Profesor Marquette – człowiek łagodnego dialogu

_20170920_181045W pracy historia za historią, oczywiście negatywne emocje dają czadu. Są jak igła wbita w paznokieć, lub szkło wbite w stopę. Boli ! Jeżeli się je karmi, to stają jak gołębie i roznoszą zarazki, i nie tylko zarazki… Dobrze że mam łatwość zapominania tak zwanych przykrości. Jasne, moja pamięć pamięta, aczkolwiek nie rozpamiętuje. Nie widzi sensu. I tutaj zgadzam się z rozumem. Choć w jednym ma rację.Nie jest łatwo być optymistą wśród niepoprawnych pesymistycznie nastawionych do łagodności ludzi. Przestali wierzyć w łagodność codzienności! I bardzo trudno, zapalić w ich iskierkę Nadziei.
Odkąd postawiona diagnoza strzeliła we mnie jak piorun (a  potrafi) jednocześnie dostałam antidotum: Nadzieję, że tomograf się pomylił. Anioł Stróż od razu stawił się na posterunku. Ok, troszkę trzymał mnie w niepewności.
Pr Marquette towarzyszy mi, w codzienności zrozumienia, tego, co się dzieje, w moich płucach, a więc w  moim życiu.. Oddech to życie!. Delikatny twórca życia.!
Od urodzenia, rodzice sprawdzają, czy maleństwo oddycha zwłaszcza w nocy, ludziom cierpiącym także najbliżsi sprawdzają oddech. W większości czasu, nie zwracamy uwagi. Dopóki oddech nie stanie się słaby. Wtedy…..
Nie uważam, aby moja patologia płuc była nieszczęściem. Inaczej czy poznałabym mojego ziemskiego Anioła Stróża???
Wezwał mnie na dywanik. Tylko, dlatego, że dostał moje wyniki analizy krwi. Reakcja natychmiastowa. Miałam list, receptę i umówione spotkanie. Jego sekretarka, zapytała mnie czy dzień mi odpowiada, gdy jej odpowiedziałam, że tak. Od razu dostałam odpowiedź z.>>Merci>> za odpowiedź. Przy takim lekarzu, sekretarka musi być poukładana. I ma dbać o jego pacjentów. I to robi to. W końcu jest szefem  oddziału pulmonologii w szpitalu Pasteur w Nice.
Nieoczekiwana wizyta, dzięki eozynofiliom, które robią, co chcą. Na trampolinie non stop skakają , że też się nie męczą. Tym razem ich ilość podskoczyła w fenomenalniej ilości. Dlatego profesor zareagował.
Ba, zawsze wielką radość mi sprawia obecność Marquette…Aczkolwiek….
I tak kilka rutynowych badań, znajome twarze pielęgniarek. Też mają, ze sobą na pieńku… Dobrze ze maja takiego szefa. Szacunek i respekt wzbudza w nich. Wiedzą o tym, chodzą jak w zegarku, jeżeli o coś ich prosi.
„Podczas badania spirometrii mierzy się pojemność życiową (FVC), czyli największą ilość powietrza, którą można wydmuchać z płuc, oraz ilość powietrza wydychanego podczas pierwszej sekundy (FEV1). Dlatego wydech musi być jak najmocniejszy i jak najdłuższy. ”
Pani, która robiła mi to badanie, na moje pytanie jak się ma, odpowiedziała: Jakoś żyję. Chyba jest mało lubiana w pracy, i sama za sobą nie przepada. Pytając, z którym lekarzem mam wizytę, jak jej oznajmiłam, odpowiedziała: A… I skrupulatnie wykonywała badanie.
Marquette, jak zawsze taki sam, łagodność mu zagląda z oczu, mądrość siedzi obok niego, z uważnością opowiada historię choroby. To nie są jakieś tam granulocyty. To nie jakieś tam eozynofilie.
Opowiedział mi po raz kolejny historię moich eozynofilii. Pozwoliłam mu się porwać. Byliśmy w środku moich płuc, a tam było życie!!!
Do tej pory, jako jedyny człowiek, z którym zgadzam się we wszystkim. Nie mam, co podważyć. Widujemy się, co 3 miesiące, a więc mam czas, aby po swojemu nauczyć żyć się z nieszczęsnymi toksycznymi eozynofiliami, które nie mają, czego czepić i się gromadzą. Takie toksyczne stowarzyszenie sobie w moich płucach założyły.
No cóż, powrót do kortyzonu, wcale mnie nie ucieszył.
Chodzę jak na szpilkach, irytacja we mnie aż kipi.  Powiedziałam mu, że mam ochotę pozabijać ludzi, właściwie to bez powodu.( Zawsze jakiś się znajdzie) ·A on, opowiedział mi swoją przygodę w górach…. Tam zostawia toksyny pacjentów i nabiera sil, do walki z chorobami, do szybkiego i mądrego postawienia diagnozy.
Podczas spacerku po górach, nadepnął na osy, czy też szerszenie, prawdopodobnie to była królowa, a więc został zaatakowany przez jej wojsko. W dodatku był sam. Widać było na jego twarzy, lęk. Bo to nie był jeden malutki komar. Jako lekarz ma większą świadomość, tego, co mogłoby się mu stać.  Bardzo bardzo mocno, pozostawiały mu ślady. Widać było na rękach, śmiał się ze, na nogach jeszcze gorzej.  No i musiał dużą dozę kortyzonu wziąć. I też miał uczucie chęci pozabijania.  A więc zrozumieliśmy się, bez zbędnych słów. Co jest piękne, to, że nie krył lęku, w sytuacji, w jakiej się znalazł. Znaczy, że jest prawdziwy, nie wie, co to udawanie, nawet przed pacjentem. I szuka inspiracji w Ciszy i samotności.
Cudne uczucie bycia słuchanym. Jego terapia polega na tym, aby usłyszeć, to, co się mówi, by zacząć walczyć o zdrowie, które jest tak kruche, jeżeli się o niego nie dba. I przy jego specjalistycznej pomocy wziąć życie w swoje ręce. Z. Delikatnością, z łagodnością Nadziei.1,5 Roku, analiza krwi, co 15 dni. I wizyty z Nadzieją. Ani przez moment, nie dał mi poznać, że nie dam rady, że nie warto walczyć, że nie mogę chodzić po górach.
Ostatnio powiedział tylko: Uważaj, jak będziesz w górach. I to jest prawdziwe oparcie!!!
Za dwa tygodnie planuje kolejne szczyty, uśmiechając się powiedział Może się spotkamy się na którymś szlaku.
Mając taki przykład, nie mogę zrezygnować z moich górskich spacerów. Jasne, na moje możliwości.
Gdy dzień wcześniej robiłam analizę krwi, dziewczyna z samego rana zaskoczyła mnie, pytając:, Co będę pięknego robić dziś???
Dzięki niej dzień był pełen gwiazd z samego rana.
A konsultacja z profesorem stała się spotkaniem pełnym dialogu. Nie mogę go nie podziwiać. Potwierdza moje spostrzeżenia, a wiec słucha ich, nie ignoruje ich. Wie, ze 50% wyzdrowienia to dialog miedzy lekarzem a pacjentem…
Lekcji tworzenia atmosfery dialogu mi udzielił. Daleko mi do takiej postawy. Świadomość ze mam obok siebie wzór do naśladowania wśród poznanych ludzi, jest wielka radością a zarazem nieustannym podnoszeniem poprzeczki, w byciu człowiekiem pełnym Życia.W dialogu jedna osoba mówi a druga słucha. W dialogu zrozumienie z respektem próbują znaleźć rozwiązanie. W dialogu nikt nie oszukuje, nie używa agresji, ani manipulacji. W dialogu łagodność spojrzenia godzi się z delikatnością podania dłoni. W dialogu każda strona odchodzi w pokoju serca.
Czy tak się dzieje ,gdy próbuję rozwiązać konflikt?

Wtedy, nawet motyl siada na koszulce….

