Niech wdzięczność zagości na stałe w naszych domach

 DSC_0025

Ave Maria Cacinni, było mocnym w emocje momentem…
Piątek 15. 09.2017. Słońce, jak zwykle w Nice, rozdawało swe promienie. Byłam u znajomych francuzów, opowiadałam im o mojej babci, która w skończyła w  tym roku 95 lat. Spontaniczne myśli popłynęły w jej stronę.. Bardzo radosne myśli…. I pomyśleć, że właśnie wtedy Stwórca powołał ją do siebie.
I gdy wracałam od francuzów, miałam godzinę wolnego, przed pracą. I wybór: albo zrobienie zakupów, albo chwila modlitwy w kościele… Nie wiedząc, że babcia umiera, wybrałam chwilę modlitwy. Spontanicznie odmówiłam jedną część różańca.
Była to modlitwa wdzięczności. Szczególne za lekarzy, (jako że dzień wcześniej byłam na wizycie u mojego Anioła Stróża – Marquette, mojego lekarza) ·Niesamowite jest to, gdy babcię próbowali ratować, modliłam się za lekarzy.
Będąc w pracy dostałam wiadomość – babcia nie żyje!!!
Wdzięczność, którą wyniosłam z chwili Ciszy, towarzyszyła mi.Smutek się pojawił, aczkolwiek nie przysłonił wdzięczności.
Pewnie to babcia załatwiła mi tani bilet i  wolne kilka dni, których nie będę  odrabiać.
Warszawa powitała mnie deszczem .Mieliśmy opóźnienie, aczkolwiek udało mi się zdążyć na busa, do mojej rodziny. Niebo płakało za babcią. Na miejscu, rozgwieżdżone niebo mnie przytuliło, zapach krzewów rosnących w ogródku, zakręcił w głowie.
Ciocia zrobiła krokiety, tak pysznych jeszcze nie jadłam.
Próbowaliśmy nie użalać się nad śmiercią babci. Każdy z nas przekroczy tę bramę.
Piękny przeżyty wiek, dużo tragedii i radości.
Chciałam zapamiętać ją, jako radosną osobę,
I taką ją widziałam. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa, jak gotowała moje ulubione potrawy, jak broniła mnie, gdy mama krzyczała, jak piekła chleb i pyszne bułki drożdżowe. Babcia zawsze miała schowane słodycze, idąc do sklepu się przebierała, oczywiście wychodziłam bez pozwolenia, czasem mama zamykała mi drzwi, to pukałam do okna w pokoju do babci, aby mi otworzyła.
I myślę, że moje poszukiwanie Prostoty, zaczerpnęłam od babci. Zwłaszcza Prostoty wiary, zrozumienia, że nie żyję tylko dla siebie, ze inni obok mnie są świadomi lub mniej świadomi… A nie tylko lepsi lub gorsi.
Każdy jej dzień kończył się modlitwą różańcowa. Przykład!!!
Młodzi krzywią się jak trzeba odmawiać różaniec, a ja nie tak dawno odkryłam wielką moc Matki Jezusa.  Babcia nie czytała św. Augustyna, ani nie była na rekolekcjach ignacjanskich. Wystarczyła jej Maryja, aby nie mieć wątpliwości wiary.. Polecając Jej wszystkie troski, chroniła naszą rodzinę.
Czasami nie wiedząc gościmy Aniołów, babcia była gościnna. Przyjmowała, innych, nie po,  aby się pokazać, nie po to, aby się pochwalić.  W szarej codzienności była promykiem słońca.
<Człowiek mający pokój w sobie, nie podejrzewa ciągle innych, nie wypomina im, nie krąży jak sęp, gdy drugi się potknie<..Babcia o pokój serca nieustannie walczyła.
W niedzielę rano, kuzynka przyniosła mi kawę do łóżka .Uroczy gest.
 Ksiądz proboszcz na mszy sw , mówił o mocy przebaczenia. Wszyscy wiemy, ale nieliczni są świadomi, nie tylko w życiu duchowym. Przebaczenie jest dobrowolnym gestem wobec samego siebie. Gdy ciągle zrzucamy winę na barki świata, polityków, rodziny, mamy egoistyczny obraz samego siebie. Zrozumieć drugiego to przebaczyć mu. Nigdy nie jest to łatwe, nasz rozum przechowuje stare żale, których nie trzeba szukać, są jak na zawołanie. Ważne przypomnienie.
Była to  celebracja 15-lecia zespołu ludowego ,,Cmolasianie”,do którego należy ciocia.
Babcia lubiła imprezować.Stwórca wybrał jej termin, powrotu do domu Ojca, świętowanie kultury wsi.
Deszcz kropił, niebo wciąż płakało, i wdzięczność wciąż fruwała w powietrzu.
Poniedziałek, dzień ostatniej drogi babci obfitował w różne niespodzianki. Słońce od samego rana ogrzewało ziemię. Przygotowywało się, na pożegnanie.
W południe, usiadłam na huśtawce i słońce wzięło mnie w swoje ramiona, pozwoliłam mu się porwać.
 Msza pogrzebowa zamieniła się we wzruszenie delikatności Boga. Ksiądz proboszcz, pomógł nam zrozumieć jak Bóg nas kocha.
Mówił o  delikatności Boga, porównując do  matczynej miłości. Czytanie z  księgi Izajasza  przeprowadziło nas z życia na ziemi, do życia wiecznego.. <Ja ,nie zapomnę o Tobie> I W  tym aspekcie przypomniał życie babci. Dla mnie wzruszające było, gdy podziękował jej zwracając się do niej: Mario dziękuję. Przykład, bo to ja mam o ile więcej, za co jej dziękować….
Księże proboszczu dziękuję za przypomnienie, o byciu łagodnym i uważnym w byciu z drugim człowiekiem.
Liturgia pogrzebowa jest dostojna, wzywanie świętych, Aniołów, Matki Bożej, psalmy, które mówią, że jesteśmy pielgrzymami, i abyśmy zakorzenili się w Bogu, a nie w świecie, wzrusza, upomina, zachwyca.
Bramy nieba  otwierają się.
Na uwielbienie, 17 letni młody człowiek zagrał utwór Ave Maria- Cuccini. Dźwięki, które wydobył ze skrzypiec, sprawiły, że wszechświat na chwilę umilkł, a my razem z nim… Babciu ten utwór był dedykowany Tobie, a my mogliśmy nasz słaby słuch, wzrok, smak, węch, dotyk, bardziej wyostrzyć. Aby stanąć w prawdzie przed samym sobą i Bogiem. Wyrzucić strach, przytulić się do kochającego Ojca. Wzniosła chwila!
I gdy zapytałam, jak się nazywa ten utwór gratulując wyboru usłyszałam: dziś rano przyszedł mi ten pomysł do głowy. Zagrał go sercem. Piękno wypuścił z wydanych dźwięków. Człowiek tworzy, Stwórca nim kieruje.
Ten utwór, ma ciekawą historię..
I gdy szliśmy za trumną na cmentarz ,to  prosto w słońce, które delikatnie muskało nasze twarze, szeptało; „nie bój się robaczku, ja ciebie ukochałem, zadbaj o tych, którzy idą obok ciebie”, a  uśmiech babci odbijał się w promieniach słońca.
Babciu zgromadziłaś , trzy pokolenia które szły za tobą, i modliliśmy się twoją ulubioną modlitwą. Wspólnie, i tym sposobem upomniałaś nas i przypomniałaś nam: dbajcie o siebie nawzajem, chronicie spotkania rodzinne, póki macie czas… Bo jutro może nie nastąpić ”
Jak powiedział ks. proboszcz”, Gdy pomyślisz o swojej mamie, pomyśl o miłości Boga. ”
A ja, gdy będę myśleć o tobie, babciu, będę pamiętać o modlitwie różańcowej, o byciu w jedności z rodziną, i tymi, których spotykam na swojej drodze. Słońce, które dziś tak delikatnie ocierało nam łzy, będzie mi przypominać Ciebie. Dzień wcześniej było brzydko, zimno, ponuro, a w dniu, gdy ciebie zegnaliśmy, błękit nieba i słońce przypominały nam o Nadziei!!! O szlachetnym pochodzeniu każdego człowieka. O powołaniu do świętości w codzienności.

