowe ma 100 lat….Budzi respekt, zasadzone na wzgórzu, ma ładny widok na morze…..

Na plaży mnóstwo turystów, jeszcze lenistwo szaleje…. Niedługo powrót do obowiązków…. Nice zacznie powoli usypiać….Sierpień to  nawał turystów, ludzie wracają, zamach został zapomniany….. Życie toczy się dalej….. A Nice żyje z turystów…. Lazur przyciąga i słońce przez większość roku także…..
Dobry wakacyjny czas, dużo niespodzianek i odkopanych na nowo więzi. ZAPACHNIALO SZLACHETNOSCIA PRZYJAZNI……

Bez tytułu

DSC_0309Thomas Pesquet-francuski astronauta, był na misji na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej… Po  powrocie, powiedział ważną rzecz: „jestem człowiekiem, jednym z wielu, w podróży. I jak każda podróż, prowadzi nas do odkrywania samego siebie, bardziej niż cokolwiek innego…Tutaj, w kosmosie, jest trudno zrozumieć, mury, granice, nienawiść… Wracam z wyostrzoną świadomością kruchości Ziemi”. Został zaproszony na kolacje z ministrami…. Pierwsze spotkanie rządu, rozpoczęte od wypicia lampki wina….Wspólny stół. Dobry początek, każdej znajomości. Bynajmniej, ma łączyć…
Nie dbamy o Ziemię. Wymagamy, rozkazujemy, ale  nie dbamy. Tony śmieci, marnowane jedzenie, wyrzucanie nowe rzeczy. Codzienność, zwłaszcza w bogatych dzielnicach. Kupujemy, zbieramy, wyrzucamy.
Ekologia leży, większość produktów” bio ” zawiera chemiczne związki… Taniej w produkcji…. Ile cukru w cukrze, staje się prawdziwe. Co jest zdrowe? Nie wiadomo. Wszystkie sklepy mają etykiety ze zdrową żywnością. Szampony, środki czystości bez toksycznych związków…. To skąd tyle otyłych ludzi, alergii, chorób układu pokarmowego, oddechowego…..? Diety cud, oczywiście kosztują…. Człowiek niby „Pan świata”, a nie jest w stanie utrzymać samego siebie w zdrowym trybie życia…. Idziemy na łatwiznę, i dalej brakuje nam czasu dla siebie…
Śmiejemy się z Azjatów pstrykających zdjęcia, a robimy to samo….. Thomas ma rację…. Potrzebujemy ostrzejszej świadomości społecznej….. A nie reklam, jak usunąć cellulit, który hotel jest lepszy, czy też, w którym sklepie jest więcej promocji….. A i jeszcze wszelkie rodzaju leki, witaminy bez recepty, sprawią, że będziemy „fruwać ze szczęścia „…
Przestaliśmy być w ruchu, i trudno nam jest odnaleźć się na długim spacerze… A ciągłe narzekanie zabija nasze marzenia..
Niesamowite jest jak bardzo uciekamy od wyrażania siebie uśmiechniętym tonem autentyczności…. Mamy ostrą świadomość błędów innych….. Wypełnianie uczciwie obowiązków, jest ciężkim kamieniem…. Im lepszy szef, tym więcej pretensji….. Syndrom głupoty, nieświadomości. Napędzamy negatywne emocje, i dziwimy się, że szef nam nie ufa. Wypalenie, złość, wytykanie błędów. I jak odnaleźć dobra stronę w codziennych obowiązkach…. Bez równowagi wpadamy w depresję, albo fałszywą religijność… Ciągle uciekamy….
W pracy mamy kalendarz, w którym na ostatniej stronie były zapisane nasze  daty urodzin, aby poświętować razem ,pobyć razem. I ktoś wydarł kartkę….. Komuś nie pasowało nasze bycie razem, ktoś nie chce świętować…Smutne, że tego nie powiedział…. No cóż I tak będziemy świętować….
Czerwiec zakończył swoją karierę…Szybko minął. 16 dni wolnego, spotkania z rodziną, bliskimi ludźmi, spotkanie z trudem wyruszenia w drogę na Szlak św. Jakuba, odnalezienie zagubionego skarbu, pomimo gorączki, a po powrocie, „romansu z antybiotykiem”, nic przyjemnego….Czas wypełniony po brzegi świadomością…. Jak Thomas w kosmosie, tak ja na szlaku….
Stawiane kroki wśród piękna zielonych łąk Kantabrii, śpiew ptaków w Nice, lazur nieba, przypominają mi o wszechobecnym cudzie stworzenia… Chociaż pretensje ludzi z pracy biorą górę…. Próbuję nie dać się zwariować i nie walczyć złością….. Nie jest łatwo….. I kurczowo trzymam się moich bohaterów…. Dziś Marc był obok mnie, gdy maszyna robiła mi trakcje kręgosłupa….. Jego delikatność przegoniła złość…. Tak niewiele potrzeba….Zamiast narzekać pasje uczynił swoim priorytetem. To widać….Jak dobrze jest być obok takiego człowieka. Ma wyostrzoną świadomość piękna i kruchości człowieka….