Bez tytułu

DSC_0797Kolejny dzień wolnego. Po szlachetnej ciszy w Laus trudno odnaleźć się w mieście, wrócić do męczących tłumów, ciągle gdzieś spieszących się. Budzik zaśpiewał piosenkę Josha Grobana, jednak moje oczy chciały jeszcze przytulić się do poduszki…. Obudziłam się o 9.30….Przy śniadaniu, zdecydowałam się na miasteczko Vence, którego nie znam…Najwyższa Góra to 1033 mètres, Baou des Blancs…. Tym razem było późno, aby wdrapać się na Baou…. Aczkolwiek nie przeszkadzało w spacerku z Saint Paul de Vence do  Vence.. Saint Paul znam, miasteczko z galeriami I przeraźliwie drogie.Nie wiem skąd oni takie ceny biorą. Dla przykładu jedna mała tarta  kosztuje 4 euro, gdzie w Nice 2.50…Kanapki są po 6 euro. I to niezbyt świeże.
Mając szczegółową mapę mojego spacerowania, I tak w pewnym momencie poszłam w inną stronę… (W ten sposób odkrywam nowe miejsca) W porę się zorientowałam….
Ścieżka mało sympatyczna. Dopiero w połowie drogi zaczął się las. Jakieś dwie godziny marszu. Las kryje tajemnice, które także są w sercach człowieka. Kontynuowałam spotkanie z Ciszą, a także wyrzucałam toksyczne myśli, które nieustannie bombardują.. Lubię spacery w lesie, dają ochłodę w upalne dni, przypominają dzieciństwo, wchodzenie na drzewa, zapach grzybów, jagód. Rodzice kochali chodzić na grzyby, ja lubię się nimi delektować. Zwykle mama szła za mną i zbierała grzyby, których nie widziałam. Dwa dni wcześniej padało, i zieleń stała się jeszcze bardziej zielona. Sama sobie zazdrościami I gratulowałam decyzji. W mieście jest większa okazja do stracenia pieniędzy… A wycieczki z ostatniej chwili są często super fajne. Zwykle na takie jednodniowe wypady tracę 10 euro plus piknikowe jedzenie…
Dotarłam do szarmanckiego miasteczko Vence…. Góry mi się kłaniały, słońce stawiało kawę. Wychodząc, ze szlaku, przechodziłam przez osiedle, bardzo sympatyczni ludzie na posiadłościach. Królowało błogie popołudniowe lenistwo…. Na jednym z tarasów, grono ludzi śmiało się, aż udzieliło mi się ich poczucie humoru….
Aby nie błądzić (w tym jestem dobra, nawet z mapą… Taki mój  urok) zapytałam starszej pani, która udzieliła mi informacji….
Vence – tam Gombrowicz ma grób… Tam mieszkał I tworzył… Nie dziwię mu się, że wybrał to miejsce. Jest przestrzeń, górskie tereny, i szarmanckie stare miasto, pełne zakamarków, mrocznych uliczek, i tych, które wpuszczają okruchy słońca, tworząc łagodne kolory.
Katedra, ciemna, wymagająca oczyszczenia, odnowienia.
Pewnie kiedyś była przepełniona ludźmi… Dziś człowiek szuka wszędzie, tylko nie w kościele….
Poza miastem, górskie szczyty, jak zawsze szukają człowieka. Każdy krok, zabija moje toksyczne eozynofile, które ostatnio dają mi we znaki. Jednak góry nie pozwalają na poddanie się.
Mała ilość turystów sprzyjała beztroskiemu zwiedzaniu.
Łagodne słońce, spokój, potrafi przemienić smutek w łagodny uśmiech. Odwyk od ciemnej strony codzienności.
Za kilka dni mam wizytę u mojego Anioła Stróża – profesora Marquette… I znowu będzie się działo.
Wielki plakat z tekstem Gombrowicza, na murach muzeum,
Byłem wszystkim! W zależności od miejsca, osób, okoliczności, byłem mądry, głupi, prostak wyrafinowany, milczek, causeur, niższy, wyższy, płytki lub głęboki, bylem lotny, ociężały, ważny, żaden, wstydliwy. Bezwstydny, śmiały lub nieśmiały, cyniczny lub szlachetny, czymże nie byłem?…Byłem wszystkim!
Być może nasz rodak ma rację. Gombrowicz nie bal się nazywać rzeczy po imieniu. Wszyscy mamy różne odcienie humoru, emocji, uczuć, duchowości. Wszyscy posiadamy umiejętność zmieniania się jak kameleon…. Jedni żyją prostotą, inni uzależnieniem od opinii i naginaniem się do okoliczności. Każdy może zmienić zdanie.Jesteśmy wolni, na tyle na ile sobie pozwolimy…. Mogłam zostać w Nice, a jednak, coraz bardziej szkoda dnia, który tak szybko mija…. Jeszcze nikt go nie złapał… Nikomu nie udało się wrócić do wczoraj… Wolność wyboru!! Przywilej, o którym zapominamy !
Tekst Gombrowicza nadaje się do medytacji. Aby oduczyć się oskarżać innych, o swoje niepowodzenia. Ważne przypomnienie,w drodze ku wieczności. Nawet sztuka i natura ze sobą współpracują. Wyraźnie zostało mi to pokazane na spacerze w Vence.

«Być sobą, bronić się przed deformacją, mieć dystans do najbardziej „własnych” uczuć, myśli, o tyle, o ile one mnie nie wyrażają – oto najpierwszy obowiązek moralny – Gombrowicz  

Laus-miejsce spotkania sie z prostota

DSC_0756Trzy dni wolnego, w tym niedziela…. Czas wolności, czas spotkania z niespodzianką…Wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy pojechać, aby przypomnieć sobie o prostocie, o tej szlachetnej zapomnianej cnocie…Urodzinowy wyjazd dla Teresy, Robert dzielnie nas „karocą” przewiózł do krainy Spokoju….

„W maju 1664 roku w niezwykle malowniczej miejscowości Alp Francuskich, w okolicy Saint-Etienne d’Avançon, a dokładniej w dolinie Fours, siedemnastoletniej pasterce Benedykcie Rencurel ukazała się Matka Boża.
Benedykta początkowo nie była rada ze swojego zadania. Z czasem jednak, dzięki stałej pracy nad własnym charakterem, zyskała odwagę, by upominać tych, których dusze widziała w całej okazałości. W pełnieniu zadania pomagał jej Anioł Stróż, którego często oglądała twarzą w twarz. Razem odmawiali Różaniec. Razem też adorowali Najświętszy Sakrament. Anioł towarzyszył jej w codziennych czynnościach i chronił ją.
Gdy dziewczynę nękały demony albo była wyczerpana z powodu podejmowanej pokuty za grzeszników, Anioł Stróż pocieszał ją i dodawał otuchy.
Benedykta miała dar widzenia także innych aniołów. Często rozmawiała z Archaniołem Michałem. W maju 1681 roku, gdy leżała chora w łóżku, ukazało jej się aż czterech aniołów. Jeden z nich powiedział: – Jutro będziesz uzdrowiona. Musisz udać się do Laus. Misja nie może czekać. Nie ­zwlekaj.
Ponadto pomagał Benedykcie rozwijać życie duchowe. Uczył ją, że kiedy człowiek jest radosny, to wszystko, co robi, jest miłe Bogu. Kiedy zaś staje się zły, nie robi nic, co by się Panu Bogu podobało. Pośród prób i cierpień, Anioł Stróż był źródłem wielkiego pocieszenia dla Benedykty. Wtedy, gdy przychodziło zwątpienie i gdy wielu kapłanów przeciwstawiało się kultowi Matki Bożej z Laus albo pasterka przez wiele lat miała zakaz odwiedzania sanktuarium, Anioł mówił: – Laus jest dziełem Boga, którego nie może zniszczyć ani człowiek, ani diabeł. Będzie trwało do końca świata, kwitło coraz bardziej i przyniesie wszędzie wielkie owoce.
On również pozwolił jej zobaczyć to, co miało nadejść. Anioł Stróż pocieszał Benedyktę, kiedy była zdruzgotana po kilkukrotnej wizji Chrystusa ukrzyżowanego. Ona sama przez wiele lat przeżywała tzw. „ukrzyżowanie mistyczne” od czwartku wieczorem do soboty rana.”
Dopiero w 2008 roku, kościół uznał prawdziwość Objawień Matki Bożej, które trwały 54 lata, tyle ile żyła Benedykta….
W takim miejscu byliśmy…. Odpocząć od zgiełku myśli, zgiełku tego świata….
W sobotę pogoda nie zapowiadała się dobrze. Porządna ulewa nawiedziła Nice i okolice….Troszkę narozrabiała. Wjeżdżając w okolice Gap, DSC_0730słońce delikatnie stukało nam do okien, z autostrady było widać cudne kolory przenoszenia się słońca na drugą półkulę… Zatrzymaliśmy się w Gap, na kolację…. Pusto na ulicach, po chwili poszukiwań, usiedliśmy w klimatycznej knajpie…. Dobre naleśniki na słono, kir, porto i ciasto malinowe, wraz ze spokojną muzyką, zapoczątkowała nasze mini wakacje w odkrywaniu siebie i piękna wewnętrznego Pokoju…. Co łatwe wcale nie jest…. Trzeba się napracować, aby wybić toksyny jak karaluchy, które się mnożą i są odporne jak mało, który robak….