Mogliśmy wspólnie celebrować w ubiegłym roku Boże Narodzenie ,było rodzinnie, tak dawno nie udało nam się wspólnie celebrować spotkania .. I Wielkanoc także mogłam być z Toba i w czerwcu widziałyśmy się po raz ostatni na tej ziemi. Stwórca tak zaplanował.
Celebracja wspólnego posiłku, było kontynuacją bycia razem, odkrywanie siebie nawzajem. Moc więzi rodzinnych, niczym pajęczyna złapała nas w swoją sieć. Byśmy tej sieci tak często nie zrywali. Tak łatwo to nam przychodzi.
Piękne spotkania, obce twarze, które stają się bliskie, moc wspominania z radością. Moc najzwyklejszego bycia przy stole. Tak rzadko spędzamy wspólny czas z  wyłączonym telewizorem ,komputerem, odłożonym telefonem. Nie jest łatwo odnaleźć się, zwłaszcza młodym…
Córka kuzynki ma łatwość w wychodzeniu do drugiego człowieka i wzrusza się pięknem(A ma dopiero 17lat.) Seweryn podzielił się swym talentem. I tego się trzymajmy. Niech piękno nigdy nie zniknie z naszej rodziny. Celebrujmy je. Dzielmy się nim. Nie pozwólmy mu odejść.
A na koniec, przeniesienie się na szlak św. Jakuba. To była niezwykła niespodzianka,móc porozmawiać o pielgrzymowaniu, z kimś kto również szuka inspiracji na Szlaku św. Jakuba.
Była przypomnieniem: Jesteś w drodze, trzymaj się prostoty bycia i cieszenia się z tego, co dostajesz, z kim przebywasz, gdziekolwiek  będziesz . O tym aspekcie Drogi dzieliliśmy się. Św. Jakub też był z nami i uśmiechał się . Tak krótki czas, a tyle wydarzeń, tyle pięknych ludzi babcia zgromadziła.
Babciu dziękuję. I do zobaczenia!!!
Z nadzieją, że będziesz mnie pilnować i chronić naszą rodzinę!!!!

 Na lotnisku w Warszawie czekając na samolot, trafiłam na racuchy z jabłkami, które były nowością… Babcia często robiła racuchy, bardzo je lubię… Uśmiechnęłam się, babcia zadbała o takie pyszne śniadanie……
W tym momencie, gdy piszę te słowa, ląduje na lotnisku w Nice.  Lądowanie w Nice jest zawsze spektakularne.  Mając wrażenie ładowania na wodzie.

Nie bój się wypłynąć na głębię, rozbijając się o brzeg szepnęło morze.
Uśmiechnęłam się……. _20170920_205821
„…. Nie domykajmy drzwi, może niebieski motyl wleci
Czekajmy na ten świt, może nadzieja nas oświeci
Nie domykajmy drzwi, zawróćmy porzucone słowa
Nie domykajmy drzwi, może zaczniemy żyć od nowa”…. Niech słowa tej piosenki będą  spotkaniem z  Życiem pełnym zachwytu, prostoty ,dobra, szlachetności.

Wszystko ma sens!!!!!Tylko często nie mamy odwagi tego zobaczyć …..

Profesor Marquette – człowiek łagodnego dialogu

_20170920_181045W pracy historia za historią, oczywiście negatywne emocje dają czadu. Są jak igła wbita w paznokieć, lub szkło wbite w stopę. Boli ! Jeżeli się je karmi, to stają jak gołębie i roznoszą zarazki, i nie tylko zarazki… Dobrze że mam łatwość zapominania tak zwanych przykrości. Jasne, moja pamięć pamięta, aczkolwiek nie rozpamiętuje. Nie widzi sensu. I tutaj zgadzam się z rozumem. Choć w jednym ma rację.Nie jest łatwo być optymistą wśród niepoprawnych pesymistycznie nastawionych do łagodności ludzi. Przestali wierzyć w łagodność codzienności! I bardzo trudno, zapalić w ich iskierkę Nadziei.
Odkąd postawiona diagnoza strzeliła we mnie jak piorun (a  potrafi) jednocześnie dostałam antidotum: Nadzieję, że tomograf się pomylił. Anioł Stróż od razu stawił się na posterunku. Ok, troszkę trzymał mnie w niepewności.
Pr Marquette towarzyszy mi, w codzienności zrozumienia, tego, co się dzieje, w moich płucach, a więc w  moim życiu.. Oddech to życie!. Delikatny twórca życia.!
Od urodzenia, rodzice sprawdzają, czy maleństwo oddycha zwłaszcza w nocy, ludziom cierpiącym także najbliżsi sprawdzają oddech. W większości czasu, nie zwracamy uwagi. Dopóki oddech nie stanie się słaby. Wtedy…..
Nie uważam, aby moja patologia płuc była nieszczęściem. Inaczej czy poznałabym mojego ziemskiego Anioła Stróża???
Wezwał mnie na dywanik. Tylko, dlatego, że dostał moje wyniki analizy krwi. Reakcja natychmiastowa. Miałam list, receptę i umówione spotkanie. Jego sekretarka, zapytała mnie czy dzień mi odpowiada, gdy jej odpowiedziałam, że tak. Od razu dostałam odpowiedź z.>>Merci>> za odpowiedź. Przy takim lekarzu, sekretarka musi być poukładana. I ma dbać o jego pacjentów. I to robi to. W końcu jest szefem  oddziału pulmonologii w szpitalu Pasteur w Nice.
Nieoczekiwana wizyta, dzięki eozynofiliom, które robią, co chcą. Na trampolinie non stop skakają , że też się nie męczą. Tym razem ich ilość podskoczyła w fenomenalniej ilości. Dlatego profesor zareagował.
Ba, zawsze wielką radość mi sprawia obecność Marquette…Aczkolwiek….
I tak kilka rutynowych badań, znajome twarze pielęgniarek. Też mają, ze sobą na pieńku… Dobrze ze maja takiego szefa. Szacunek i respekt wzbudza w nich. Wiedzą o tym, chodzą jak w zegarku, jeżeli o coś ich prosi.
„Podczas badania spirometrii mierzy się pojemność życiową (FVC), czyli największą ilość powietrza, którą można wydmuchać z płuc, oraz ilość powietrza wydychanego podczas pierwszej sekundy (FEV1). Dlatego wydech musi być jak najmocniejszy i jak najdłuższy. ”
Pani, która robiła mi to badanie, na moje pytanie jak się ma, odpowiedziała: Jakoś żyję. Chyba jest mało lubiana w pracy, i sama za sobą nie przepada. Pytając, z którym lekarzem mam wizytę, jak jej oznajmiłam, odpowiedziała: A… I skrupulatnie wykonywała badanie.
Marquette, jak zawsze taki sam, łagodność mu zagląda z oczu, mądrość siedzi obok niego, z uważnością opowiada historię choroby. To nie są jakieś tam granulocyty. To nie jakieś tam eozynofilie.
Opowiedział mi po raz kolejny historię moich eozynofilii. Pozwoliłam mu się porwać. Byliśmy w środku moich płuc, a tam było życie!!!
Do tej pory, jako jedyny człowiek, z którym zgadzam się we wszystkim. Nie mam, co podważyć. Widujemy się, co 3 miesiące, a więc mam czas, aby po swojemu nauczyć żyć się z nieszczęsnymi toksycznymi eozynofiliami, które nie mają, czego czepić i się gromadzą. Takie toksyczne stowarzyszenie sobie w moich płucach założyły.
No cóż, powrót do kortyzonu, wcale mnie nie ucieszył.
Chodzę jak na szpilkach, irytacja we mnie aż kipi.  Powiedziałam mu, że mam ochotę pozabijać ludzi, właściwie to bez powodu.( Zawsze jakiś się znajdzie) ·A on, opowiedział mi swoją przygodę w górach…. Tam zostawia toksyny pacjentów i nabiera sil, do walki z chorobami, do szybkiego i mądrego postawienia diagnozy.
Podczas spacerku po górach, nadepnął na osy, czy też szerszenie, prawdopodobnie to była królowa, a więc został zaatakowany przez jej wojsko. W dodatku był sam. Widać było na jego twarzy, lęk. Bo to nie był jeden malutki komar. Jako lekarz ma większą świadomość, tego, co mogłoby się mu stać.  Bardzo bardzo mocno, pozostawiały mu ślady. Widać było na rękach, śmiał się ze, na nogach jeszcze gorzej.  No i musiał dużą dozę kortyzonu wziąć. I też miał uczucie chęci pozabijania.  A więc zrozumieliśmy się, bez zbędnych słów. Co jest piękne, to, że nie krył lęku, w sytuacji, w jakiej się znalazł. Znaczy, że jest prawdziwy, nie wie, co to udawanie, nawet przed pacjentem. I szuka inspiracji w Ciszy i samotności.
Cudne uczucie bycia słuchanym. Jego terapia polega na tym, aby usłyszeć, to, co się mówi, by zacząć walczyć o zdrowie, które jest tak kruche, jeżeli się o niego nie dba. I przy jego specjalistycznej pomocy wziąć życie w swoje ręce. Z. Delikatnością, z łagodnością Nadziei.1,5 Roku, analiza krwi, co 15 dni. I wizyty z Nadzieją. Ani przez moment, nie dał mi poznać, że nie dam rady, że nie warto walczyć, że nie mogę chodzić po górach.
Ostatnio powiedział tylko: Uważaj, jak będziesz w górach. I to jest prawdziwe oparcie!!!
Za dwa tygodnie planuje kolejne szczyty, uśmiechając się powiedział Może się spotkamy się na którymś szlaku.
Mając taki przykład, nie mogę zrezygnować z moich górskich spacerów. Jasne, na moje możliwości.
Gdy dzień wcześniej robiłam analizę krwi, dziewczyna z samego rana zaskoczyła mnie, pytając:, Co będę pięknego robić dziś???
Dzięki niej dzień był pełen gwiazd z samego rana.
A konsultacja z profesorem stała się spotkaniem pełnym dialogu. Nie mogę go nie podziwiać. Potwierdza moje spostrzeżenia, a wiec słucha ich, nie ignoruje ich. Wie, ze 50% wyzdrowienia to dialog miedzy lekarzem a pacjentem…
Lekcji tworzenia atmosfery dialogu mi udzielił. Daleko mi do takiej postawy. Świadomość ze mam obok siebie wzór do naśladowania wśród poznanych ludzi, jest wielka radością a zarazem nieustannym podnoszeniem poprzeczki, w byciu człowiekiem pełnym Życia.W dialogu jedna osoba mówi a druga słucha. W dialogu zrozumienie z respektem próbują znaleźć rozwiązanie. W dialogu nikt nie oszukuje, nie używa agresji, ani manipulacji. W dialogu łagodność spojrzenia godzi się z delikatnością podania dłoni. W dialogu każda strona odchodzi w pokoju serca.
Czy tak się dzieje ,gdy próbuję rozwiązać konflikt?