Droga nie jest trudnością, tylko wyruszenie w nią

_20170630_213922Santander – tam trzy lata temu zakończyłam kolejny etap szlaku św. Jakuba… I z wielką radością mogę go kontynuować. Sprawdzić swoje siły zachwycić na nowo życzliwością, rozdawać siebie, nie bać się chodzenia po wodzie…
Miasto, w północnej Hiszpanii powitało mnie deszczowymi chmurami… Tomek, wyjechał po mnie… Spotkanie po trzech latach, jakbyśmy widzieli się wczoraj…
Allbeurge chrapanie, i hiszpański język…  Ludzie z całego świata,w podróży do samego siebie.. Droga życzliwości. Czas realizacji siebie… Oddechu miłości. Zachwytu. Reszta jest tylko ułudą..
Oj noc ciężka, chrapanie pielgrzymów… No cóż, jedyna niedogodność.. Jakaś musi być  Niestety, w drogę wyruszyłam z katarem…..
Pobudka o 7.00, Spokojnie wybraliśmy się, wyruszyliśmy w drogę.. Burzowe klimaty już w nocy nie dawały za wygraną… Do południa jeszcze wytrzymało…. Wychodząc z Santander zostawiliśmy nasze trudności, smutki, problemy… Wysypywały się jak piasek w dziurawym worku. Istota pielgrzymowania. Błogosławieństwem jest, gdy mogę liczyć na towarzysza podróży. Tak też się działo…,Wszystkie odcienie zielonej Kantabrii królowały. Krowy, owce, konie… A nawet ślimaki, uśmiechały się do nas… Spotkaliśmy dwoje Rosjan po drodze, na rowerach. Chwilę pobyliśmy razem… I ta chwila była szczęśliwa…
Grzmoty i błyskawice królowały, dawały poznać po sobie, że chcą się wypowiedzieć, wykrzyczeć. I gdy dotarliśmy na przystanek autobusowy, chmury przez chwilę, powiedziały, co myślą…. Krople wody zaczęły intensywnie uderzać o ziemię. Przeczekaliśmy na przystanku. I gdy uszliśmy kilka metrów, dopiero krople zaczęły szaleć… Nie było żartów. Zdecydowaliśmy podjechać kolejką… Padało bez litości.. Zimno instalowało się, bez zapowiedzi, przeszkadzało w kroczeniu… I tak dotarliśmy do Rajqiedia… Alberuge, położone przy głównej drodze, a wiec samochody zagłuszały ciszę i spokój… Bar po drugiej stronie, z sympatycznymi Hiszpanami. Dobry domowy hamburger, kawa, a dla Tomka piwko zrekompensowały nam szum samochodów… I miła niespodzianka, w pokoju, byliśmy z trójką sympatycznych Polaków. Dużo radości i marzeń, dużo spontaniczności… Zamiast się denerwować czekając na wyniki z matury, wyruszyli na szlak. Świetny sposób na czarnowidztwo…Zmęczenie, widoki, codziennie inne miejsca, inni pielgrzymi, łagodzą lęk przed przyszłością… Wracali, pełni nowych przeżyć, gotowi na dalszą wędrówkę zwaną Życiem….
Poranek słoneczny, zachęcający do drogi .  Pożegnaliśmy się z naszymi młodymi rodakami. Śniadanie, w barze po drugiej stronie, sympatyczny Hiszpan, uczył wymawiania słów …. Miał dla nas czas…. W życiu codziennym, tak mało czasu poświęcamy, na zwykłe bycie z innymi…. Dobra kawa, tortilla, bułeczka… I w drogę…. Kilka kilometrów niezbyt atrakcyjnych, ulica, fabryka mieszała się ze śpiewem ptaków… Leniwy czas, dużo niedokończonych domów, pozamykanych mieszkań….Ulice widma… Słońce łaskawie nas przytulio, okulary przeciwsłoneczne i sandały, i tak cały dzień uśmiechaliśmy się do siebie.  I w końcu zielona kraina Kantabrii ukazała się w całej swojej krasie. Zieleń, złączona z błękitem nieba, prowadziła nas za rękę. Chroniła przed zmęczeniem, popychała do przodu. Na wzgórzu kościół dumnie na nas patrzył. Jak większość kościołów zamknięta, lub płatna….
Takie czasy….
Gdy zaczęło się chmurzyc i mgła zabroniła cieszyć się widokami, dotarliśmy do albeurgue  w Orena… Porządna albeurgue, która zasługuje na gwiazdkę, albo dwie… Nawet kołdry i lampkę przy łóżku każdy ma… Czysto, przytulnie, kuchnia, herbata do dyspozycji, możliwość śniadania… Super miejsce, aby nabrać sił… Jedyny bar, tuż obok…. Tubylcy na piwku, wino też cieszy się popularnością.
Nie jest tak źle, ze mną, zrobiliśmy ok 14 km….Płuca wracają do formy, chociaż źle im iść pod górkę…. Myślę, że są w stanie zrobić 20km… Myślałam, że będzie gorzej… Widocznie są na swoim miejscu… Odzyskują formę, aktywnie korzystając z uroków szlaku św. Jakuba… Nawet przeziębienie przywiezione z Polski, nie jest w stanie mnie zawrócić… Taką siłę daje to droga., Panowie, wrócili z  zawodów gry w” bolos”, czyli kręgle…. Chłopaki chyba przegrali, bo się klepali po plecach…. Mieliśmy okazję takie zawody przez chwilę oglądać…. Muzyka, skoncentrowani gracze, każdy w swojej barwie klubu, kibice i jurorzy. Boisko na dworze. Fajny sposób na dobre spędzenie czasu…