Benoîte, najpierw zaprowadziła nas do miejsca swoich narodzin, w końcu dotarliśmy do Notre Dame du Laus…. Potężne budynki mieszkalne zaskoczyły mnie…. Było ciemno, a więc dopiero rano mogliśmy spojrzeć górom w oczy i zachwycić się. Klucze czekały na nas w recepcji, plan sanktuarium z zaznaczonym budynkiem, w którym mieliśmy pokój. Dobra organizacja. Skromne pokoje przypominają o prostocie: jesteś tutaj, aby wrócić do źródła, przestać wciąż zbierać materialne rzeczy, zamienić je na bogactwo życia wewnętrznego…. Wygodnictwo zamyka oczy…. Lubię sukienki, i lubię buty sportowe, lub sandały, lubię usiąść na kawie, i na kamieniu…. Lubię spojrzeć w oczy drugiemu i naturze… Człowiek I natura uczą….. Z tym, że natura nie kłamie…. Jest tym, czym została stworzona. Perfekcyjnie robi swoją robotę….
Otwierając małe okienko rano, góry dały nam buziaka, zaprosiły do odkrywania tajemnicy tego miejsca.
Sanktuarium Notre Dame de Laus…. Maryja wybiera sobie odludne miejsca i prostych ludzi, aby przypomnieć nam o rzeczywistości, o  której często zapominamy….
Rozświetla drogę, daje Nadzieję, upomina….
54 Lata objawień, mówi samo za siebie. Czy Benoîte mogła sobie wymyślić??? Ta, która nie umiała ani czytać ani pisać?
”. Matka Boska poprosiła Benoîte, żeby zachęciła pielgrzymów, aby namaszczali się z wiarą olejem z lampki płonącej przy Najświętszym Sakramencie…. Jest możliwość otrzymania oleju do siebie….. Niby, co łaska, a preferencja od  5 euro….. (No cóż, wszystko, co człowiek przygotowuje kosztuje)… ·Sanktuarium skromne, z wielkimi obrazami Objawień, i niebiańskim Spokojem….. Maryja, powiedziała: „Idź do Le Laus, znajdziesz tam kapliczkę, z której unosić się będą piękne zapachy”….Zapach Pokoju Stwórcy. Grób Benoîte za ołtarzem, przed Tabernakulum, można podejść, uklęknąć, spojrzeć prosto w oczy Prostocie…. Maryja poprzez skromność i  posłuszeństwo Benoîte wskazuje na Jezusa…. I dla księży i dla wiernych. Upomina się o szacunek i wierność powołania każdego z nas….. Bądź tym, kim jesteś!!!
I msza polowa z udziałem biskupa. Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, z poświęceniem tornistrów. Piękna oprawa muzyczna i liturgii…. Po komunii chwila  ciszy i uwielbienia….Często księża zapominają, aby w mszę św. wpleść chwilę Ciszy…… Biskup powiedział: a teraz w chwili Milczenia, spotkajmy się z Jezusem, który jest teraz z nami, otwórzmy serca, a doda nam odwagi i radości…..
Było dużo ludzi, a więc obok księży rozdających komunię św., stała osoba z parasolem, obok nas stał ojciec z synem, ba oczywiście dzieciak nie mógł ustać w miejscu….Ojciec przywołał go, do porządku… Uczy małego bezinteresownej służby… Uśmiechnęłam się, jak często tak się zachowuje!!!!!!. Być może przekaz Maryi, jest takim przywołaniem do porządku…..
Obiad, w towarzystwie dwóch pań, jedna obeznana w polityce, wszystko, co negatywne opowiedziała… Druga przeziębiona, opowiedziała nam swoją historię choroby…. Próbując wyciągnąć pozytywy, cudne widoki mi w tym pomogły…. Jednak, te panie nie siedzą w domu, przyjechały, aby odpocząć….
Jako, że do deseru nie dają kawy (a była dobra tarta cytrynowa), obok jest bar, z tarasem, gdzie można w towarzystwie szczytów górskich napić się nie tylko kawy…. Jest alkohol nazwany Elixir Anioła, na dobre trawienie. Panie, usiadły razem z nami… Widocznie nasze towarzystwo im pasowało. Być może miały się poznać i pobyć razem.
I spacer śladami Maryi… Najpierw pierwsze objawienie, piękna rzeźba Maryi wskazująca na Laus i cudne widoki wkomponowane w dolinę….. Wszystko to dla ciebie, słońce  delikatnie muskało nas, budziło w nas wdzięczność…. Wszystkie zmysły rejestrowały obrazy, jakie natura wymalowała… To dopiero początek niespodzianek. Pogoda idealna do spaceru, a dzień wcześniej cały dzień padało….
A my kąpaliśmy się w słońcu, dotykaliśmy błękitu, rozmawialiśmy w ciszy serca z Aniołem, do którego  wdrapaliśmy się…. Ścieżka wiodła przez las, łatwa do pokonania….. Promienie słońca odbijały się od drzew i przenikały do naszej krwi. Oddychaliśmy powietrzem pełnym życia….. Wszelkie troski, stare urazy, niepotrzebne lęki zrzucaliśmy z góry….. Patrząc jak się roztrzaskują, nie oglądaliśmy się za siebie…
Anioł na górze czekał na nas….Majestatyczny, obrońca człowieka. Ten, który chroni nas przed złem, kieruje naszymi krokami, szturcha nas, gdy mówimy głupoty. Jego ręka skierowana na błogosławieństwo, każdego, który zatrzyma się przed figurą….I Maryja razem z nim. Niedaleko kaplica dawnej pustelni, w której pobyliśmy długą chwilę, aby kontemplując prostotę połączyć ją z naszym życiem codziennym.

Col de l Ange-miejsce , walki duchowej Benoîte, która została przeniesiona przez Szatana, na szczyt góry.Zostawił ją, tam w ciemności, i to właśnie Anioł oświetlił jej drogę, by mogła wrócić do swego pokoju.
I powrót, do codzienności, która nieustannie uczy.
Potrafić zostawić wszystko i wyruszyć, aby zapomnieć o sobie, to jest wyzwanie. Otworzyć się na niespodziankę zaskoczenia samego siebie, na usłyszenie czasami gorzkiej prawdy o sobie. Po to, aby, nie oszukiwać siebie, pozwolić sobie na luksus bycia autentycznym.
Teresa dmuchała świeczkę urodzinową w mango, w obecności figury Anioła i Maryi, na 1066m.n.p.m, …. Dlaczego mango a, nie ciasto…. A dlaczego nie, skoro Teresa lubi mango…..!!!
Nie możemy zapominać o robieniu niespodzianek, o radosnych emocjach, które ze sobą niosą…..W ten sposób zamykamy „nasze ego” w piwnicy….. Niech tam sobie siedzi…. I uczymy się być razem, w szlachetnym towarzystwie empatii I radości….
Benoîte nie miała łatwo, jak wszyscy prorocy. Świat nie chce, aby ktokolwiek go upominał. Świat woli niewolnictwo: pieniądza, kariery, kłamstwa..
.. A tymczasem, o wiele ważniejsze jest, gdy zrozumiemy, że,: „Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł” -
Czy tak potrafię?????DSC_0776