Wtedy, nawet motyl siada na koszulce….

Bez tytułu

DSC_0797Kolejny dzień wolnego. Po szlachetnej ciszy w Laus trudno odnaleźć się w mieście, wrócić do męczących tłumów, ciągle gdzieś spieszących się. Budzik zaśpiewał piosenkę Josha Grobana, jednak moje oczy chciały jeszcze przytulić się do poduszki…. Obudziłam się o 9.30….Przy śniadaniu, zdecydowałam się na miasteczko Vence, którego nie znam…Najwyższa Góra to 1033 mètres, Baou des Blancs…. Tym razem było późno, aby wdrapać się na Baou…. Aczkolwiek nie przeszkadzało w spacerku z Saint Paul de Vence do  Vence.. Saint Paul znam, miasteczko z galeriami I przeraźliwie drogie.Nie wiem skąd oni takie ceny biorą. Dla przykładu jedna mała tarta  kosztuje 4 euro, gdzie w Nice 2.50…Kanapki są po 6 euro. I to niezbyt świeże.
Mając szczegółową mapę mojego spacerowania, I tak w pewnym momencie poszłam w inną stronę… (W ten sposób odkrywam nowe miejsca) W porę się zorientowałam….
Ścieżka mało sympatyczna. Dopiero w połowie drogi zaczął się las. Jakieś dwie godziny marszu. Las kryje tajemnice, które także są w sercach człowieka. Kontynuowałam spotkanie z Ciszą, a także wyrzucałam toksyczne myśli, które nieustannie bombardują.. Lubię spacery w lesie, dają ochłodę w upalne dni, przypominają dzieciństwo, wchodzenie na drzewa, zapach grzybów, jagód. Rodzice kochali chodzić na grzyby, ja lubię się nimi delektować. Zwykle mama szła za mną i zbierała grzyby, których nie widziałam. Dwa dni wcześniej padało, i zieleń stała się jeszcze bardziej zielona. Sama sobie zazdrościami I gratulowałam decyzji. W mieście jest większa okazja do stracenia pieniędzy… A wycieczki z ostatniej chwili są często super fajne. Zwykle na takie jednodniowe wypady tracę 10 euro plus piknikowe jedzenie…
Dotarłam do szarmanckiego miasteczko Vence…. Góry mi się kłaniały, słońce stawiało kawę. Wychodząc, ze szlaku, przechodziłam przez osiedle, bardzo sympatyczni ludzie na posiadłościach. Królowało błogie popołudniowe lenistwo…. Na jednym z tarasów, grono ludzi śmiało się, aż udzieliło mi się ich poczucie humoru….
Aby nie błądzić (w tym jestem dobra, nawet z mapą… Taki mój  urok) zapytałam starszej pani, która udzieliła mi informacji….
Vence – tam Gombrowicz ma grób… Tam mieszkał I tworzył… Nie dziwię mu się, że wybrał to miejsce. Jest przestrzeń, górskie tereny, i szarmanckie stare miasto, pełne zakamarków, mrocznych uliczek, i tych, które wpuszczają okruchy słońca, tworząc łagodne kolory.
Katedra, ciemna, wymagająca oczyszczenia, odnowienia.
Pewnie kiedyś była przepełniona ludźmi… Dziś człowiek szuka wszędzie, tylko nie w kościele….
Poza miastem, górskie szczyty, jak zawsze szukają człowieka. Każdy krok, zabija moje toksyczne eozynofile, które ostatnio dają mi we znaki. Jednak góry nie pozwalają na poddanie się.
Mała ilość turystów sprzyjała beztroskiemu zwiedzaniu.
Łagodne słońce, spokój, potrafi przemienić smutek w łagodny uśmiech. Odwyk od ciemnej strony codzienności.
Za kilka dni mam wizytę u mojego Anioła Stróża – profesora Marquette… I znowu będzie się działo.
Wielki plakat z tekstem Gombrowicza, na murach muzeum,
Byłem wszystkim! W zależności od miejsca, osób, okoliczności, byłem mądry, głupi, prostak wyrafinowany, milczek, causeur, niższy, wyższy, płytki lub głęboki, bylem lotny, ociężały, ważny, żaden, wstydliwy. Bezwstydny, śmiały lub nieśmiały, cyniczny lub szlachetny, czymże nie byłem?…Byłem wszystkim!
Być może nasz rodak ma rację. Gombrowicz nie bal się nazywać rzeczy po imieniu. Wszyscy mamy różne odcienie humoru, emocji, uczuć, duchowości. Wszyscy posiadamy umiejętność zmieniania się jak kameleon…. Jedni żyją prostotą, inni uzależnieniem od opinii i naginaniem się do okoliczności. Każdy może zmienić zdanie.Jesteśmy wolni, na tyle na ile sobie pozwolimy…. Mogłam zostać w Nice, a jednak, coraz bardziej szkoda dnia, który tak szybko mija…. Jeszcze nikt go nie złapał… Nikomu nie udało się wrócić do wczoraj… Wolność wyboru!! Przywilej, o którym zapominamy !
Tekst Gombrowicza nadaje się do medytacji. Aby oduczyć się oskarżać innych, o swoje niepowodzenia. Ważne przypomnienie,w drodze ku wieczności. Nawet sztuka i natura ze sobą współpracują. Wyraźnie zostało mi to pokazane na spacerze w Vence.

«Być sobą, bronić się przed deformacją, mieć dystans do najbardziej „własnych” uczuć, myśli, o tyle, o ile one mnie nie wyrażają – oto najpierwszy obowiązek moralny – Gombrowicz  