Kolejny dzień, królewskie śniadanie przygotowane przez Antonio, opiekuna alberge, ciepłe pożegnanie i w drogę. Kolejny cudny dzień. Wciąż zasmarkana, aczkolwiek szczęśliwa. Drobne krople deszczu nam kapały, i tak było przez cały dzień… Kraina jaśminu, dzikiej róży czarowała nasze oczy. Łąki z krowami, owocami, ślimaki wychodziły, koguty nas witały, ptaki koncerty dawały. Piękny dzień zachwytu nad naturą. Nic nowego, a zarazem nieoczekiwanego. Urok wyruszenia w drogę…Hiszpanka zapraszała na swoje podwórko, oferując kawę, tortilla…  W taki sposób dorabiała sobie. Czasami oferują kawę za darmo…Kroczyliśmy aleją drzew orzechowych, wielkie cytryny kłaniały się nam… Nawet poziomki rosły przy drodze… Pełna harmonia. Zielona kraina pokazywała to, co ma  najpiękniejszego. Nie skąpiła. Była szczodra….  Każdy krok, był cudem stworzenia, chociaż to słowo, nie odzwierciedla emocji, jakie w nas wywołała….Bycie życzliwym, było tak proste…Zatrzymaliśmy się w Santiliana  del Mar. Muzeum tortur, kamienne uliczki, brakuje tylko stylu bycia, że średniowiecza. Dużo kwiatów, kamienne pałace harmonizują, ze sobą. Urok miasta zanurzony  w zielonych pastwiskach, miasto pije kawę z naturą… Przytulnie. Wyruszyliśmy dalej. Oddaleni od huku ulicy, zanurzeni w wydreptanej ścieżce pomiędzy łąkami, kroczyliśmy dzielnie, ze słońcem na ramieniu. Zrobiliśmy 16 km, taki spacerek, niczym niezmąconego spokoju. Nagle czas przestał istnieć. Dotarliśmy do Comillas – szlacheckiego miasteczka. Markiz Comillas górował nad miastem. Jego posąg wzniesiony na wzgórzu, obserwował morze, wskazywał na zachwyt….W Comillas urodził się Antonio Lopez , który pochodził z biednej rodziny, ale dorobił się wielkiego majątku na Kubie. Król nadał mu tytuł markiza Comillas. Na Kubie poznał mieszkańców Katalonii i oni to zaprojektowali modernistyczne budowle w Camillas:  uniwersytet Pontificio, Pałac de Sobrellano i seminarium. Spokojne miasteczko, z piękną plażą. Majestatycznymi skałami w oddali. Zanurzyłam nogi w zimnej wodzie, i chyba to nie był dobry pomysł….  Przeziębiona, pogorszyłam tylko mój stan zdrowia….. Ale co tam…. Majestatyczna rzeźba Anioła pilnuje mieszkańców. W Polsce było Boże Ciało, I chciałam być na mszy….I byłam . Energiczny młody ksiądz, i wielu ludzi, jak na dzień tygodnia i godz. 20…W Hiszpanii, tak jak we Francji Boże Ciało jest w niedzielę…Masa dzieciaków z rodzicami na rynku, miasteczko tętniło życiem. Ptaki non stop koncertowały….. W Allbeurge, dużo ludzi, komplet… Ci, którzy późno przyszli, musieli iść dalej…. Deszcz wciąż nas napastował…. Mój stan zdrowia ulegał powolnemu pogorszeniu…. Następny dzień okazał się ostatnim w pielgrzymowaniu. Dotarliśmy do San Vincente de la Barquera. Przechodząc przez plażę, poczuliśmy aksamit piasku, śpiew morskich głębin. Nie udało nam się zrobić więcej, gorączka zatrzymała mnie na dobre… Piękne miasteczko, z rzeką, zamkiem i Allbeurge na samej górze. Kościół Santa Maria de los Angeles króluje nad miastem. Malownicze widoki łagodziły wszelkie lęki, dodawały sił. Wiatr pokazywał swe oblicze. Byliśmy na samej górze. Panorama miasta 360 stopni…. Piękne widoki z każdej strony… Ważne miejsce pielgrzymów  do Compostela…. Niestety popołudniu gorączka złożyła mnie do łóżka…. Oczywiście jeszcze tam wrócę, bo tam zakończyłam kolejny etap szlaku św Jakuba. I już tęsknię, za kolejnym. Taki mój narkotyk. Czuję się jak u siebie, nieznane staje bliskie, strach traci na sile. Pomimo przeziębienia, każdy krok był coraz piękniejszy… Cisza i spokój królowały we mnie. Mieliśmy jeszcze trzy dni do powrotu. A więc mój towarzysz wynajął samochód i pojechaliśmy do Loredo. Trzy lata temu przeszliśmy. Piękna plaża, na której odpoczywaliśmy…. Hm no cóż, może i powinnam leżeć w łóżku, aczkolwiek plaża i słońce było silniejsze… Tego nam było potrzeba… A że była to niedziela, szukając mszy św. w internecie, okazało się, że hotel, mamy na tej samej ulicy, co kościół, w dodatku z mszą o 20. Św  Jakub, czuwa nad moim stanem duchowym …. Ksiądz, starszy o promienistej twarzy, zarażał wejściem w radosną kontemplację o Obecności Boga. Wszystko było jasne, Anioły tłumaczyły kazanie….. Dawno tak nie przezywałam mszy św…. Niesamowite spotkanie, Bóg ponad barierą językową, ponad wszelkimi przeciwnościami. Nieoczekiwanie zakończenie tego etapu. Niespodzianki, to specjalność Stwórcy…. A wyruszenie w drogę przypomina o niepowtarzalności każdego dnia. Jak często używamy słów: ciągle to samo…. Pozamykani w skorupach, jak ślimaki, przechodzimy obok piękna naszego życia.
Zachód słońca był niezapomnianym spektaklem. Słońce szybko się schowało, za to długi czas rozświetlało niebo… Artystyczne eksperymenty z kolorami. Żaden artysta nie jest w stanie namalować takiego obrazu…. Uroczy spektakl za darmo……Wciąż osłabiona przeziębieniem, wcale się nim nie przejmowałam… Piękno natury i (leki) pomagały…..
Na drugi dzień powrót do Bilbao…. Poranek spędzony na pożegnaniu się z morzem, z aksamitnym piaskiem….
No cóż, powrót do Bilbao i upał niemiłosierny… Mój towarzysz, dzień wcześniej miał samolot, a więc zostałam sama…. I nagle pusto się zrobiło… Schowałam się do parku, aby traumy się nie nabawić…. Po takich cudnych wrażeniach, wielkie miasto jest mało wskazane… Powoli mój organizm” ogarniał „zmianę otoczenia…. Bilbao jest mi znane, a więc odwiedziłam stare miasto i katedrę św. Jakuba, taka miniaturka Santiago…Gdy wracałam do Allbeurge, burzowe klimaty opanowały miasto….. Udało mi się przed deszczem schronić….
I powrót do Nice….
Malo zrobionych kilometrów, za to same cudne chwile. Wiem teraz, że moje płuca, potrzebują aktywnego odpoczynku…. Wiem, co mogę, a co nie jest wskazane…. Sprawdziłam siebie, zwyciężyłam….. Za rok kolejny etap….
Właściwie, to już mogłabym wyruszyć….IMG-20170614-WA0065