Sainte Agnès – miasteczko spokoju

DSC_0673

Ostatnio, moja duchowość łączy się z naturą.. A raczej natura uczy duchowości, prowadzi do…. Średniowieczne miasteczko Sainte Agnès, niedaleko Menton zachwyca widokami…Nosi miano” najwyżej położonego miasteczka nadmorskiego w Europie”, na 780m.n.p.m.
Wybudowane na skale, ma fortyfikacje Lini Magiota, ruiny zamku- twierdzy z XIII wieku, z panoramą bajkowych widoków na Lazurowe Wybrzeże….
Miasteczko jest pełne średniowiecznych uliczek, zatrzymanych w czasie….
Według legendy, włoska księżniczka Agnès, będąc w podroży, podczas burzy, znalazła schronienie w grocie. W podziękowaniu, ufundowała kaplicę o imieniu swojej patronki. Wokół tej kaplicy zamieszkali pierwsi mieszkańcy.
Dzień rozpoczęłam od plaży w Menton.
Mając długą chwilę w oczekiwaniu na busa do Sainte Agnès, zamoczyłam nogi w morzu…. Kolejny upalny dzień rozpoczął swoją pracę.
Moja wycieczka kosztowała mnie 10 euro, plus „piknikowe rarytasy” w towarzystwie bajkowych widoków… Tak, mieszkam w regionie, w którym zwiedzanie nabiera sensu, odkrywanie nowych miejsc staje się bliższe…
Poniedziałek, a więc pusto…Kot pozwalał nam się fotografować, leniwie leżąc, prawie na środku średniowiecznej uliczki…
Cisza, zero komercji… Tutaj mieszkają ludzie, którym nie zależy na zarabianiu i tylko zarabianiu. Chronią swoją prywatność…. Uliczki żyją spokojnie, mają w sobie tajemnicę, którą można usłyszeć… Odkrywaj mnie każdego dnia-szepczą. Wdrapałam się na szczyt miasteczka, gdzie są ruiny zamku – twierdzy….. Przede mną szła rodzinka, i tylko słyszałam:ŁAŁ….
Potrafili wypowiedzieć swoją radość, zachwyt , który i mnie oczarował…. Widoki na Lazurowe Wybrzeże….Także Włochy  można było zobaczyć.Do tego pięknie zrobiony ogródek średniowieczny…. Można było przenieść się do tamtych czasów…. Zobaczyć damy spacerujące po ogrodzie, rycerzy walczących o spokojne życie w miasteczku. Panorama zapiera dech w piersi, otwiera szeroko oczy i mówi: zobacz, jaką mam niespodziankę dla ciebie…..
Niebo, morze i góry – tworzą jedność, którą człowiek tak często odrzuca… Zawrotu głowy można było dostać, od koloru błękitu i zieleni. Kolejna lekcja zachwytu…. Nie miałam mapy, bateria w telefonie , po zrobieniu zdjęć padła, (chociaż tyle) I gdy szukając oznaczenia szlaku, którym chciałam pójść, nie mogłam go znaleźć…. Za to, znalazłam, kolejne cudne widoki, I restaurację z tarasem, z której można było się zapomnieć i, zostać tam cały dzień, podziwiając panoramę…
A za restauracją, rozpoczęcie szlaku, I ku mojemu zdziwieniu szlak św. Jakuba jest także…((Wiedziałam, że gdzieś w okolicach jest)  W pewnym momencie szłam ulicą, i oznaczenia się przestały pojawiać….. Hm, zrezygnowałam wracając do miasteczka….. No cóż wrócę innym razem… Wiele mnie to nauczyło…Bo wracając busem…. Zobaczyłam, że gdybym kontynuowała drogę natknęłabym się na oznaczenia….. No cóż, często rezygnacja zamyka drogę do przygody…..
Dobra lekcja, którą postaram się zapamiętać..
Będąc w Menton postanowiłam przejść do Monaco…. Idąc „Pomenade du Soleil”, samochody mi bardzo przeszkadzały, huk symbolizujący życie w mieście…. Ułatwiają życie, i robią dużo szumu…. W końcu ścieżka wybrzeżem i trochę cienia….Mając w głowie cudne widoki, usiadłam na ławce, a na drugiej starsza pani z panem, ona próbowała rozścielić sobie folię, by móc usiąść na ławce, aczkolwiek wiatr jej przeszkadzał i do swojego męża mówi ostrym głosem; pomóż mi, a on nie zrozumiał, o co jej chodzi i wziął jej torebkę, na co ona: nie o to ci kazałam zrobić…. Nie wiem, co ta pani przeżyła, że stała się zgorzkniała…. Piękno wybrzeża nie wygładziło jej osobowości….Jak często nie dostrzegamy piękna, które mamy przed sobą. Skoncentrowani na negatywnych przeżyciach, nie widzimy wszechobecnego niebieskiego nieba…
I kolejna lekcja, szlak się skończył… Tym razem, były jakieś roboty i trzeba było iść ulicą… Nie uśmiechało mi się wdychać spaliny, a więc postanowiłam wrócić pociągiem…. Jedyny automat, zepsuty…. No i zamiast do Nice, to wsiadam w drugą stronę…. Uśmiałam się, bo w końcu chciałam dotrzeć do Monaco, a więc dotarłam i to  za darmo.
Byłam zmęczona, aczkolwiek pomyślałam sobie, skoro już tu jestem, to zajrzę do księcia Alberta…
A tak na serio, chciałam odnaleźć spokój w katedrze… Bardzo lubię katedrę w Monaco… Jest przytulna, a zarazem majestatyczna. Akurat było pół godz. do mszy, a wiec zostałam… Msza kameralna, ksiądz, którego wcześniej widziałam jadącego na skuterku  w sutannie, trzy osoby i siostra zakonna o anielskim głosie… Jej osobowość harmonizowała z jej głosem (nie przepadam za piszczącymi glosami ) ·Duchowe wsparcie podarował ksiądz Julien, mówił o lęku…. Uśmiechnęłam się do niego, było nas mało, a więc każdemu z nas patrzył w oczy…. Zaimponował mi…. Swoją prostotą… I uśmiechem…. I zrozumiałam, dlaczego miałam tam się znaleźć…. Aby nabrać sił…… Mówiąc kazanie, był z nami, widział nas… Pokazał, co znaczy być…. Mądre słowa nie zawsze wystarczają, za tym musi iść, obecność i konkretna pomoc…. Jeżeli jej nie ma, to swoje wyczytane mądrości możemy schować do kieszeni….
I tak Sainte Agnès przyprowadziła mnie do Stwórcy…
Wróciłam autobusem…… Nogi mnie bolały, jeszcze dwa dni później…. Za to moje serce odpoczęło….
Warto odkrywać nowe miejsca, każde miejsce to lekcja od życia, a czasami odpowiedź na nurtujące problemy czy pytania….

Ciasnota umysłu służy samotności

DSC_0675W kościele Saint Pierre d Arène w Nice, jest dominikanin, który, ma dar przekazywania Ewangelii.. Nie boi się łagodności połączonej z  mocnym uderzeniem perkusji… Czyli słów: Obudź się chrześcijaninie!!!!!
Dziś, mówił o przyjaźni Jezusa z człowiekiem… Chrześcijaństwo to nie kumplowanie się z Jezusem, jak czasami w kościele ma miejsce… To prawdziwa przyjaźń. Jezus pozostaje Bogiem. Chrześcijan nie boi się prawdy, pozostaje nim, w odpowiedzialności i całej swojej godności. Czy to ma miejsce??? Bóg chce współpracy….
I zadał pytanie Jezusa:, Co chcesz, abym Ci uczynił???  Wprowadzając nas w dialog z Jezusem, dodał: A co chciałbyś ze mną robić???
Przypomniał o współpracy Boga i człowieka, a nie tylko człowieka z człowiekiem….W Ewangelii Jezus spełniał prośby, nie według zasług, tylko według naszych pragnień… Jezus sprawdzał pragnienia człowieka, czasami był ostry, i gdy prośby nie ustawały, uzdrawiał.. Według ich próśb…..Ich wiary…
Czy pragniesz uzdrowienia, by współpracować ze swoim Stwórcą? ·
Pomóż mi żyć w prawdzie – modlitwa, która może skruszyć lęk, fałszywy obraz Boga…..
Co robisz, gdy wchodzisz do kościoła?
Klękasz, modlisz się, a pomyślałeś, aby uśmiechnąć się…..???
Zamiast robić szum wokół siebie, jakim to nie jesteś katolikiem, bo chodzisz w niedzielę do kościoła-wyjdź do drugiego człowieka, Nie mów o miłosierdziu – jeżeli nie możesz patrzeć na sąsiada, lub kolegę z pracy,
Nie mów, że ktoś jest egoistą-, gdy ty nie robisz nic dla innych, siedząc w domu i narzekając jak ci jest ciężko….
Inni też cierpią…
Mocne słowa, zaskoczyły mnie…. W wakacje jakoś, ten ksiądz mówił wakacyjnie…. Mało przekonujący był dla mnie….
A ta niedziela mną wstrząsnęła, relikwie św. Charbela , które są w tym kościele, przemówiły…..
„Chrześcijaństwo to nie religia czy świątynia, to nie księga ani miejsce czy sposób uwielbienia. Chrześcijaństwo to sama osoba Jezusa Chrystusa. Lustro, które odbija światło, samo nie jest światłem. Odróżniaj światło i jego odbicia”…..
Pragnienia człowieka, wiele o nim mówią….. Czego dziś pragnę??? Co dla mnie dziś jest ważne? Kto może mi pomóc w odnalezieniu siebie? A jeżeli jestem szczęśliwy, to czy inni odczuwają i mówią mi o tym??? Bo to inni są weryfikacją, czy naprawdę kipię Radością, czy też udaję????
A co dziś sprawiło mi Radość??
Chcesz zrobić dla świata przysługę…
Uśmiechnij się!!…. Od uśmiechu Dobro ma ułatwiony wstęp….
A gdy usłyszysz:, z czego, tak się cieszysz?·Odpowiedz:, że, ciebie widzę….
Każde spotkanie ma przekaz..
Czasami tragedia może stać się błogosławieństwem otworzenia się na duchowość a nie tylko religijną wrogość…..
Przyjaźń jest wtedy, gdy milczenie drugiego rozumiesz, jak  nikt  inny… Gdy jesteś w stanie rozszyfrować, jego stan i przytulić, albo zostawić go w spokoju, dopóki burza nie minie….
Jezus właśnie, ze mną to robi…. Daje mi wolność.