Droga nie jest trudnością, tylko wyruszenie w nią

_20170630_213922Santander – tam trzy lata temu zakończyłam kolejny etap szlaku św. Jakuba… I z wielką radością mogę go kontynuować. Sprawdzić swoje siły zachwycić na nowo życzliwością, rozdawać siebie, nie bać się chodzenia po wodzie…
Miasto, w północnej Hiszpanii powitało mnie deszczowymi chmurami… Tomek, wyjechał po mnie… Spotkanie po trzech latach, jakbyśmy widzieli się wczoraj…
Allbeurge chrapanie, i hiszpański język…  Ludzie z całego świata,w podróży do samego siebie.. Droga życzliwości. Czas realizacji siebie… Oddechu miłości. Zachwytu. Reszta jest tylko ułudą..
Oj noc ciężka, chrapanie pielgrzymów… No cóż, jedyna niedogodność.. Jakaś musi być  Niestety, w drogę wyruszyłam z katarem…..
Pobudka o 7.00, Spokojnie wybraliśmy się, wyruszyliśmy w drogę.. Burzowe klimaty już w nocy nie dawały za wygraną… Do południa jeszcze wytrzymało…. Wychodząc z Santander zostawiliśmy nasze trudności, smutki, problemy… Wysypywały się jak piasek w dziurawym worku. Istota pielgrzymowania. Błogosławieństwem jest, gdy mogę liczyć na towarzysza podróży. Tak też się działo…,Wszystkie odcienie zielonej Kantabrii królowały. Krowy, owce, konie… A nawet ślimaki, uśmiechały się do nas… Spotkaliśmy dwoje Rosjan po drodze, na rowerach. Chwilę pobyliśmy razem… I ta chwila była szczęśliwa…
Grzmoty i błyskawice królowały, dawały poznać po sobie, że chcą się wypowiedzieć, wykrzyczeć. I gdy dotarliśmy na przystanek autobusowy, chmury przez chwilę, powiedziały, co myślą…. Krople wody zaczęły intensywnie uderzać o ziemię. Przeczekaliśmy na przystanku. I gdy uszliśmy kilka metrów, dopiero krople zaczęły szaleć… Nie było żartów. Zdecydowaliśmy podjechać kolejką… Padało bez litości.. Zimno instalowało się, bez zapowiedzi, przeszkadzało w kroczeniu… I tak dotarliśmy do Rajqiedia… Alberuge, położone przy głównej drodze, a wiec samochody zagłuszały ciszę i spokój… Bar po drugiej stronie, z sympatycznymi Hiszpanami. Dobry domowy hamburger, kawa, a dla Tomka piwko zrekompensowały nam szum samochodów… I miła niespodzianka, w pokoju, byliśmy z trójką sympatycznych Polaków. Dużo radości i marzeń, dużo spontaniczności… Zamiast się denerwować czekając na wyniki z matury, wyruszyli na szlak. Świetny sposób na czarnowidztwo…Zmęczenie, widoki, codziennie inne miejsca, inni pielgrzymi, łagodzą lęk przed przyszłością… Wracali, pełni nowych przeżyć, gotowi na dalszą wędrówkę zwaną Życiem….
Poranek słoneczny, zachęcający do drogi .  Pożegnaliśmy się z naszymi młodymi rodakami. Śniadanie, w barze po drugiej stronie, sympatyczny Hiszpan, uczył wymawiania słów …. Miał dla nas czas…. W życiu codziennym, tak mało czasu poświęcamy, na zwykłe bycie z innymi…. Dobra kawa, tortilla, bułeczka… I w drogę…. Kilka kilometrów niezbyt atrakcyjnych, ulica, fabryka mieszała się ze śpiewem ptaków… Leniwy czas, dużo niedokończonych domów, pozamykanych mieszkań….Ulice widma… Słońce łaskawie nas przytulio, okulary przeciwsłoneczne i sandały, i tak cały dzień uśmiechaliśmy się do siebie.  I w końcu zielona kraina Kantabrii ukazała się w całej swojej krasie. Zieleń, złączona z błękitem nieba, prowadziła nas za rękę. Chroniła przed zmęczeniem, popychała do przodu. Na wzgórzu kościół dumnie na nas patrzył. Jak większość kościołów zamknięta, lub płatna….
Takie czasy….
Gdy zaczęło się chmurzyc i mgła zabroniła cieszyć się widokami, dotarliśmy do albeurgue  w Orena… Porządna albeurgue, która zasługuje na gwiazdkę, albo dwie… Nawet kołdry i lampkę przy łóżku każdy ma… Czysto, przytulnie, kuchnia, herbata do dyspozycji, możliwość śniadania… Super miejsce, aby nabrać sił… Jedyny bar, tuż obok…. Tubylcy na piwku, wino też cieszy się popularnością.
Nie jest tak źle, ze mną, zrobiliśmy ok 14 km….Płuca wracają do formy, chociaż źle im iść pod górkę…. Myślę, że są w stanie zrobić 20km… Myślałam, że będzie gorzej… Widocznie są na swoim miejscu… Odzyskują formę, aktywnie korzystając z uroków szlaku św. Jakuba… Nawet przeziębienie przywiezione z Polski, nie jest w stanie mnie zawrócić… Taką siłę daje to droga., Panowie, wrócili z  zawodów gry w” bolos”, czyli kręgle…. Chłopaki chyba przegrali, bo się klepali po plecach…. Mieliśmy okazję takie zawody przez chwilę oglądać…. Muzyka, skoncentrowani gracze, każdy w swojej barwie klubu, kibice i jurorzy. Boisko na dworze. Fajny sposób na dobre spędzenie czasu…
Kolejny dzień, królewskie śniadanie przygotowane przez Antonio, opiekuna alberge, ciepłe pożegnanie i w drogę. Kolejny cudny dzień. Wciąż zasmarkana, aczkolwiek szczęśliwa. Drobne krople deszczu nam kapały, i tak było przez cały dzień… Kraina jaśminu, dzikiej róży czarowała nasze oczy. Łąki z krowami, owocami, ślimaki wychodziły, koguty nas witały, ptaki koncerty dawały. Piękny dzień zachwytu nad naturą. Nic nowego, a zarazem nieoczekiwanego. Urok wyruszenia w drogę…Hiszpanka zapraszała na swoje podwórko, oferując kawę, tortilla…  W taki sposób dorabiała sobie. Czasami oferują kawę za darmo…Kroczyliśmy aleją drzew orzechowych, wielkie cytryny kłaniały się nam… Nawet poziomki rosły przy drodze… Pełna harmonia. Zielona kraina pokazywała to, co ma  najpiękniejszego. Nie skąpiła. Była szczodra….  Każdy krok, był cudem stworzenia, chociaż to słowo, nie odzwierciedla emocji, jakie w nas wywołała….Bycie życzliwym, było tak proste…Zatrzymaliśmy się w Santiliana  del Mar. Muzeum tortur, kamienne uliczki, brakuje tylko stylu bycia, że średniowiecza. Dużo kwiatów, kamienne pałace harmonizują, ze sobą. Urok miasta zanurzony  w zielonych pastwiskach, miasto pije kawę z naturą… Przytulnie. Wyruszyliśmy dalej. Oddaleni od huku ulicy, zanurzeni w wydreptanej ścieżce pomiędzy łąkami, kroczyliśmy dzielnie, ze słońcem na ramieniu. Zrobiliśmy 16 km, taki spacerek, niczym niezmąconego spokoju. Nagle czas przestał istnieć. Dotarliśmy do Comillas – szlacheckiego miasteczka. Markiz Comillas górował nad miastem. Jego posąg wzniesiony na wzgórzu, obserwował morze, wskazywał na zachwyt….W Comillas urodził się Antonio Lopez , który pochodził z biednej rodziny, ale dorobił się wielkiego majątku na Kubie. Król nadał mu tytuł markiza Comillas. Na Kubie poznał mieszkańców Katalonii i oni to zaprojektowali modernistyczne budowle w Camillas:  uniwersytet Pontificio, Pałac de Sobrellano i seminarium. Spokojne miasteczko, z piękną plażą. Majestatycznymi skałami w oddali. Zanurzyłam nogi w zimnej wodzie, i chyba to nie był dobry pomysł….  Przeziębiona, pogorszyłam tylko mój stan zdrowia….. Ale co tam…. Majestatyczna rzeźba Anioła pilnuje mieszkańców. W Polsce było Boże Ciało, I chciałam być na mszy….I byłam . Energiczny młody ksiądz, i wielu ludzi, jak na dzień tygodnia i godz. 20…W Hiszpanii, tak jak we Francji Boże Ciało jest w niedzielę…Masa dzieciaków z rodzicami na rynku, miasteczko tętniło życiem. Ptaki non stop koncertowały….. W Allbeurge, dużo ludzi, komplet… Ci, którzy późno przyszli, musieli iść dalej…. Deszcz wciąż nas napastował…. Mój stan zdrowia ulegał powolnemu pogorszeniu…. Następny dzień okazał się ostatnim w pielgrzymowaniu. Dotarliśmy do San Vincente de la Barquera. Przechodząc przez plażę, poczuliśmy aksamit piasku, śpiew morskich głębin. Nie udało nam się zrobić więcej, gorączka zatrzymała mnie na dobre… Piękne miasteczko, z rzeką, zamkiem i Allbeurge na samej górze. Kościół Santa Maria de los Angeles króluje nad miastem. Malownicze widoki łagodziły wszelkie lęki, dodawały sił. Wiatr pokazywał swe oblicze. Byliśmy na samej górze. Panorama miasta 360 stopni…. Piękne widoki z każdej strony… Ważne miejsce pielgrzymów  do Compostela…. Niestety popołudniu gorączka złożyła mnie do łóżka…. Oczywiście jeszcze tam wrócę, bo tam zakończyłam kolejny etap szlaku św Jakuba. I już tęsknię, za kolejnym. Taki mój narkotyk. Czuję się jak u siebie, nieznane staje bliskie, strach traci na sile. Pomimo przeziębienia, każdy krok był coraz piękniejszy… Cisza i spokój królowały we mnie. Mieliśmy jeszcze trzy dni do powrotu. A więc mój towarzysz wynajął samochód i pojechaliśmy do Loredo. Trzy lata temu przeszliśmy. Piękna plaża, na której odpoczywaliśmy…. Hm no cóż, może i powinnam leżeć w łóżku, aczkolwiek plaża i słońce było silniejsze… Tego nam było potrzeba… A że była to niedziela, szukając mszy św. w internecie, okazało się, że hotel, mamy na tej samej ulicy, co kościół, w dodatku z mszą o 20. Św  Jakub, czuwa nad moim stanem duchowym …. Ksiądz, starszy o promienistej twarzy, zarażał wejściem w radosną kontemplację o Obecności Boga. Wszystko było jasne, Anioły tłumaczyły kazanie….. Dawno tak nie przezywałam mszy św…. Niesamowite spotkanie, Bóg ponad barierą językową, ponad wszelkimi przeciwnościami. Nieoczekiwanie zakończenie tego etapu. Niespodzianki, to specjalność Stwórcy…. A wyruszenie w drogę przypomina o niepowtarzalności każdego dnia. Jak często używamy słów: ciągle to samo…. Pozamykani w skorupach, jak ślimaki, przechodzimy obok piękna naszego życia.
Zachód słońca był niezapomnianym spektaklem. Słońce szybko się schowało, za to długi czas rozświetlało niebo… Artystyczne eksperymenty z kolorami. Żaden artysta nie jest w stanie namalować takiego obrazu…. Uroczy spektakl za darmo……Wciąż osłabiona przeziębieniem, wcale się nim nie przejmowałam… Piękno natury i (leki) pomagały…..
Na drugi dzień powrót do Bilbao…. Poranek spędzony na pożegnaniu się z morzem, z aksamitnym piaskiem….
No cóż, powrót do Bilbao i upał niemiłosierny… Mój towarzysz, dzień wcześniej miał samolot, a więc zostałam sama…. I nagle pusto się zrobiło… Schowałam się do parku, aby traumy się nie nabawić…. Po takich cudnych wrażeniach, wielkie miasto jest mało wskazane… Powoli mój organizm” ogarniał „zmianę otoczenia…. Bilbao jest mi znane, a więc odwiedziłam stare miasto i katedrę św. Jakuba, taka miniaturka Santiago…Gdy wracałam do Allbeurge, burzowe klimaty opanowały miasto….. Udało mi się przed deszczem schronić….
I powrót do Nice….
Malo zrobionych kilometrów, za to same cudne chwile. Wiem teraz, że moje płuca, potrzebują aktywnego odpoczynku…. Wiem, co mogę, a co nie jest wskazane…. Sprawdziłam siebie, zwyciężyłam….. Za rok kolejny etap….
Właściwie, to już mogłabym wyruszyć….IMG-20170614-WA0065