Urlopowe niespodzianki chwili wytchnienia

Jak wytłumaczyć, czym jest Bierzmowanie, albo święto Zesłania Ducha Świętego, osobie niewierzącej? I tak, aby zrozumiała ? Wiara, to harmonia ducha i umysłu …..Im więcej wiary, tym bardziej serce jest aktywne.
Co jest ważniejsze rutynowa modlitwa, czy też delikatność wobec siebie i drugiego człowieka?
Dla mnie to troska jest ważniejsza…. Bo gdy troszczymy  się, to zapominamy o sobie, chronimy to, co prawdziwe w nas. Oddychamy czystymi intencjami. Dosyć rzadko nam się to udaje, częściej sprawiamy wrażenie, że jesteśmy tak super dobrzy….. Modlitwa ma sens, gdy uśmiechamy się do Boga, a nie tylko bombardujemy Go naszymi problemami.
Msza św. podczas Zesłania Ducha Świętego, po raz kolejny uświadomiła mi poczucie humoru Boga. Świętowałam wraz wspólnotą Afrykańczyków, którzy muzycznie uzdolnieni dzielili się wiarą… Byli tylko, dlatego, że mała Maeva przyjmowała chrzest…. Święto wspólnoty, a nie tylko imprezy w knajpie…. Szaleństwo radości, wspólnego przyjęcia do wspólnoty…. Mała była ubrana na czarno, a rodzice, dziadkowie i chrzestni na biało…. Piękny symbol, świadomość bycia chrześcijaninem… Na początku myślałam, że to będzie ślub…. Ciepły żar radości scholii, odrywał od ziemi….. Taki gospel w miniaturze…. Msza św. nabrała nowego znaczenia. Znikły więzienia i brak porozumienia. Przez chwilę patrzyliśmy w oczy Boga…
I siedziałam obok rodzinki, z trójką dzieciaków, najmłodszy miał ok 9 miesięcy… Co mnie zachwyciło to piękna postawa rodziców. Widać, że należą do wspólnoty, że Bóg jest im bliski… I próbują to przekazać dzieciakom… Co łatwe nie jest… Dzieci intensywnie szukają sobie zajęcia, niestety bycie cicho, nie jest ich dobrą stroną… Nudzi mi się, to ulubione słowo dzieci…. I te małe brzdące miały kolorowanki z religijnymi postaciami, a starszy książeczkę :msza św. dla małych…. Jasne, że nie mogły sobie znaleźć miejsca, ojciec przywoływał ich do porządku… Nawet maleństwo w wózku gryzło książeczkę religijną. Widać, było, że pokazują dzieciom Boga, a nie bozię…Przygotowują ich do bycia świadomym chrześcijaninem. Jak się okazało, ojciec tych dzieci rozdawał ulotki, czyli związany jest z parafią. (Miałam okazję mu powiedzieć, że ich obecność  zrobiła wrażenie na mnie) Piękna postawa tych młodych Francuzów, dodała nadziei, traktując Boga poważnie, dali przykład…
Koleżanka z pracy pluje złośliwością…. Z bólu, nie daje rady, i jak sama się przyznała:, gdy mnie boli zaczynam wariować. A więc wiem, gdy cierpi…..Wtedy, każda pozytywna myśl, jest odrzucona. Nie znałam jej wcześniej, nie wiem ile lat cierpi…. Nie jest łatwo pracować z nią…..Pewnie…Już ma dosyć…. Jej cierpliwość została wyczerpana…. Jej żołądek to „wrak”, a więc jedzenie stało się dla niej wrogiem. Radość też, zwłaszcza, gdy chodzi o innych……Próbuję ją zrozumieć….
Pomyślałam sobie, dobrze, że mam urlop….Jak wrócę, kryzys minie….. Kontakt z nią będzie łatwiejszy.
Na dwa tygodnie, zapomnę o pracy, południu Francji, o tym wszystkim, co negatywne…. Najpierw spotkanie z rodziną, przyjaciółmi, i spotkanie ze Szlakiem św. Jakuba, i dawno niewidzianym kolegą..
No cóż, jak przygoda to przygoda…. Okazało się, że kupiłam bilet, tylko z bagażem podręcznym….Drukując bilet, dopiero zauważyłam…No cóż udało mi się spakować w plecak, (obawiałam się, że będzie za duży) Ledwo zmieścił się….
Na lotnisku kupiłam książkę… Jakoś nie mogę się oprzeć. Intuicyjnie wybrana, przemówiła do mnie… Oczywiste lekarz, psychiatra ja napisał… O różnicy między depresją a zwykłym spadkiem energii, chwilowym stanem chorobowym ducha…
Sławomir Jakubiak-pilot o szarmanckim głosie powitał nas na pokładzie, kolejny mój nieznajomy bohater, który nie traktuje swojej pracy rutynowo…. Jak często w pracy zapominamy, aby zatroszczyć się o swoich współpracowników??? Jak rzadko pamiętamy, aby wspólne dobro stało się naszym priorytetem. W pewnym momencie lecieliśmy  854 km na godz…Cały lot to zużycie 3, 5 tony paliwa…Nieliczni piloci podają takie informacje…. (Stewardesa powiedziała, że prywatnie jest to fajny człowiek, zdążyłam zauważyć) i nie omieszkam się jej tego powiedzieć….
W chmurach było bardzo spokojnie, słońce leniwo nam machało.
I tak rozpoczęła się wakacyjna przygoda…. Czas odkrywania…