Logiczne myślenie z refleksją zawsze się łączy.

Profesor do uczniów,
„Dwóch kominiarzy wychodzi z komina. Jeden jest czysty, drugi brudny. Który z nich weźmie kąpiel?
- Ten brudny, oczywiście – odparł jeden ze studentów. Profesor zauważył:
- Pamiętajcie, ten czysty widzi, jak brudny jest ten drugi i na odwrót. No to, który się wykąpie?
- Już rozumiem – odpowiedział inny student. – Czysty widzi brudnego i dochodzi do wniosku, że sam jest brudny, więc idzie się wykąpać. Dobrze mówię?
- Źle. Całkiem źle – odparł profesor. -  Skoro dwóch kominiarzy weszło do komina, to jak jeden mógł wyjść czysty, a drugi brudny.
Wypracuj sobie swój sposób myślenia, będąc otwartym na nowe możliwości….Nie wszystko, co inni mówią, jest prawdziwe…Odkrywając siebie, odkryjesz pokłady uśpionego talentu, danego tylko tobie, odkryjesz duchowość, która pozwoli ci na bycie wolnym , w więzieniu ciasnoty umysłu

Mówiąca Cisza leczy poranione myśli

DSC_0597Muzyka w ciszy
Sierpień dobiega końca, a wciąż upały w Nice…. Plaże pełne, hotelarze, restauratorzy zacierają ręce. Biznes kwitnie….
Czas leniwie się uśmiecha, chociaż ostatnio przewaga chmur, jakby miało popadać…. Ziemia pragnie deszczu….
Wolny dzień postanowiłam spędzić aktywnie… I o mało, a zostałabym u siebie .. Nie jestem rannym ptaszkiem, a miałam wstać o 6.30… Hm, gdy kogut zapiał (mam taki sygnał budzika, stwierdziłam że muszę zmienić, zbyt mocne dźwięki, jak na  taką porę ) No cóż, po otworzeniu jednego oka, stwierdziłam, że nigdzie nie jadę, bo miało padać i przekreciłam się na drugi bok. Po chwili zastanowienia, zdecydowałam wygonić lenia, mocna kawa i w drogę….
Po raz kolejny wypad w góry, Valberg – sympatyczna stacja narciarska. Jako, że to był poniedziałek, to pustki w miasteczku….Specjalny” Rando bus”, świetne rozwiązanie, za 5 euro w obie strony (w sumie straciłam 10 euro na kawę i pyszną bułeczkę w piekarni, prawie domowa )piknik  miałam ze sobą…. Nic tylko robić takie wypady…. I za każdym razem, mówię sobie: masz szczęście, mieszkać w takim regionie, gdzie miasto dba, aby nie siedzieć w domu..W autobusie trzy kokezanki nadawały niczym w radio, i gadały z kierowcą… Niezbyt dobry początek,  gdy zakręty zaczęły się pojawiać, to zamknęły buzie…
Na 9.20  byłam na 1650 m … Kawka, bułeczka i uśmiechające się górskie szczyty… Troszkę pokropiło, i widoczność nie była rewelacyjna, aczkolwiek Cisza mnie wzięła za rękę, i w tak szlachetnym towarzystwie spędziłam dzień….
Znając „ścieżkę planet” , bo tak się nazywa…. (mając w pamięci mój ostatni wypad, gdzie, nie mogłam sobie poradzić z oddechem ) wybrałam najłatwiejszy… Tylko 300m wspinania . I bardzo dobrze mi poszło, bo jak wdrapalam się do Neptuna, to aż się zdziwiłam że to już koniec ścieżki…. Pomysłowo zrobiony szlak, połączenie nauki i przyrody… Gwiazdy układu słonecznego, informacje o nich, świetnie wkomponowane w górskie szczyty…. Nie wiem kto ją stworzył, myślę że był pasjonatem astronomi i kochał góry… Człowiek to kreatywna istota…
Trzy panie z pieskiem mnie prześladowły, a więc postanowiłam je wyprzedzić… W górach wolę towarzystwo Ciszy….
I tak od Marsa, aż po Neptuna. Widoki, troszkę zamazane mgłą, chmury dopiero popołudniu poszły sobie. Na początku, ciężko było mi się wyciszyć, uspokoić rozbiegane myśli, aczkolwiek Cisza sobie ze mną poradziła… Usłyszałam ją, w dialogu ze sobą, starałam się być łagodna….. Każdy krok był wyciszany przez delikatny powiew wiatru, szczyty wzywały do odwagi .. A ja, pełna wdzięczności próbowałam oddychać, pamiętając tylko o stawianych krokach… Takie chwile, przypominają o tym jak bardzo człowiek jest poplątany… Zajęło mi ponad godzinę marszu, zanim wyciszylam myśli, zanim łagodność zaczęła działać i w podziwie stawianych kroków moje oczy zaczęły widzieć…. Piękno natury i przezwyciężenie lenistwa, jak dobrze że tu jestem….Niestety  brak deszczu, wysuszył ziemię, trudno o kawałek miękkiej trawy, a więc położyłam się na złotej trawie, troszkę była ostra.. I krowy, nie za bardzo maja co jeść… A spotkałam ich dużo… I motyle czarno czerwone… Czas przestał istnieć.. Każdy krok był uśmiechem i niebo rozjaśniało swoje oblicze…. Cisza aż skakała z radości, a ja razem z nią…. I minęłam rodzinkę z trójka małych brzdąców… Najmniejszy miał ok trzech lat, i bał się, a tato go uspokajał . Pomyślałam o tych dzieciakach , siedzących przed komputerem… Rodzice nie wiecie ile tracicie, nie zachęcając swoje dzieci do aktywnego spędzania czasu!!! … Mały boi się, ale idzie, bo ma oparcie, czuje się bezpiecznie…. Rodzice mają zapewnić byt dziecku ale i stworzyć warunki, aby z pasją wkroczyli w życie…
Przypomniałam sobie chodzenie po drzewach, złamanie obojczyka na huśtawce (oczywiście to była moja wina, że spadłam ) oj piękne dziecinstwo, ciągle na zielonej trawie,na deszczu, w zaspach….Wolność aż piszczała z radości… Dzieci, które znają przyrodę od małego, mają wiele szczęścia…. Francuzi chętnie z dzieciakami wyruszają, aby im podarować piękny aspekt bycia z naturą w zgodzie…. Pewnie mały brzdac bardziej zachwyci się zabawką, niż krajobrazem…. Aczkolwiek piękne widoki zostaną zapisane w jego malutkim świecie, i jako dorosły człowiek, chętnie będzie robił piesze wycieczki…. Jasne, dzieci nie można zmuszać…. Delikatność tego ojca, który mówił mu, :nie spadniesz, trzymając delikatnie, była sposobem, aby mały przezwyciezyl lęk…..
Będąc na Neptunie, a więc z na ostatniej planecie, posiedzialam długą chwilę, aby nabrać sił. Przewaga chmur i mgła zastrzegły sobie prawa…. Jednak słońce próbowało przebić się, I zrobiło dziurę w szarych chmurach…. Błękit rozjaśnił oblicze nieba, a ja otoczona pięknem gór czyściłam twardy dysk, czyli mózg…..
Schodząc inną ścieżka, spotkałam dzwoniące krowy…. I inny zestaw gór na widoku się pojawiał…
I czekając na busa, usiadłam na ławce pod altanką,napis mówił że jest to miejsce spotkań, nawiązywania znajomości….
I tak, przyszła babcia, z wnuczką. Mała prowadziła biały rower z naklejoną księżniczką (pewnie jest na topie ) No cóż, mała nawet jednej rundki nie zrobiła, babcia intelektualnie próbowała ją zająć…. Widać było brak radości, być może bogactwo przeszkadzało w jeździe na rowerze… Dla mnie ten rower był atrapą….
Drugi obraz, dziadkowie z czterema wnukami, to jest wyzwanie!! Trzy dziewczyny I chłopak…. Najmłodsza miała ok 5lat, najstarsza ok 12…. Była pora podwieczoreku, a więc dzieciaki wcinały słodkości… Najstarsza, miała focha, a więc nie jadła…A ślinka jej ciekła, a jednak uparcie  nie  chciała nic zjeść….. Chłopak, siedział na oparciu ławki a nie jak wszyscy na ławce, ba facet rośnie…. Zajadał się bułeczką z kawałkiem czekolady w środku (taki francuski, dziecięcy przysmak na podwieczorek ) Dziewczyny wcinały ciasteczka-Delicje…. I młody chciał spróbować,i wyraźnie dał do zrozumienia, że mu nie smakuje… Berkkkk, jak coś takiego można jeść….. Tak skomentował… Właściwie to ma rację, sama chemia…. Ba oczywiście rodzeństwo się przekamarzało, a na koniec, gdy wstali, tak zwyczajnie wzięli się za ręce…. Najstarsza przytuliła najmłodszą i reszta rodzeństwa dołączyła się… I tak szli dzielnie w objęciach po  przygodę, którą dziadkowie zafundowali…. Piękny widok…..
Jak bardzo różniły się te dzieciaki od tej dziewczynki z białym rowerem…..
I para usiadła…. Pełna ciszy i spokoju….. Mieli po 80 lat… Udało im się wspólnie wytrwać… Razem….
W busie, panie z pieskiem, nie za bardzo się wyciszyły, bo dyskusja dotyczyła negatywnego komentarza co do kierowców autobusu… Kierowca, włączył się w pasjonujący dialog, zwalając winę na szefostwo.. I była jeszcze jedna pani, które pamiętała jak to trzy lata temu, autobus nie przyjechał, a ona chciała pojechać w góry, bo było słonecznie….. No cóż i tak przez dobre dziesięć minut panie ostro dyskutowały…Można i tak… , Podczas drogi był spokój, górskie drogi, nie służą do gadania….. Słońce przechodziło na drugą stronę półkuli…..Piękne kolory nam machały, stukały do okien autobusu….
Gorges Cianis, tak się nazywa trasa….) Mała rzeczka wypływająca z najwyższego szczytu, tamtego regionu Mont Mounier…(2817 ) . Źródło które, płynie ok 25km…Kontrast geologiczny  jest duży, od skał białych, po czerwone. Od wygładzonych, po ostre… Formy też są różne….. Przebiega przez miasteczko Beuil…Skały wapienne, łączą się, że skałami wulkanicznymi….
Wąwóz wije się spokojnie, ma iglaste lasy, swoje tajemnice, jest majestatyczny , idealnie  wkomponowany, w tamte strony. Jak wszystko w przyrodzie, komponuje się dobrze, tylko człowiek chce wszędzie dołożyć coś od siebie… A raczej zarobić… Na szczęście górskie tereny sobie nie pozwalają, aby człowiek zaczął przerabiac na swoje kopyto….
Odbijające się promienie słońca dodawały odrobiny tajemnicy, wąwóz nigdy nie jest taki sam… Ma małe wodospady, naturalnie rzeźbione, niesamowite jak natura potrafi tworzyć…. Inspiracja, dla wielu artystów….
Wracając… Już planowałam nastęny wypad w góry…
Drugi wolny dzień, pojechałam do Antibes, dawno tam nie byłam… Bardzo gorąco było, a więc zrezygnowałam z planowanej wycieczki… I pospacerowalam po mieście…. Ludzi,jak mrówek, zwłaszcza na plaży, nie było mowy o spacerze brzegiem morza, chyba że skakajac po ludziach… Wieczorem miałam spotkanie z Teresa, po długim czasie, a więc spacerując przeszłam do miejsca naszego spotkania…. Słońce niemiłosiernie grzało…. Widoki rekompensowaly upał… Przez ok 4 km, tyle szłam… Wszędzie na plaży ludzie… (fakt, plaże są bardzo wąskie )I tak dotarłam do Golf Juan, małe miasteczko, w którym rozpoczyna się, La route Napoleon I, zagościł, wracając z pierwszego wygnania na wyspę Elbe….
Port, i jachty, restauracje, agencje nieruchomości na wodzie….. Spokój i bogactwo próbują ze sobą żyć w zgodzie …. W takim klimacie, czekałam na moją towarzyszkę wieczoru. I tak na ławeczce, trzy starsze panie, odpoczywały … I nagle przychodzi pan, który ich wita,:dzień dobry, młode panie, na pas to one :dzień dobry młody człowieku…. Poczucie humoru, ich nie opuszczało, pan wracał z wędkowania…. Dużo radości było w tym niebanalnym towarzystwie….
I ja także miałam niebanalne towarzystwo… Sushi, było ok, aczkolwiek, tam nie wrócę…. Pomysłowo udekorowany stół, małe porcje sushi, cenowo dostosowane do klimatu portu i innych restauracji….. Spotkanie I spokojna rozmowa, czas ważnych przemyśleń… Tych wypowiedzialnych, i tych przemilczanych… Czas Ciszy. Dla mnie, było podzielenie się Ciszą, którą usłyszałam w górach…. Św Charbel przypomniał :Być zawsze I i wszędzie jak Uśmiech i Światło Boga…. Inaczej mówiąc delikatnym i łagodnym…..
Ważne rzeczy nie potrzebują wielu słów…. Żyją swoim życiem, łamią wszelkie systemy komunikowania się…. Bez jakiegokolwiek wysiłku, szukać odpowiednich słów, czy miejsca…. Przemieszczają się razem z człowiekiem…. Tylko człowiek, nauczony wciąż mówić byle co, nie potrafi zobaczyć, jak bardzo oddala się od siebie samego, żyjąc w ciągłym narzekaniau i pretensjach….
A w pociągu, zaraźliwy śmiech Hiszpan, wracających z imprezy, był fenomenalny, tak zakończył się mój dzień….Cisza i spokój z uśmiechem zainstalowała się w moim świecie, i czeka na dalsze spotkania z naturą….I drugim człowiekiem….