Życie nigdy nie karze, zawsze uczy….

Trakcja kręgosłupa…. Takie rozciąganie  przez maszynę podstawy człowieka. Niesamowite wrażenie!
Tym razem Marc, pan o niebieskich oczach, (ten od basenu), przyjął mnie uśmiechem, (co będzie jak się przyzwyczaję do takich chwil) ·Malutki pokój, maszyna, pasy ściskające mój kręgosłup. I odpowiednia muzyka.
Pomyślałam o księżniczkach, które kiedyś pod sukienką nosiły gorset, nie było mowy o garbieniu się, oddychanie też było trudniejsze. Tak też się czułam, tylko brakowało sukni i księcia…. Sympatyczna muzyka, zmieniające się delikatnie światło i uważność niebieskich oczu Marca, zmusiła mnie do zamknięcia buzi….Jest typ, który mnie onieśmiela. Marc i Amir, są w tej grupie..
Swoją osobowością tworzą warunki, w których serce mówi. Powoli się przyzwyczajam, do  pięknego pejzażu, jaki kreuje serce, są i mroczne komnaty. Zachód słońca może się zawstydzić, jego kolory są wyblakłe…
Na rynku, możesz kupić, owoce i warzywa, możesz poplotkować. Nic więcej. Jedynie śpiewając hymn spokoju możesz wejść w kontakt ze swoim sercem.
Nieźle się bawił, jak mówił, że dziś nie ma chodzenia po sklepach, ani sprzątania… Odpoczynek. A więc posłucham go i grzecznie wróciłam do siebie… Bardzo lekkie się zrobiły plecy… Mój kręgosłup wreszcie mógł oddychać bez przeszkód .Marc udzielił mi lekcji delikatności gestu… Ok jego praca tego wymaga, aczkolwiek….. Gdy wziął moja rękę, aby mi pokazać, na czym będzie polegać rozciąganie kręgosłupa, stałam się potulna niczym owieczka.. Mało z łóżka nie spadłam z wrażenia, zastanawiam się czy aby nie śnię…. Takiej delikatności każdy z nas potrzebuje… Magiczna chwila, uzdrawiająca moc wrażliwości….Pewnie z każdym pacjentem, tak postępuje, i to jest bardzo szlachetne… Co jakiś czas zaglądał, a maszyna rozciągała kręgosłup…. Robiła się przestrzeń między kręgami, i cały organizm był zadowolony… I gdy odpinał mi pasy, z wielką delikatnością pomógł mi wstać…. Jego piękne i niebieskie oczy śmiały się….. Właściwie to nie wiedziałam, co mu mam powiedzieć… Chciał się upewnić czy wszystko w porządku.. Dla niego to normalne, odpowiada za mój stan kręgosłupa…. Dla mnie to był gest, jakiego dawno nie doświadczyłam…. Jakbym była jego skarbem… Kolejna lekcja… Traktuj drugiego człowieka jak Marc….. A ludzie będą do ciebie wracać….
Bo z wielką radością, po moim urlopie wrócę do delikatności, „chłopaków” , zostało mi jeszcze 9 seansów….Czułam się jak piórko….
Wieczorem kolacja w Willa d Este.. Dawno niewidziani przyjaciele, ludzie, których bardzo cenię… Teresa i Robert, przy wspólnym okrągłym stole we włoskiej restauracji, jej nazwa to  willa znajdująca się w Tivoli niedaleko Rzymu. Arcydzieło architektury oraz projektowania ogrodów. Wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Jedna z niedrogich restauracji, w Nice, do której warto zaglądnąć. Byliśmy na zewnątrz, ciepłe powietrze wieczoru, nam  towarzyszyło. Bez ciągnięcia za język, trwaliśmy w przestrzeni pogody ducha… W południe zdecydowaliśmy się spotkać. Spontaniczny gest, który oświetla zakamarki ciemności….
Pora kolacji, a więc coraz więcej ludzi przybywało… Pizza i lasagne smakowała,na deser tiramisu z pokruszonymi ciasteczkami korzennymi i karmelem… Takie inne, dobrze zrobione, i owoce mango z lodami…. Kelnerka zachwyciła się perfumami Roberta, pytając go o markę….. O jak dobrze, że istnieją tacy ludzie, którzy nie mają oporu pytać, jeżeli coś im się podoba…. Troszkę była roztargniona, a być może zakochana, i te perfumy kogoś jej przypominały…. Ciepły wieczór, turyści leniwie ze zmęczenia uśmiechali się… Czas przypomnienia o zwykłej obecności, która otula, spojrzeniem, gestem, słowem…. Odkrywanie siebie nawzajem, ku temu służą wspólne spotkania.. Jeżeli są tylko mówieniem źle o innych, to czy warto się spotykać?
Druga część, była w kinie, nowa wersja Króla Artura…. Efekty specjalne, fantastyczne sceny….. Historia opowiedziana współczesnym językiem kina. Legenda sama w sobie jest tajemnicą… W tej wersji, tajemnicy bardzo mało, jedynie mój ulubiony Jude Law umilił mi czas… Charlie Hunman też niczego sobie…. Było, na kogo popatrzeć…. Miecz – symbol walki z samym sobą….. Walki o przypomnienie sobie przeszłości, walki o Dobro….Jest kilka ciekawych scen, jak Artur chce pokonać samego siebie, jak uczy się siebie, jak poznaje siebie, próbując zapanować w nad mieczem…. Końcówka mnie zaskoczyła, pełna nadziei, jedyny moment wielkiej tajemnicy, którą zawiera w sobie opowiedziana legenda o królu Arturze….
Człowiek jest tajemnicą…

„Artur miał być jednym z wodzów walczącym przeciwko najeźdźcom i wygrywając z nimi między innymi w bitwie pod Badon Hill, jednak jego historyczność jest dziś często podważana przez historyków”-”"tak mówią informacje z internetu.
Lubię legendy, szkoda, że za bardzo je uwspółcześniają…
A jaka jest twoja opowieść???
Albo ujmujemy sobie, albo dodajemy…. Jak odnaleźć siebie w gąszczu informacji o sobie?
Pozostaje delikatność i wrażliwość Marca, i Amira….I spotkanie przy okrągłym stole, z Teresa i Robertem, aby podzielić się sobą…… I aby żołądek, także się uśmiechnął…..

I nagle świat staje bardziej przyjazny

ZYCIE ZASLUGUJE NA MILOSC

Święta to czas radości, czas miłości i pokoju. Czasami udawane życzenia. Zawsze pragnienie przytulenia, pragnienie bliskości.

Te święta były pełne niespodzianek. Były najczystszą Radością i Bliskością. Bo jak powiedziała 16- letnia Karolina -świętowanie to celebrowanie, spędzenie czasu z bliskimi… Czas dawania swojego czasu. Czasami zapominamy, ze prezenty mają być dodatkiem a nie głównym celem, bycia ze sobą. Obecność, może skruszyć mur przeterminowanych uraz, żalów, źle podjętych decyzji, które zamiast wyrzucić je z serca, trzymamy się ich uporczywie. I z czasem, to nawet nie pamiętamy, dlaczego tak nam do siebie daleko. A życie pokazuje nam, jak bardzo siebie potrzebujemy. Jest mądrzejsze od naszych głupich zachowań. Uczy nas łagodności połączonej z dużą szczyptą poczucia humoru. Przestaliśmy czekać na siebie, przestaliśmy tęsknić za sobą.  Może, dlatego, nie rozmawiamy o uczuciach. Zagubieni w pretensjach, nie widzimy, że druga osoba się zmienia, że stara się….