Czekając w Warszawie na samolot do Krakowa, zgłodniałam…. Sympatyczny kelner, zaproponował mi sok…. Zaryzykowałam i zamówiłam polędwiczki w sosie…. Były ok…. Karmelowa kawa  była moim deserem… Jazzowe klimaty umilały oczekiwanie… Karol, zadbał o mnie, powiedziałam mu o tym…. Dowiedziałam się, że ma czteroletnie doświadczenie w pracy kelnera..Pożegnaliśmy się serdecznie….
I Kraków – miasto, w którym angielski jest drugim słyszanym  językiem. Oprócz smogu są piękne miejsca i mnóstwo młodych ludzi. Miasto żyje. Zarabia na siebie. Asia , jak zwykle przyjęła mnie po królewsku… Pyszna kolacja, z dobrym  Słowem łączyła nas. No cóż kilka godzin snu musiało wystarczyć (Asia pracowała następnego dnia) Natomiast dla mnie to leniuchowanie do południa. Wolny czas to błogosławieństwo, tak jak i spotkanie z drugim człowiekiem.
Zawsze możemy obdarować, drugiego autentycznością samego siebie…
Mieć, o czym rozmawiać. Istota spotkania. I umieć milczeć, ze sobą, to jest wyzwanie, to jest dojrzałość przyjaźni. Mieć na uwadze, że  się zmieniamy, dać prawo drugiemu, do zmiany zdania, sposobu bycia….
Pyszne placki po węgiersku na obiad… I kremówki….
Łagiewniki- świat Boga w miniaturce. Kula ziemska zanurzona w miłosierdziu Stwórcy. Współczesne sanktuarium, gdzie ludzie z różnych stron świata przyjeżdżają, aby…. Odkryć Boga, na nowo zasmakować się w Jego miłości i pokoju… A nie jest łatwo… Nigdy nie było….
Dużo słońca i radości i zrobionych kroków… I słów, które przytulały, żyły swoim. Życiem, chroniły przed złością, agresją. Świadomość obecności. I małe zakupy i wieczór w restauracji „pod Wawelem” Powitał nas Wojtek, i panowie z akordeonem.. Był  Zimny drań, i muzyka z Titanica, … Takie swojskie klimaty… Już po raz drugi tam byłyśmy…. Ok deska serów niekoniecznie smakowita, sałatka dobra i wyśmienite Mojito…. Swojskie klimaty, dużo młodych ludzi, i my zanurzeni w nastroju prostoty… I gdy wyszłyśmy , zimny deszcz właśnie skończył swoją pracę, a my schowane przy kominku z prostotą, zostałyśmy uchronione od zimnych kropel, zwłaszcza, że była prawie północ….Zimne powietrze niezbyt było dla nas przychylne…. Aczkolwiek biegnąc na autobus, rozgrzałyśmy się…
I śniadanie królewskie…. I kolejna kawa, przed kolejnym etapem podróży, spotkania z rodziną.. Tym razem w rynku, niedaleko Bramy Floriańskiej.. Słońce bawiło się z wiatrem w chowanego… Turyści i tubylcy tworzyli jedno. A my próbowaliśmy się z Magdą wkomponować w całość.. Chwile wspomnień, nowości, chwile dialogu, który tworzy piękno. Wspólnie spędzony czas, spacer, urok rynku, tańczący młodzi breakdance, zanurzyły nas w bijące serce wazechswiata. Radość  tańcząc pokazywała nam kroki a my uczyłyśmy się tańczyć w jej rytm. (Zdecydowałam się na pociąg i to był mój błąd) tylko 45 min opóźnienia, aczkolwiek wygodne siedzenia…Próbowałam się skupić na książce, jednak słońce mocno obejmowało swymi ramionami, i zachęcało do drzemki… Trzy studentki rozmawiały o pisanej pracy, pani głośno rozmawiała przez telefon… Wtedy sobie uświadamiam, aby oszczędzić innym moich historii, które mogą męczyć nieznajomych, tak jak mnie zmęczyła rozmowa tej pani…
Moje niezdecydowanie osiągnęło zenitu… Nic niezaplanowane, ten urlop, to jeden, wielki spontaniczny gest. Gest zachęcający do spotkania się z drugim…. I większość tych spotkań zaskakiwała mnie.. Kolejny wieczór, kolejne przedawkowanie pozytywnych emocji… Piraci z Karaibów – film pełen śmiechu, a także i wzruszeń. (Właściwie to nie wiedziałam, na jaki film idę) Asia, czekała na mnie z biletami i dobrym humorem. Prosto z pociągu, zdążyłam , trwały reklamy…. Okulary 3D, Johnny Depp i my… Lekki film, cudna muzyka, idealnie wkomponowana w scenariusz. Mój ulubiony kawałek…..He’s a Pirate… .Lekki film, czas dobrze wykorzystany… Po filmie sushi nam przed nosem zamknęli.. Nadrobiłyśmy na drugi dzień… Za to dobra pizza w Starym Browarze – polecam….Capirinia …no cóż… Szału nie było…
I spotkanie z rodziną, smakołyki, czas lenistwa. Opowieści, radość, ze wspólnie DSC_0364spędzonego czasu…. I odpust w rodzinnej wsi….. Wspomnienia powróciły, dzieciństwo uśmiechało się, beztroskie chwile zapraszały do stołu…
Dobry czas, potrzebny czas. Spotkanie z chorym na raka wujkiem, było smutną częścią wakacji…..Raduj się tym, co masz….. Pamiętaj o wytchnieniu…. Pogoń za pieniądzem zostaw nieświadomym……
Czas szybko upłynął i kolejny etap szlaku św. Jakuba wzywał….. Czas wyruszyć w drogę…….