Sw Charbel – piekno prostoty wypowiedzialo sie

  

Niedawno poznałam św. Charbela. Jego Osoba mnie zachwyciła. Najpopularniejszy święty w Libanie… Być może na te czasy, akurat On. Skromny człowiek o wyważonych słowach. Przesiąknięty modlitwą,   chroni przed głupotą mniemania, że jesteśmy panami tego świata. Jak często nam się wydaje….
„Wyryj w swoim umyśle każde słowo, które chcesz wypowiedzieć, wyrzeźb je w swojej duszy i oszlifuj w swoim sercu. Niech wypływa z twych ust tak, jakbyś układał kolejną cegłę powstającej budowli. Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje… ” Jak wiele pustych słów wypowiadamy…
W kościele francuskim w Nice, była msza św. z relikwiami św. Charbela… Wtorek. Pełen kościół ludzi. Nie wszyscy wiedzieli, po co przyszli. Nie wszyscy potrafili zamilknąć. Tak jakby Bóg im przeszkadzał…
Brak cierpliwości jest chorobą umysłu , jednak poświęcili wieczór, aby prawdziwa radość i pokój odmieniła ich serca….
Ksiądz z Libanu, mówił o tym, aby brać garściami, to, co Bóg daje za darmo, I aby rozdawać, pozwolić sobie na luksus bycia chrześcijaninem, który oświetla zakamarki ciemności….Skoro Charbel  potrafił, to, dlaczego nie ty?
Wejście z Najświętszym Sakramentem, relikwiami i obrazami św. Charbela, powaliło mnie na kolana…Prostota wejścia Boga i jego sługi. Jedynie organy mocno zabrzmiały. Zaskoczona oprawą liturgii, odkryłam na nowo kontemplację, której tak mało w dzisiejszych czasach. Księża mało mówią o Ciszy. Za dużo muzyki, za mało radości w czytaniu Słowa, Ewangelii. Ludzie zestresowani, księża poddający się parafianom…
A tutaj, jedyny śpiew to psalm… Ewangelia czytana sercem Libańczyka. Nie bój się Boga, wyjść przed szereg, odkryj Trójce św… Odkryj piękno chrześcijaństwa, a nie tylko prześpiewanych spotkań modlitewnych. Jeżeli nie potrafisz zamilknąć, to jak możesz mówić, że kochasz Jezusa…. Św. Charbel był z nami, być może to On mówił poprzez tego księdza. Przeszliśmy od stworzenia świata, do wylania Ducha św…Myślę, że były uzdrowienia.. Modlitwa wiernych mnie jeszcze bardziej zaskoczyła… Niech Bóg za wstawiennictwem św. Charbela uzdrawia dziś…. Szczególnie tych, którzy przyjechali z daleka…. Tylko tyle…
Przemiana wina w krew, a chleba w Ciało Chrystusa, była wyśpiewana po aramejsku. Przeszły mnie ciarki, Jezus stał się jeszcze bardziej bliższy…Niestety, niektórzy nie potrafili w oczekiwaniu (w jednym czasie było namaszczenie św. olejem sw Charbela,  błogosławieństwo relikwiami i komunia św.) zamilknąć… Byli szczególnie aktywni, mieli sobie dużo do powiedzenia…. Bóg się uśmiecha, a oni gadają….
„Nie uciekaj od siebie, by skierować się ku Bogu i nie kieruj się do Pana, aby uciec jak najdalej od samego siebie. Bóg chce ciebie takiego, jakim jesteś, by mógł cię podnieść i uświęcić. Nie pozwól, aby świat pchał cię do Boga, raczej niech Bóg sam cię do siebie przyciąga…. Szepnął św. Charbel…Być może, dlatego, tak narzekamy na kościół… Uciekamy od siebie samych, bandażujemy lęki…Zmieniamy się jak kameleony… A Bóg wciąż jest taki sam.
I na  zaskoczenie, organista zagrał Odę do radości…. A Charbel dostał oklaski…Wychodząc z kościoła uścisnęłam dłoń temu księdzu…. Nasz wzrok się spotkał….. Ma wrażliwe serce, I patrzy sercem….. Kolejny mój bohater…. Pomyślałam o znajomych księżach, tych zmęczonych, zrezygnowanych…. Tych, którzy nie mają wsparcia, lub skupieni na wielkim świecie zapominają o kontemplacji..
Być może chrześcijański świat Europy ma skierować swe oczy ku kontemplacji, aby nie zabić reszty wartości ,jakie Jezus przekazał w Ewangelii. Wszystko mi wolno ,aczkolwiek nie wszystko złoto co się świeci….