Światło -symbol Narodzenia Boga. Tym razem z rodziną, w Polsce. Spontaniczny gest. Muszę się przyznać, ze nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tęskniłam, za atmosferą pełną bliskości. Tylko tydzień, i aż tydzień… Czas odkrywania siebie nawzajem. Czas Spotkania Życzliwości. Zimno i brak śniegu mnie powitało. Babcia z rodziną czekała na mnie. Na drugi dzień, do babci miał przyjść ksiądz proboszcz, jak co miesiąc. Zaskoczył mnie poczuciem humoru, połączonym z wielką dozą umiejętności słuchania..
Bo życie trzeba kochać -tak powiedział.  Te słowa były kierowane do mnie… Takie przypomnienie. Dawno nie spotkałam osoby, która wchodząc do domu, „ogarnia klimaty danego miejsca”. Potrafi być w codzienności swoich parafian. A to wielka sztuka, pokazać drugiemu, ze nie jest tak źle… Że Bóg stoi obok, siada do stołu, uśmiecha się, podaje dłoń. On zawsze ma czas…. Zycie trzeba kochać -słowa pełne wsparcia, klamra zamykająca ten rok. (Wdzięczność, uczucie, które towarzyszy mi od początku 2016 roku, i to mój szpitalny Anioł Stróż przyszedł, gdy potrzebowałam obecności, zadbał, nie tylko o moje płuca, lekarz kochający Zycie, i swoich pacjentów) I  na koniec roku, piękna niespodzianka, tak tylko Bóg potrafi zaskakiwać. A wiec pozwoliłam Mu się zaskoczyć. Przypomniał o uśmiechu do codzienności, do tych, którzy tak bardzo go potrzebują, do moich najbliższych. A wiec, teraz mogłam siebie sprawdzić. Na ile jest ważna dla mnie rodzina? Na ile potrafimy ze sobą pobyć, w czystej toni prawdy i pogody ducha.
Błogosławieństwo ułatwia sprawę. Ma moc przebaczania. Ma moc pokochania na nowo, inaczej, bardziej świadomie. I udało nam się spotkać, pobyć razem. (myślałam ze się nie uda, ze poddamy się starym, zgniłym urazom…)Była okazja, aby się spotkać, aby celebrować razem Narodzenie Boga.
Bóg poprzez księdza proboszcza utorował drogę. Kolejny dzień spędziłam w domu rodzinnym. Rodzice obecni duchem….  Cały dzień w towarzystwie przyjaciół, którzy, chcieli ze mną się spotkać. To jest dopiero błogosławieństwo. Mieć obok ludzi, na których można liczyć, którzy są ważni, nie po coś, ani za coś… Zwyczajnie są, i to jest najpiękniejsze w przyjaźni. Przyjąć drugiego człowieka nie jest łatwo, aczkolwiek bez niego jeszcze trudniej. Życie tylko dla siebie jest bez sensu…. Nawet szczypta sarkazmu jest potrzeba. A radość konieczna jest, aby normalnie funkcjonować. No oczywiście w salonie fryzjerskim u kuzynki, spędziłam małą chwilę (jakieś 2 godziny)…. Zakupy. I nowe przytulne mieszkanko do oglądnięcia. Uczciłyśmy tę chwilę… Bardzo radośnie….. Aby mieszkanie dobrze się trzymało… Córka kuzyna Asia, jest takim Aniołem Radości (na mnie działa bardzo pozytywnie) Niektórzy ludzie mają w genach pozytywne nastawienie do życia. I Asia właśnie jest taką osobą. Mam nadzieję, że jej to zostanie. (Jej obecność jest lepsza niż czekolada na chandrę)
Asia nic nie musi robić, wystarczy, że jest… Taki typ człowieka o wysokiej tolerancji na przeciwności losu.(jeden z psychiatrów francuskich, twierdzi , ze, są ludzie którzy maja nadzwyczajny dar radości w sobie )  A to jest wielka zaleta.
I pomogłyśmy ubrać choinkę znajomemu księdzu..A później celebracja jedzenia sushi. I , w geście błogosławieństwa ksiądz Waldek zapłacił za nas rachunek.  Taka niespodzianka.(A był z nami tylko chwilę, niby ze do toalety poszedł) Oczywiście nic nam nie powiedział..
I drobne zakupy. I znalazłam pyszną herbatę jaśminową…
Cudny czas… I tak po powrocie do cioci, wypiłyśmy herbatkę z jaśminu, zajadając się pączkiem z różą… Same rarytasy……
Z bardziej smutnych spotkań, to z wujkiem, który choruje na raka. W takim spotkaniu, tylko Obecność ma sens. Żadne słowa nie dadzą, tyle, co uśmiech, milczenie, które jest oparciem. Wzrok pełen troski i nadziei,może na chwile złagodzić cierpienie. Druga babcia ucieszyła się na mój widok…. W tym cierpieniu, które nigdy nie jest łatwe, trzeba mieć nadzieję… I znowu wracają słowa księdza Michała: życie trzeba kochać… Bo jest tylko jedno, bo tak mało czasu mamy, na tej ziemi.

Cierpienie wujka szepcze; Nie  marnuj czasu. Żyj! Celebruj Życie!

I w końcu wigilia -symbol przebaczenia. Prawdziwego spotkania z samym sobą, spotkania z bliskimi, w uczciwości, łagodności.
Stół uginał się pod pysznościami, Bóg zasiadł pośród nas. Czas wstrzymał oddech. Aniołowie zwiastowali Pokój. A my prosiliśmy o zdumienie nad tajemnicą życia, o zachwyt nad pięknem każdego stworzenia, o radość z każdej chwili, o świadomość każdej sekundy istnienia Boga we wszechświecie i w naszym codziennym życiu.
I celebracja liturgii, tej Świętej Nocy, rozjaśnionej blaskiem Narodzenia Jezusa. Chór śpiewał o Radości, Nadzieja przytulała, Emmanuel, Książę Pokoju był z nami. I nawet śnieg tej nocy przytulił ziemię…. Było biało. Ośnieżona ziemia śpiewała kolędy… Przed pasterką, bitwa śnieżkowa została stoczona.. Cudne święta. (Wisienka na torcie, była w zamysłach Boga, pokazał mi to wyraźnie te święta, jak wiele daje. A ja nie zawsze to widzę..)
I ostatni dzień pobytu. Spotkanie rodzinne, które nas wszystkich zaskoczyło… Ostatni raz widzieliśmy się, podczas świąt, 5 lat temu. Na nowo uczymy się cieszyć sobą. Takie spotkania mają wielka moc. Moc ciepła, moc zrozumienia, że, nie żyjemy tylko dla siebie. I że mamy siebie nawzajem. A to bardzo dużo. I moja chrześnica się zaręczyła, mogłam ich uścisnąć, życzyć odwagi w trudnej i szlachetnej sztuce bycia razem.  Aż się w głowie kręciło od uśmiechu… I tak moje spontaniczne święta zakończyły się sukcesem. Tak jakbym wygrała los na loterii, a może jeszcze więcej. Takich chwil, nie kupię za żadne pieniądze. Takie chwile są sensem istnienia na tej ziemi. Oby jak najwięcej takich chwil. Reasumując….
Narodziłem się abyś pokochał życie. Narodziłem się, abyś rozdawał radość. Narodziłem się, abyś w codzienności zarażał entuzjazmem. Narodziłem się dla Ciebie, abyś bezpiecznie dotarł do nieba…(szepnął Gabriel, jakbym zapomniała …JAK MAM ŚWIĘTOWAĆ BOŻE NARODZENIE)

Bez tytułu

rosary 11 krs_rozaniec

„Wizerunek Madonny jest pochodzenia niemieckiego i przedstawia Matkę Bożą, która rozwiązuje supły na wstędze podawanej przez aniołów. Chociaż obraz pochodzi z przełomu XVI i XVII wieku, koncepcja Maryi Rozwiązującej Węzły jest dużo starsza. Św. Ireneusz z Lyonu, który był uczniem świętego Jana Ewangelisty, napisał: „Ewa swoim nieposłuszeństwem zawiązała węzeł hańby dla ludzkości, a Maryja poprzez pokorę i posłuszeństwo, rozwiązała go”.
Wiara to nieustanne odkrywanie. Życie to nieustanne zadziwienie.
Szukając modlitwy, do której mogłabym wracać, trafiłam na nowennę do Matki Bożej rozwiązującej węzły.…  Egzorcysta Piotr Glass (polecam na trudne chwile)mówił o wielkiej mocy tej nowenny..)).