Tak niewiele potrzebne jest by się uśmiechnąć

tmp_16126-_20170517_1059511943030097Niebieskie niebo, wraz z podmuchami uśmiechniętego wiatru, zachęcało do wyjścia…. A więc po porannej kawie, wyruszyłam do księstwa Monaco. I w takich momentach uświadamiam sobie gdzie mieszkam….
Pociąg kosztuje 4 euro, 15 min i książę Albert wita (no dobra z ukrycia)… Albo wcale…. Autobus jedzie dłużej, za to tylko 1.50.
Lubię Monaco, z jego bogactwem i turystami, z porządkiem, z dbaniem o naturę. Być może nie dbają tak o człowieka, tego nie wiem…. Nie mieszkam.

Jak wszędzie młodzi się spieszą, starsi mają czas, delektują się słońcem i dniem dzisiejszym. Nie jest łatwo, gdy kredyty gonią, źle podjęte decyzje wciąż się ciągną, gdy samotność, lub jej brak dokucza. Gdy tak wiele nam się wydaje…. Gdy omijamy prawdę i plujemy na bogaczy. Nie jest łatwo, gdy ze złości się czerwienimy, a nie ze wstydu, gdy’’ Ja’’ jest wielkoludem, a inni są karłami…..Nie jest łatwo… Tylko, kto się nad tym zastanawia?? … Przecież to wina szefa, polityka, rodziny, a nawet nieznajomych ludzi….. Dlaczego mam ciągle pod górkę? Dlaczego inni mają, a ja nie mam? Koleżanka z pracy często powtarza, że jest’’ ukarana’’, a tylko, dlatego że ma do zrobienia, to, czego nie lubi, lub jej się nie chce, lub to jest kilka minut przed skończeniem pracy…. Czy wywiązywanie się z obowiązków jest formą ukarania? Nie lubi siebie, ani swojego życia…. Smutne….

W Monaco też są smutni ludzie, mający klapki na oczach…. Czasami, sami sobie zakładamy, czasami zakładamy innym, mówiąc im: to dla twojego dobra….Najgorsze jest to, że nie zawsze żyjemy, zgodnie z tym, co doradzamy. Jesteśmy mili, aż do przesady, przemysł handlowy, w tym jest dobry…
Byłam w Décathlon, o dziwo, było bardzo dużo sprzedawców i nikt nie wkurzał mnie, pytając się co chwilę,: w czym pani pomóc…. Tak można robić zakupy, sprzedawca na wyciągnięcie ręki, bez jakichkolwiek nachalnych gestów i słów. Spędziłam trochę czasu i kupiłam, to, co chciałam…Bez usilnego namawiania…

I gdy spacerowałam, trafiłam na cudny różany ogród księżnej Grace….. Oczarowały mnie róże, chociaż wolę jaśmin i kaczeńce… Jednak swoją tajemniczością, uśmiechały się i pozwalały na sesje zdjęciowe

La Roseraie Princesse Grace -ponad 8000 róż,. Cieszą oczy, że, aż w duszy muzykę słychać. Fontanna, drewniany most i mały staw, w którym mieszkają kaczki…. I to chyba Dior ich ubiera… Piękne kolory ich piór, powodują zatrzymanie się…. Spokój tego miejsca mnie zafascynował. Wokół samochody, a będąc w środku parku, ich nie słychać…. Fontanna wraz z różami zagłuszyła ryk samochodów. Spędziłam trochę czasu, od piękna kręciło mi się w głowie. Wystarczyło wyjść z domu…. By spotkać się z pięknem wszechświata i z harmonią, tworzoną przez kreatywność i pasję człowieka.

Miałam starcie z kaczorem…. Mała kaczka, odważnie do mnie podeszła, i chyba szukała jedzenia, przyglądała mi się uważnie…. I nagle do akcji wkroczył ojciec, bo myślał, że małej chcę krzywdę zrobić…. Zdecydowanie, stanął w obronie swojego  dziecka…. Ojcowski instynkt… No i zeszłam mu z drogi….. A mała, nic sobie z tego nie robiła, dalej z odwagą szła… Odwaga kaczora mnie zawstydziła…. Jak często staje w obronie słabszych, bezbronnych?

Natura jest dobrym psychologiem….. I nie chce ani grosza za swoje terapeutyczne usługi…. Nie musi wynajmować lokalu, nie ma konkurencji, chociaż człowiek robi wszystko abyśmy zapomnieli o niej. Wszelkie atrakcje wewnątrz, hotele z pełnym wyposażeniem, nie trzeba wychodzić….. Wszystko, oprócz przestrzeni, wszystko oprócz wolności….. Nie da się skopiować przestrzeni, w której pustynia i miasto żyją w zgodzie…….. Róże niczym damy, w pięknych sukniach, pachniały , pozwalały na chwileczkę zapomnienia….. Słońce delikatnie muskało policzki, wiatr wachlował, a strażnik w białej koszuli, pilnował, aby nikt jego damom, nie zakłócał balu, na który każdy jest zaproszony…. I nie musi być ani bogaty, ani inteligentny….
Nie miałam ochoty wracać…. Atmosfera ogrodu, spokój jego mieszkańców i błękit nieba, sprawiły, że ciężko mi było, opuścić to miejsce…. Podarunek od życia, kolejny, nieoczekiwany….. I upragniony….Uczę się przyjmować, takie chwile, uczą szacunku, uczą równowagi w trudach życia codziennego…. Niektóre problemy sami sobie tworzymy…. I gdy ciągle sobie wmawiamy, że to jest kara, to zapominamy, że życie nie karze, ono uczy…..
Co jest, takiego specjalnego w róży, jest kwiatem, jedynym z wielu. Być może, jest w niej ukryta tajemnica, która przetrwała wieki, być może, jest to radość, która nieustannie prosi o zatrzymanie się….. Szepnęła Księżna Grace….
Te chwile spędzone, w towarzystwie róż (przypomniał mi się Mały Książę, chociaż na horyzoncie, byli przystojni ogrodnicy)

Szepnął…. Jeżeli kochasz… Sercem patrz…..
W nim jest całe twoje życie…To serce jest twoim najlepszym przyjacielem, bynajmniej chce nim zostać….. Jeżeli kochasz….. To nie możesz przechodzić obojętnie wobec piękna natury, kreatywności, samotności, nie możesz ciągle czuć się karany,….. Serce bije dla ciebie… Gdy nie dbasz o nie, nie jesteś w stanie dbać o najbliższych…..

A serce na to; Nie próbuj mnie oddzielać, od logicznego myślenia….. Nie próbuj mnie ciągle atakować… Nie próbuj kontrolować wszystkiego…. W taki sposób mnie zabijasz….. Jestem twoim przyjacielem… A nie wrogiem, a tak często mnie traktujesz….. Przecież jestem z tobą, 24/24, beze mnie, nie istniejesz…. Nie szukaj winnego we mnie, gdy ukochana osoba cię opuszcza, tylko zastanów się gdzie tkwi problem….Nie oszukujmy się, twój czas jest ograniczony.
Nie można mnie kupić, nie można skopiować, żaden  książę, miliarder tego świata, nie ma tylu pieniędzy.
Tak, jestem szlachetnie urodzony, skoro ja to i ty, człowieku!!!