Niebanalne spotkanie z przyjaznia

2017 005Czekam na moich gości.. Te wakacje obfitują w ponowne odkrycie szlachetnych przyjaźni…… I pan na pianinie gra harmonijną muzykę… Świetny pomysł z pianinami na dworcach….. Ludzie mogą się wypowiedzieć przez wydawane dźwięki muzyki….. Pozna godzina, to i muzyka spokojniejsza… Ok zależy od wieku…. Trochę jazzowy rytm… Sympatyczne oczekiwanie na VIP. Ważne osobistości zaszczycą Nice i mnie…. A więc czekam z niecierpliwością…. Aby nacieszyć się sobą, w słonecznym klimacie palm, naładować baterie zwykłą życzliwością. Ostatnio życzliwość depta mi po piętach, wchodzi  na kolana, bierze za rękę….. Ludzie są dobrzy. Takich spotykam.
Tak wiec, przyjaciele z Paris zaszczycili Nice… Radosny czas, opowieści przy świecach, przy szumie morza..Mojito w La Havane .. I wypad w góry. Niespodziewany…. Z małymi zmianami godziny i kierunku wyprawy… Lac Boron w Saint Martin de Vesubie okazał się bardzo mały…. Hm no to spokojnie książkę już poczytałyśmy… (taki był plan) Jak to z planami bywa, nie zawsze się spełniają. Zapytaliśmy o krótkie szlaki i do mnie przemówił Lac Trecolpas  (nie miałam pojęcia, w co się pakujemy , czy szlak będzie łatwy i przyjemny, zaufałam intuicji), Aby dziewczyny się nie rozmyśliły, szybko podjęłam decyzję … Na szczęście nie miały nic przeciwko… Póki, co…. Pierwsze kroki były w towarzystwie ulicy…. Kilka kilometrów…..
W końcu,l w radosnej atmosferze wkroczyłyśmy na szlak. Drzewa dawały nam cień i siłę do zdobywania szczytów… Nie wiedząc, co nas czeka, zaufałyśmy drodze, bez żadnych pytań, sprawdzania, panikowania… A nuż będzie ciężko i nie zdążymy na autobus…. Szlak nas prowadził. Pozwoliłyśmy sobie na luksus bez planu…. I okazał się fantastyczny. Pomijając trud maszerowania… Ze względu na eozynofile , które się wciąż gromadzą i zabraniają płucom oddychać pełna gębą…. Co chwilę musiałam się zatrzymać, aby uspokoić oddech… Ludzie się zatrzymywał I życzyli mi odwagi… Ze warto, że już blisko… (Czyli zewnątrz mój stan nie wygląda dobrze), skoro ludzie się przy mnie zatrzymują… Było to miłe i motywujące, aby nie rezygnować i zdobyć szczyt. Byłyśmy na 1670npm…A wdrapałyśmy się na 2170npm….Widoki bajkowe, zimny powiew wiatru nas powitał i cud natury. Krystalicznie czyste jezioro otoczone górami…. Spokój, jedynie ludzie potrafią zakłócić spokój danego miejsca. Choroba chroniczna: nieustanne paplanie…. Nawet zmęczenie, nie zamknie ust człowieka…. No cóż, na czytanie książki nie było czasu… Bardzo potrzebowałam takiego odpoczynku…. Branie garściami, co natura daje…..Po powrocie zasłużone sushi, na wynos z mojej ulubionej resto…., I szybko usnęłyśmy, śniąc o błękicie jeziora
Trecolpas…. I wszystko było nieogarnionym Dobrem. Szlachetną radością bycia Razem. Droga wdrapywania się na szczyt, tego co  ważne… Droga wolności.
I nagle czas pożegnania,  białą chusteczką, łezka się zakręciła i  pusto się zrobiło. Została nierozerwalna  więź przyjaźni… Cud istnienia na ziemi, aby nie zwariować od obowiązków, ciągłych terminów, oderwanie się od wszystkiego, co przytłacza…. Po to są przyjaciele, którzy zwyczajnie są….. Skarbem….
I kolejne osoby, tym razem córka kuzyna z koleżanką. Tym razem miały apartament dla siebie, na Promenade  de Anglais, morze na wyciągnięcie ręki…. A więc opalały się, leniuchowały…. Byliśmy razem w Monaco, było  także czterech   kumpli  , ze studiów (znajomi dziewczyn, którzy postanowili wyruszyć razem, pobyć, ze sobą) Zaskoczyli mnie ci młodzi ludzie kulturą, poczuciem humoru, zażyłością między sobą….. Aż zatęskniłam za moim paryskim towarzystwem, niebanalnym, ciągle obecnym. Chłopcy nieźle się bawili, dogryzając sobie nawzajem, oddychali przyjaźnią…. Ich poczucie humoru, było super fajne…. Z nadzieją, że uda zachować się im w życiu dorosłym, te piękne cechy bycia przyjaciółmi, którzy śmieją się z siebie nawzajem, a jednocześnie chronią jeden drugiego….. Pełne zaufanie, zero obrażania się….
Wróciły wspomnienia z imprez….. Nie ma, co rezygnować z takiego czasu….. Mamy go tyle ile potrzebujemy, tylko nie zawsze nasze wybory nam pozwalają na korzystanie jak ci chłopcy z szlachetnego uczucia przyjaźni… Nawet zdjęcie z dwiema obcymi dziewczynami sobie zrobili….. Angielski bez zarzutu…. Odważni ! Młodzi….Potrafią aktywnie spędzać czas…. Chcą odkrywać…. I to jest piękne…. Dobry czas w ich towarzystwie spędziłam….
I kolejne odwiedziny kuzynka z mężem Portugalem I maleństwo w brzuchu…. Pierwsza jego podróż… Póki, co kopie mamę…. Oni spokojnie spędzali czas, pracowałam,  więc nie mogłam z nimi zwiedzać… Aczkolwiek mogłam poznać bliżej męża kuzynki i odnowić kontakt z kuzynką….
No cóż, wolę bardziej aktywny wypoczynek….Każdy inaczej wypoczywa, ma swój sposób na doładowanie baterii…
I niezbyt dobre wieści, babcia znalazła się w szpitalu, mając 95 lat i zapalenie płuc. Różnie to może być. Pewnie dożyje 100 lat.Już jest w domu….
I niestety eozynofile postanowiły dalej rozrabiać  w moich płucach…. Do tego stopnia, że mój Anioł Stróż – Pr. MARQUETTE wysłał mi  maila z propozycja konsultacji z nim, i nawet receptę dostałam..(Dostał moje badania krwi, które robię, co miesiąc).. Znowu leki, znowu badania…. Troszczy się o mnie…Co nie zmienia faktu, że mam dosyć niespodziewanych zgromadzeń eozynofilii….
Kolejną lekcje dostanę w połowie września…. Widoczne, ma mi ważne rzeczy do przekazania. Jak zawsze, jeszcze nie wyszłam od niego, z pustymi rękami…. Za każdym razem łagodność uśmiecha się….. I znowu milczeniem powie mi wszystko, co mam wiedzieć….. Być może, dlatego eozynofile podskoczyły…. Bo chcą pobyć w towarzystwie lekarza, który oświetla zakamarki ciemności….. No cóż, tak czy inaczej mój romans, że szpitalem trwa nadal..
Wciąż słońce podaje dawki gorąca, trochę za dużo…. Wyschnięta ziemia pragnie kropel deszczu…. Będąc w parku obok siebie, super miejsce z oliwkami, aby zobaczyć Nice z góry trzeba się wdrapać….Ziemia krzyczy o deszcz, położyłam się na wyschniętej trawie, spalonej od promieni słońca…. Jej miękkość stwardniała…. Jest cześć dzika i zadbana… Jedno drzewo oliwkowe ma 100 lat….Budzi respekt, zasadzone na wzgórzu, ma ładny widok na morze…..