….Uśmiechnęłam się do św. Ojca Pio, bo w właśnie w dniu jego święta zaczęłam modlić  się nowenną. Tak jakby podesłał mi ją…. Wie, co robi.
9 dni walki, a jednocześnie, czas pokoju serca, wyciszonych myśli… (A to rzadkość u mnie ostatnio)
Maryja kołysała, śpiewała kołysanki Aniołom….i mnie także…. Charyzmatyczna modlitwa.. Tam nie ma pustych słów. Prostota Ewangelii. Miłość Matki Boga do człowieka… (Nie lubię długich modlitw) I te rozważania na każdy dzień są krótkie, mądre, życiowe. Mają sens (z całym szacunkiem, do wszystkich modlitw)
Zawarta jest pełnia wiary. Sedno Ewangelii.
Jest modlitwą uwielbienia, nie tylko w rozwiązywaniu poplątanego życia….. Na pewno będę do niej wracać…
Nazwałabym ją modlitwą odnowienia wiary, zachwytu nad działaniem Maryi w życiu człowieka…. Wraz z odmawianym różańcem (odmawia się jeden różaniec dziennie, u mnie same rozproszenia..) Nie jest lekko, gdy z różańcem nie jest się na bieżąco) Z drugiej strony, łatwo wpaść w mechaniczne tak zwane „klepanie”.
Maryja czuwała, wyciszała rozbiegane myśli…. Z wielką radością, codziennie odkrywałam rozważania. Zdarzało mi się zatrzymać, westchnąć, uśmiechnąć się, nawet okrzyk łał był…. A nade wszystko, miałam wrażenie, że były dla mnie napisane. Przyszły w odpowiednim czasie…
I kolejnym odkryciem, to ze moje przyjaciółki…(bardzo Maryjne.. gdy im wspominałam o moim odkryciu, mówiły ; przecież znamy tę nowennę)
I zdałam sobie sprawę, jak mało dzielimy się wiarą. Swoimi ulubionymi modlitwami, a może nie mamy takich….??
I zadałam sobie pytanie o istnieniu węzłów w moim życiu…. Co mnie paraliżuje? Co zabiera odwagę, radość.?

Takie nazwanie po imieniu. Lepszego rachunku sumienia nie znajdę…Rachunku z życzliwości do samej siebie, która często jest mylona z egoizmem… Przecież dbanie o siebie, jest dbaniem o Boga….. Nawet Ojcowie pustyni o tym mówią… Gdy się modlisz się i przychodzi do ciebie człowiek…. To przyjmij go, i w taki sposób się módl…. Tak mało ludzi się uśmiecha się,czasami mam wrażenie jakby rozmawiali ze srogim Ojcem…..Tylko dzieci są ciekawe, wszystkiego, co robi kapłan…Rzadkością po mszy jest usłyszeć:, „ale się działo „…Potrafimy wszystko skomentować… Tylko  o udziale we mszy św., lub tez adoracji, modlitwie, nic nie potrafimy powiedzieć….
„A więc powstańmy! Reanimujmy z mocą naszą wiarę. Zobaczmy miłosierdzie naszej Matki i rozpalmy na nowo w naszych sercach płomień nadziei!”
Być może znasz nowennę, a być może odkryjesz ją….
Dla mnie jest świeżym powietrzem. Przyszła niespodziewanie, bez jakiejkolwiek mojej ingerencji…. Widocznie moje poszukiwania mają sens… Bóg pozwala mi siebie odkrywać….. W prostocie, powoli, w moim odchodzeniu i powrocie. W moim życiu codziennym…. Po raz kolejny.. Nawet nie wiesz, kiedy a potykasz się się o Jego Słowo, o Jego Obecność, o Aniołów, Jego świętych….

Płomień nadziei znalazłam w chorobie,która  lamie wszelkie bariery,zmusza do opowiedzenia się za radością życia. Trzeba być uważnym, dbać o niego, bowiem łatwo można go zgasić…

..Jak mało o sobie wiesz- szepnął mój szpitalny Anioł Stróż?. Jak zawsze, ma racje….bo mądry człowiek daje wędkę ….a nie rybę. I tak odkrywam siebie…….

Dostojewski w książce” Idiota” napisał: modlitwa i piękno są synteza życia … a piękno jest wszędzie…..gdziekolwiek jesteś……

Dziecko uśmiecha się średnio 400 razy w ciągu dnia, a dorosły 17 razy…

Popsuj statystki, uśmiechnij się teraz

 

PRZYJAZN MOZE OTWORZYC NIEBO

Filip II,  napisał do Sparty taki list (wg Plutarcha): „Doradzam Wam podporządkować się [temu co piszę] natychmiast, ponieważ jeśli wyślę swoją armię na waszą ziemię, to zniszczę wasze gospodarstwa, wyrżnę ludność i unicestwię wasze miasto!”
Spartanie – „JEŚLI”

Niezła odpowiedź….( Ale w tamtym czasie to były już tylko czcze słowa. Sparta była cieniem dawnej potęgi u schyłku swojej niezależności po sromotnych porażkach w bitwach pod Mantineją i Leuktrami.)
Spartanie byli znani z lakonicznych odpowiedzi…. Trzeba mieć sporo sprytu i odwagi.
A jak jest dziś. Czy odwaga ma znaczenie?
Mieć odwagę spojrzeć sobie w oczy. Pokochać życiowe wzloty i upadki. Jednakowo je potraktować. Zachwycić się lotem ptaka. Mieć odwagę poszybować razem z marzeniami .Uczynić niemożliwe możliwym.
Jak często oddajemy… Jak często pławimy się w błocie uraz, starych ran… Nie pozwalamy przebaczeniu poradzić sobie z gniewem…. Podajemy się słysząc; jesteś głupi, nic nie potrafisz dobrze zrobić, gramy w głuchy telefon. Powtarzamy nieprawdziwe historie. Najgorsze jest że w nie wierzymy. Z niedomówień robią się problemy. A problem próbujemy na” żywca „zabić. Nie chcemy cierpieć, nawet jak wiemy, że to nasz błąd…. Koniecznie musimy wyjść z podniesioną głową…. Nie zastanawiamy się nad odczuciami innych.. A często… Ten drugi nie pojęcia dlaczego jesteśmy wściekli…… Przestaliśmy pytać. Przestaliśmy kochać. Kochać człowieka, a nie wyobrażenie innych….Często zniekształcone, powykręcane od reumatyzmu :błędnych opinii, chamstwa, złości, milczenia ..Gorsze od raka. Choroba chroniczna, która może przez całe życie nie pozwolić, na spojrzenie pełne przebaczenia, miłości…
Byc uważnym, delikatnym w sądzeniu. A może przestać sądzić…. I zacząć wsłuchiwać się w drugiego…. A może zacząć pytać…. Licząc się z tym, ze nazwą mnie głupcem… Otworzyć ramiona Życiu..

Byc jak Spartanie, odpowiedzieć ;A jeśli tak jest… To co…. Być sprytnym, nie oznacza być złym…. W byciu odważnym potrzeba jest wielka doza sprytu i spontaniczności. W niej styka się czystość intencji i ryzyko porażki…. Nie zawsze porażka jest niepotrzebna.
Każdego dnia wypowiadam potok słów…. Każdego dnia rodzi się i umiera człowiek. Każdego dnia mój  organizm próbuje ze mną wytrzymać…. Każdego dnia ktoś mnie ocenia.
Każdego dnia moje słowo może zranić. A może też otworzyć drzwi nieba….

Na kazaniu usłyszałam :przyjaciele otwierają nam niebo…. Ze złością jeszcze nikt dobrze nie wyszedł…. możemy nawet się rozchorować, i to poważnie….
Otwierając rano oczy, spójrz w lustro i zachwyć się sobą. Zachwyć się tym dniem, który ma tobie wiele do opowiedzenia. Pisząc historię swojego życia, pamiętaj, aby nie deptać marzeń, planów innych. Bądź szlachetny, sprytny…. Każdy poranek mi o tym przypomina…. Bądź szlachetny, wbrew oczekiwaniom innych… Wbrew obwinianiu ciebie… Wbrew głupocie tego świata…. Jej nie brakuje… Odpowiedz jej jak Spartanie…. Jeśli ci się uda mnie zniszczyć….. Nawet jak jesteś bogatszy, silniejszy… Nie chce odpowiadać ci złością, ani nienawiścią…… Bo nie widzę w niej sensu, ani  racji bytu. Od tego będę się bronić….

jeśli…….