Moją  lekturą była książka „Lot nad kukułczym gniazdem”, która mało miała wspólnego, z tym, czego doświadczyłam…. A jednak, lektura i rzeczywiste piękno, którym zachwycałam się, wraz z innymi ludźmi, połączyły się….. Kesey miał rację, jeżeli człowiek przestaje się śmiać, przestaje widzieć piękno, którym jesteśmy otoczeni, które jest w nas. Rezygnacja pożera Odwagę.  Jesteśmy zdani na psychotropy i szpital psychiatryczny, a tam czasami testowanie leków, jest ważniejsze, podobno dla dobra człowieka….. Tragizm miesza się z sarkazmem…. I pojawia się pytanie… Czy i ja nie zabraniam innym się śmiać, bo sama już dawno przestałam?
Kaczor w ogrodzie róż, pokazał mi swoją postawą: Bądź odważna, bądź stanowcza, nie bój się konfrontacji, spojrzenia w oczy problemowi…. Czasami, okaże się, że to tylko złudzenie….

A piękno różanego ogrodu postawiło mnie przed faktem

Człowiek jest kreatywny …..

Aromat kawy i spacer z motylami

20170124_135721Dwa dni wolnego, jak co tydzień. Wiosenne powietrze nas otulało. Nawet zabłąkana osa trafiła na mój taras. Ptaki, odważnie śpiewały, nie bojąc się, ze ich gardło zacznie boleć. Cuda natury, o których tak rzadko pamiętamy…  Postanowiłam poleniuchować. Aromat kawy i rozmowa telefoniczna przytuliły mnie. Dzień zapowiadał się radośnie. Szeroko otwarte okno przyciągało słońce, które swoją mocą ogrzewało każdą kroplę krwi. Tak, jest to szczęście, mieszkać w miejscu, gdzie większość roku słońce rozdaje za darmo swoje kosztowności.  I tak w wiosennym, lenistwie minął dzień…. Wieczorem, dr House, moj ulubiony serial (no cóż lubię lekarzy),i to kilka odcinków…. Poniedziałki wieczorem, rezerwuję dla niego…. Jasne, mało realistyczny szpital… Jednak ma w sobie wiele refleksji… Ludzki organizm to jedna wielka tajemnica…. A nam sie wydaje ze go znamy….. Nauka pokazuje, ze jednak bardzo mało.. Skoro my go ignorujemy, on nas też…. A na drugi dzień, znalazłam się w parku i to naturalnym, który mam kilka minut od siebie… Taka nicejska oaza spokoju. Są stare drzewa oliwkowe, i trzeba wdrapać się na górę… Moje płuca na początku opierały się jednak, gdy, nasyciły sie ciszą drzew, wróciły do pracy…. I oddychały wdzięcznością.  Takie chwile, są bardzo potrzebne. Ładowanie baterii do życia. Życia, które nas nieustannie zaskakuje, które wymaga odpoczynku.  Mądrego odpoczynku, a nie siedzenia przed , telewizorem…Motyle ubrane na żółto, „paplały z kwiatkami. Ptaszki szukały jedzenia, przygotowując sie do kolejnego koncertu….Lazur morza i nieba zlewał się w całość…i szeptał.. Wszystko dla Ciebie… Gdy wyszłam z parku na ulicę, bardzo głośno się zrobiło. Brutalna ulica, a zarazem wygoda przemieszczania się…. Po obiedzie z Ciszą, trudno odnaleźć sie w dżungli samochodów, pędzących ludzi.. Zwykle to nie przeszkadza, przyzwyczajeni do huku, nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele decybeli jest w naszym życiu…. Zajrzałam do Fnac, oczywiście dyrekcja -książki…. I skusiłam sie na jedną o medytacji Christophe  André. Ostatnio dużo jego, w moim życiu. Pewnie ma jakiś przekaz dla mnie, którego jeszcze nie widzę….  Tylko przeglądnęłam jego zapisane słowa.. I już wiem, ze nie jest to łatwa książka…. Ze popracujemy razem…. Nad…. To sie okaże….. Na początku jest cytat… Cudem jest chodzenie po ziemi….. Tylko, kto o tym pamięta??
I kolejny dzień…. Słońce balowało dziś… Pojechałam do szpitala, aby zasięgnąć informacji dla koleżanki…. I spotkałam dwa sposoby przyjmowania ludzi…. Pani w recepcji (mało przyjazna) wysłała mnie dwa piętra wyżej…(Próbowałam ją naprowadzić na dobry trop, gdzie mogę dostać informacje… Hm z marnym skutkiem) nie znalazłam ani jednego biura.(Może to ja źle sie wyraziłam.)….. A więc wróciłam z powrotem i usłyszałam no i „ co”. Jej profesjonalizm mnie zamurował… I w tym momencie panią olśniło i zapytała w biurze, obok (Dlaczego nie zrobiła tego wcześniej, skoro nie wiedziała??) No cóż być może miała gorszy dzień… I chwilę później, przychodzi pani (przeciwieństwo tej pierwszej) I bez żadnego problemu, udziela mi informacji. Praca w recepcji wymaga cierpliwości. Zwłaszcza w szpitalu, pacjenci mają tendencję do wyolbrzymiania, do nadużywania systemu… Ta pierwsza, nie potrafiła mnie przyjąć.Być może nie chciała, być może była zmęczona. Ta druga potrafiła zmęczenie okiełznać. Potrafiła uważnie przyjąć, udzielić krótkiej, konkretnej informacji. Dwie osoby. Dwa sposoby. Ta sama chwila. Mało czasu spędzamy będąc uważnym obserwatorem….. Może, dlatego tyle złości w nas, o byle, co.??
I chwilę rozmawiałam z dzieciakami kuzynki. Zaskakują mnie. Bardzo miło, ze pamiętają o mnie…Potrafią Być… Dla dzieci puste chwile, nie mają sensu… Kolejna lekcja. Chęć pamiętania.
Dwie sprzedawczynie, rozmawiały ze sobą…( ty kończysz za godzinę… A j muszę siedzieć) Jednak jej „dzień dobry” zabrzmiało wdzięcznie…. Potrafiła przejść obok swojego narzekania i uśmiechem uraczyła pana przede mną, i mnie również.
Szkoda czasu na marnowanie dnia i plucie jadem złości……,

VERDON -PODARUNEK ZIELENI

„Wielki Kanion Verdon (21 km) jest unikatem w Europie (został wpisany na listę UNESCO). Jego wąwozy zostały całkowicie zbadane dopiero na początku tego wieku, są bowiem trudno dostępne. W niektórych miejscach ich głębokość sięga kilkuset metrów. Rzeka Verdon (po prowansalsku znaczy podarunek zieleni) kończy swój bieg w jeziorze St. Croix (św. Krzyża), o przepięknym szmaragdowym kolorze. Latem, można tam wynająć kajaki, rowery wodne i wpłynąć w głąb kanionu.”
Po raz drugi podziwiałam wielki kanion Verdon.Po drodze minęliśmy restaurację Petit Prince.. Czas spotkania z naturą. Nasz ukochany świat, nasza ziemia, ciągle zaskakuje. Kolory pełne harmoni-uczą spokoju. Przestrzeń -uczy zachwytu. Cisza uczy -wrażliwości. Oddychajac ciszą i stojąc na wysokości 1200…  Patrząc w dół gdzie rzeka otoczona skałami śpiewa,poczułam się jakbyśmy przekazywali sobie znak pokoju. Ona szeptała; przypomnij sobie jak promienie slonca obijały sie w wodzie, a Ty skakałaś z radości
A teraz….
Pamiętasz.? … zbieranie liści.. robaków… Pamiętasz wszystko było ważne? …. A teraz…. Stałaś się dorosłą i myślisz, że Ci wszystko wolno.!!Zmusza do refleksji…
Sępy krążyły….. mówiąc: ten region jest nasz…
Zielony kolor panował, wraz z niebieskim tworzył duet. Muzyka za darmo, nie było kasy biletowej, nikt niczego nie reklamował. Artyści nie musieli udawać i dusić się w bezduszności tak zwanego bycia VIP..
Natura robi swoje. Pokazuje wrogość, na wierzch wypływa fałsz… Nie ma ucieczki. Skoczenie do rzeki grozi śmiercią.
I nagle z pomocą przychodzi zgoda na porozumienie…. Nie jest łatwo, gdy większość czasu spędza się na wrogim nastawieniu…. Co za wstyd….
Natura uczy prawdy. Z nią nie ma żartów. Pokazuje swe wdzięki, czasmi niszczy..
Porobine tarasy widokowe pozwalają zobaczyć wąwóz w całej okazałości,z różnych stron. Tym razem, słońce zrobiło sobie dzień wolny,a deszcz i mgła robiły co chciały.
I tak mieliśmy szczęście,deszcz nas zaskoczył na końcu przygody z Verdon…. Zmieniający się krajobraz mówił :przestań kręcić się kółko. Wszystko się zmienia.A Ty wciąż swoje!!
Jezioro St. Croix zapraszalo do poddania się Życiu, do współpracy…. do odkrywania, nawet wtedy,gdy chmury zasłaniają słońce. Woda była ciepła, jak zwykle dzieci tańczyły z wodą. Z wolnością na Ty, z radością na ramionach.
Jezioro wycisza, piknik pod drzewem był naszym królewskim obiadem.
I wioska Moustiers- Sainte- Maire….
Bajeczne miejsce.!!!! …
Miasteczko z legendą, z potokiem, z łańcuchem kutym z żelaza a na nim na środku złota gwiazda, która wisi na kaplicą Notre-Dame de Beauvoir. Aby z bliska zobaczyć gwiazdę trzeba pokonać 263 schody z kamienia. Takie małe nic, a widok na okolice Prowasji…. Wiatr niósł zapach lawendy. Ludzie spokojni. A rzadko tak jest. Emanowali, tym co podczas ich przygody się wydarzyło. Natura dodała im skrzydeł. Pełna harmonia. Kaplica w której skupienie i modlitwa jest jednym wielkim Uwielbieniem. Takich miejsc jest coraz mniej. Tam można zapalić tylko świece. Kaplica nie potrzebuje straganów targowych, by na siebie zarobić. Widocznie władza miasteczka dba o swoje. Jest dumne z gwiazdy. Robi wrażenie. Bliżej nieba. Bliżej siebie samego.
Zdziwiłam się, spokojem zwiedzających…. tak jakbyśmy stali się sobie bliscy. W takich momentach wszystko jest relatywnie. Nikt na nikogo nie fukał.
Alleluja!!!!!
Jedność w całej okazałości szczerzyła swoje zęby. Pokazywała na siebie. Wzięła nas na barana. I razem z nią dotknęliśmy gwiazdy.
Gdy palilam świecę, zwróciłam uwagę na parę młodych,którzy modlili się. On przytulny do niej,a ona szeptała modlitwę patrząc się w krzyż… A później szli do ołtarza z zapaloną świecą. Piękny widok.Rozmawiali z Bogiem. Nie wybierali się w podróż, bez Jego rad. Miłość fruwała w powietrzu. Pachniało dymem świec. Pachniało wolnością.
Gdy schodziliśmy zaczęło padać… (tudzież lać)…. schodzenie po śliskich schodach…. nie było łatwe. Za bardzo mi to nie przeszkadzało. Idąc uliczkami Moustiers tańczyłyśmy nucąc deszczową piosenkę… Ludzie się uśmiechali do nas. Potok wpleciony w miasteczko był zadowolony, zielen nabierała sił, ptaki śpiewały razem z nami deszczową piosenkę…  Żal było opuszczać to miejsce…
Bardzo przyjazne klimaty… Wiem że wrócę….