 

Bez tytułu

Prowansja. Grota i bazylika św. Marii- Magdaleny. Miasteczko- Sainte Maximin -Sainte Baume. W poniedziałek z Magda i Rafałem wyruszyliśmy na podbój Prowansji. W godzinach przedpołudniowych lenistwo na ulicach. Sklepy pozamykane… Oprócz turystów, pusto. Szarmanckie miasteczko z majestatyczną bazyliką…. Lubię to miejsce. Z wielką radością do niego wracam. Bazylika ma w sobie wiele ciszy i pokoju… Być może była budowana z wdzięcznością i radością. Jest potężna a zarazem ciepła…. Wypełniona mistyka.
Usiedliśmy, aby delektować się porankiem spokoju… Niezwykle uroczy pan, podał nam pyszną kawę…. Powiedziałam mu, ze jest pozytywną osobą. Uśmiechnął się. Powiedział, że wieczorem robi pizzę… Niestety nie zostawiliśmy….
A szkoda….
Po raz drugi wchodzę do bazyliki z bijącym sercem, a po raz trzeci do groty…. Bazylika nigdy nie została ukończona z powodu plagi Czarnej Zarazy. Dlatego wejście do bazyliki ma niewykończony front. Robi wrażenie! Przypomina o nieprzewidzianych wypadkach, chorobach, życiowych porażkach.  Przypomina, ze człowiek jest niedokończonym dziełem Boga. Piszemy własne historie. Piszemy niewidzialnym piórem Stwórcy. Majestat tej bazyliki otwiera przestrzenie modlitwy, Ciszy, która chroni przed zwątpieniem. Relikwie św. Marii Magdaleny szepczą o tym ze Jezus zwyciężył śmierć.. Jest obok. Miałam nieodparte wrażenie… Ze pokazuje mi jedna ze swoich posiadłości . Zaprasza na zanurzenie się w duchowych przestrzeniach, jakże innych od bogactwa tego świata. Spokój. Refleksja. Modlitwa. Czas stoi w miejscu. Wszystko staje się takie proste. Takie piękne…. Maria Magdalena z Jezusem… Uśmiechają się i szepczą: Uwierz! Zaufaj! Cóż może ci zrobić człowiek, gdy masz obok nieogarnionego, niezwykłego Stwórcę?….
Może, dlatego, tak bardzo lubię tam wracać.. Aby usłyszeć Boga… Trzeba być bardzo cicho, a to miejsce zmusza do milczenia, które po chwili staje się powietrzem, potrzebnym, aby żyć. Ekologia na całego. Najczystsze powietrze. W Ciszy siła. Moc, o której tak rzadko pamiętamy. Podobno brak czasu….Czy aby …??

Miasteczko chyba tą ciszą żyje… Pustki na ulicach. Znalezienie sklepu nie było łatwe… Za to kawa zrobiona i przyniesiona z życzliwością.( Oj w Nice to rzadkość..).. Prowansja górą. Urocze winnice z krętymi drogami zachęcały do wypicia wina, zjedzenia bagietki z serem….Zatrzymania się, by zagubić się w Prowansji…. Pachniało oliwkami.. Słońce nie szczędziło swoich promieni. I pojechaliśmy do groty Marii -Magdaleny.
Wiedzie do niej Królewska Droga” przez Święty Las. Przez wieki do tego miejsca przybyło tysiące pielgrzymów ,włącznie z ośmioma papieżami i osiemnastu królami (stąd nazwa Chemin des Roys  ,czyli Królewska Droga). Po raz trzeci odwiedziłam grotę. Tym razem ptaki były na urlopie. Za to wszechobecna cisza trzymała nas za rękę…. Las ze słońcem chronił tajemnicę groty…. Tam nie można nie zadać sobie pytania: A może jednak Bóg Jest……
Skromność groty w towarzystwie lasu i szczytów górskich Prowansji ładują „baterie wzrokowe”. Nasze problemy gubią się w obliczu piękna natury. Cisza szepcze. Uśmiecha się. Zimno groty przypomina o chwilach lęku, zboczenia z drogi Dobra…. Jest orzeźwieniem. Refleksją nad samym sobą. Jeden pan modlił się z zamkniętymi oczami. Czułam jak zjednoczony z tym miejscem, odkrywa Boga. Były w nim promyki słońca. Przypomniałam sobie Niedzielę Wielkiej Nocy spędzoną właśnie w grocie….. Było bardzo zimno, młodzi pięknie animowali liturgię..Moment, jakich mało…. Niebo otwarte….
Maria Magdalena dodała nam odwagi… Widziałam Pana…
Idź i powiedz swoim braciom….
Wracając do Nice, w spontanicznym geście znaleźliśmy się w Cotignac -kolejne duchowe wsparcie…. Miejsce objawień św. Józefa i sanktuarium Matki Bożej Łaskawej… Jadąc wśród winnic,oliwkowych gajów , miałam wrażenie, że oglądam film o Prowansji….. jakże różni się od lazurowego wybrzeża. Natura nigdzie nie jest taka sama. Nie ma takiego samego człowieka. Nawet bliźniaki się różnią…. Tylko człowiek chce, aby inni robili tak jak on sobie życzy….. Czasami w taki sposób zabiera indywidualność każdego z nas.

W końcu znaleźliśmy sklep i w lesie piknikowaliśmy. Otoczeni, mrówkami i innymi mieszkańcami delektowaliśmy się spokojem…Malownicza kraina ze szlachetna cisza, wciąż trzymała nas pod ramię.. Dawała prezenty…. W Sanktuarium było wystawienie Najświętszego Sakramentu…. Pobyliśmy w ciszy, pomarudziliśmy Stwórcy, podziękowaliśmy za dar każdego dnia.
Nieplanowana spowiedź dla mnie była największym prezentem, tego dnia…. Sanktuarium opiekuje się wspólnota św. Jana. Mają koty….. I jeden z nich, towarzyszył księdzu w pomieszczeniu, w którym się spowiadałam. Ksiądz uśmiechał się i patrzył uważnie na mnie. Kot wlazł mi na kolana, przywitał się…. Bóg ma poczucie humoru….. Szepnął: naucz się zaskakiwać… Uczyń życie ludzi, których spotykasz radośniejszym, wiele nie potrzeba… Nie czekaj na jutro…..Chciałem abyś dziś tutaj była…..
Gdy wracaliśmy do Nice, niebo się rozpłakało… Deszcz orzeźwiał ziemię. A my orzeźwieni przez niespodzianki naszego pobytu w Prowansji, stwierdziliśmy, że nasza ziemia, nasz niebieski dom jest piękny…..

PIEKNO JEST WSZEDZIE GDZIE USMIECH

15 sierpień -dzień, który wybrali biskupi z Francji na modlitwę o pokój. We wszystkich kościołach, w południe zabrzmiały dzwony. Z nadzieją pokoju. Pojechaliśmy do Utelle -małe miasteczko w górach, które może poszczycić się się swoim sanktuarium maryjnym- Madonne des Miracles. Kaplica otoczona górami zaprasza do ciszy, spokoju ducha. Ma piękne i przemawiające obrazy; Archanioł Michał i Jezus na krzyżu, bez głowy (pomyślałam, ze ta głowa może być każdego z nas), demony w mrocznej scenerii.  Sanktuarium opiekują się się księża z Nice. Msza święta  w języku francuskim. Popłynęła modlitwa o pokój… Na świecie i w naszych sercach. Serce uśmiechało się, dusza śpiewała. Mury kaplicy wraz z nami uwielbiały  Boga… Niech tak się stanie -tak odpowiedziała Maryja…. Bardzo lubię jej odpowiedź, -Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim….. Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.. Jak rzadko tak dzielimy się wiarą?…
Słońce siedziało z nami przy okrągłym stole. Postanowiliśmy zjeść obiad w towarzystwie majestatycznych gór. Zrobiło się rodzinnie, było trochę zamieszania….(Chyba nie spodziewali się tylu ludzi na obiedzie. a cała ekipa, była na mszy.)A więc…Maryja uczyła nas cierpliwości…Nie marudząc…Tak jakby chciała nas zatrzymać, przytulić…Było cicho, wiatr grał na skrzypcach…. Słońce śpiewało… Jedliśmy w najlepszym towarzystwie -z naturą uśmiechającą się do nas. Nie mogliśmy odpowiedzieć inaczej…. Spieczona ziemia, kwiaty ledwo dawały rady…A jednak, dzielnie oczekują na deszcz….
I pojechaliśmy dalej… Zdobyć wyższe szczyty…(. No dobra, samochodem, to żaden wyczyn )
Madonne de Fenestre, położona na 1900 n.p. m…. Wdrapaliśmy się, aby wznieść się ponad, to co nam przeszkadza latać w przestworzach życia, radości…. Bliżej nieba, samego siebie. Przekraczanie swoich limitów, lęków, strachu… Każdy krok, każdy zakręt to niewypowiedziane piękno. Czyste powietrze i czysta radość. Wodospad w oddali do nas macha, źródlana woda obmywa lęki przeszłości i przyszłości. Próbujemy zapamiętać te widoki, nasycić się ich siłą. Szczyty są gościnne, nie chcą pieniędzy, tylko naszej obecności…Zostawiliśmy bagaż z lękami. Wróciliśmy z motylami w garści. Duchowe wyżyny. Szczyty górskie. Narodziła się pogoda ducha, która ze świadomością :tu i teraz ,jest niczym innym, jak harmonią między nami a wszechświatem. Nie ma limitów, tylko cienkie nitki delikatności.  Nie ma strachu, nie ma potrzeby udawania….. Wszystko jest! Tutaj! W tym momencie! Tak jakby łaska nam towarzyszyła…..

Dostojewski napisał- Piękno i modlitwa jest synteza życia……..

Piękny dzień.

W górach i księgarniach, można nasycić się spokojem emanującym z ludzi. Piękno jest wszędzie..Dlaczego tak nam trudno go dostrzec???