Na plaży mnóstwo turystów, jeszcze lenistwo szaleje…. Niedługo powrót do obowiązków…. Nice zacznie powoli usypiać….Sierpień to  nawał turystów, ludzie wracają, zamach został zapomniany….. Życie toczy się dalej….. A Nice żyje z turystów…. Lazur przyciąga i słońce przez większość roku także…..
Dobry wakacyjny czas, dużo niespodzianek i odkopanych na nowo więzi. ZAPACHNIALO SZLACHETNOSCIA PRZYJAZNI……

Na Ziemi jesteśmy tylko na chwilę

DSC_047214 lipiec 20016 w Nice nie zakończył się dobrze…
Rok później, uroczystości z wielką pompą…..
Macron, Hollande, Sarkozy, powitani przez Estrosi, szefa miasta Nice. Wielka scena, koncerty, defilada samolotów. I najważniejsze, rodziny zmarłych…. Bo to dla nich te uroczystości miały miejsce.
Rano, obudziłam się z obrazem, ciężarówki, która wjeżdża w tłum…. Ten obraz wrócił, jak bumerang… Panika I szokujące wieści, 86 osób zginęło…Żyjemy w stanie wojny…. Europa, wcale nie jest od niej uwolniona. Nie jesteśmy bezpieczni. Jednak nie możemy panice pozwolić na instalację. Żyć, pomimo wszystko!
Policja, wojsko, barykady, bariery, kamery-tak wyglądała sceneria 14 lipca 20017 w Nice…. Wcale nie czułam się bezpiecznie, świadomość, że jesteśmy osaczeni przez terrorystów, którzy w każdej chwili mogą uderzyć…. Oni nie boją się niczego…
Przemówienia, łzy, czytane Imiona, tych, którzy stracili życie….
Czy szefowie państw, są w stanie zapewnić bezpieczeństwo? Nie jestem, tego taka pewna….Być może zaprzestanie strzelania do siebie nawzajem oskarżeń, mogłoby by pomóc, w stworzeniu dialogu…
Męczące są słowa bez pokrycia, a człowiek ich zbyt wiele wypowiada….
Bądźmy razem. Bez tłumaczenia, osadzania, wytykania, kto jest nieodpowiedzialny, a jeżeli już, to nieśmy konkretną pomoc….
Wieczorem koncert orkiestry Filharmonii z Nice, z chórem Opery…. Ok 80 śpiewaków I muzyków….. Zaproszony Giuseppe Verdi słuchał z nami…Wraz z Jean-Sébastien Bach, Astor Piazzolla, Carl Orff et Giacomo Puccini.
Nabucco-słynna opera, I słowa pełne wiary….’’ Tragedio , nieś dźwięk gorzkiego żalu, lub naucz się od Pana zgody ! By znaleźć siłę w cierpieniu.’’
Niezwykle połączenie akordeonu i orkiestry, trąbki miały swoje pięć minut…. Otuleni muzyką, byliśmy bezpieczni. Niestety człowiek, nie potrafi zamknąć ust… Niby  taki dorosły, a podczas koncertu, musi mówić…. Boi się swoich emocji…
Próbowałam zamknąć oczy, przytulić się do roztańczonych nut, zachwycić się utworami .Wszystkie mówiły o wolności i szacunku…Idealnie dobrane ,drzewo życia na scenie…
Minuta ciszy, o godzinie ataku, była mocnym przekazem. Ludzie wreszcie przestali mówić. Nice wstrzymała oddech.. Wpatrzeni w niebo, prosiliśmy o Pokój…..
Duże ekrany, z bliska pokazywały muzyków, a na koniec Zatokę Aniołów… I to było wzruszające…. Ja tutaj mieszkam…. Poczułam się częścią tego miasta…Współczucie I wdzięczność mieszała się ze sobą…
Najbardziej wzruszająca, była piosenka Calogero,, francuskiego muzyka, który napisał piosenkę: „  Sztuczne Ognie „.
Bardzo osobista piosenka. Przekaz klarowny. To nie przypadek, że to właśnie On zaśpiewał…Wielu muzyków napisało teksty po zamachach…. Miał być Calogero. Czarne pianino i jego osobowość harmonizowały ze sobą….W takich chwilach czas przestaje istnieć…. Nie ma miejsca na udawanie, jego wrażliwe serce chciało się podzielić. Zaśpiewał po mistrzowsku, Verdi wprowadził nas w klimat Życia i Cierpienia, a  Calogero uwrazliwił nasze serca,  przeniósł nas  na łąki  ziemi po której stąpamy  Tu i teraz! Ofiarujmy innym światło !! Jesteśmy tylko na chwilę. Jesteśmy jak te sztuczne ognie,  odbijające się w oczach drugiego człowieka…. Bądźmy światłem… Bądźmy dobrzy..
I gdy na koniec chciał powtórzyć ” Nous sommes comme les feux d’artifice.” … Łzy mu poleciały, wzruszenie osiągnęło zenitu, płakał I nie dokończył..Opuścił scenę () mnie przeszły ciarki, dawno nie zostałam dotknieta tak cudną chwilą)) … Orkiestra  zakończyła….W ułamku sekundy, piękno przemówiło. Wszystkie słowa musiały umilknać… Nie mogliśmy przejść obojętnie,obok tak autentycznego zachowania…Spontaniczna reakcja oklasków,była wybuchem wdzięczności… Tak bardzo potrzebujemy takich emocji…. Potrzebujemy autentyczności przekazu.   86 białych balonów z lampionikami w środku, poleciały w stronę Promenade de Anglais. I ok 300 balonów od ludzi. Niesamowity moment, połączenia współczucia i wdzięczności. Calogero nam w tym pomógł, wraz z orkiestrą połączył niebo i ziemię. Ucałował Życie, a my razem z nim… Wycisnał z nas odżywcze soki Piękna i Zachwytu. W  tym samym czasie zapaliło się 86 wiązek światła na Promenade…..Wolność I Braterstwo mocno zabrzmiały…. Nie było obcych, Wzruszenie, łzy, wdzięczność…
A na koniec  zabrzmiał Canon Pachalbela  (mój ulubiony utwór)) Towarzyszy mi w ważnych chwilach, a ta była ważna, była pięknem samym w sobie… Trudnym do zrozumienia, refleksyjnym pięknem…
Rzadkie chwile.
Wracałam do siebie pełna Pokoju, Refleksji i Wdzięczności…….
Bo  jak śpiewa Calogero
Nous sommes comme les feux d’artifice
Vu qu’on est là pour pas longtemps
Faisons en sorte, tant qu’on existe,
De briller dans les yeux des gens
De leur offrir de la lumière
Comme un météore en passant
Car, même si tout est éphémère,
On s’en souvient pendant longtemps….

Zatoka Aniołów nabrała nowego znaczenia… Stąpajac po Promenade de Anglais, nie sposób spojrzeć w niebo…..

POWIETRZE -BEZCENNE DLA ISTNIENIA , ABY SIE ZACHWYCAC

Lipiec – turyści, słońce, tłok na plaży, w restauracji, norma w Nice…
Lato. Wakacje. Czas zapomnienia o codziennych obowiązkach.
Ceny wzrastają, praktycznie wszędzie. Wszyscy chcą zarobić. Często przesadzają… Jak się nie zna miasta, a chce się pić…. No cóż, na pragnienie nie ma  rady…
Ostatnio zaczęłam marudzić (sama do siebie)… I któregoś dnia, pomogłam nowej dziewczynie w pracy…. Bardzo przypomina mi Chantal…. Ma spokojną osobowość….  Opowiedziała mi swoją historię, jaką obecnie przeżywa…Przestalam  narzekać…
Z pochodzenia jest portugalką. Mąż w styczniu ją zostawił z 4 dzieciaków…. Poszedł do młodszej…. (Co tak naprawdę było powodem, on sam jeden wie) I niedawno wrócił…..
Zupełnie tego po niej nie widać…. Uśmiechem maskuje cierpienie….Walka o chleb, o dzieci, nie pozwoliła jej się załamać. Pomyślałam o tych wszystkich bogatych paniach, które mają depresję…O tych, którzy narzekają bez powodu….
Nie przestała dbać o siebie, wygląda pięknie..
Walczy dzielnie… I niebo zsyła jej podpowiedzi, jak sobie poradzić….. Dobrze jest z takimi ludźmi pobyć, przypominają, o tym, że cierpienie jest częścią życia, że inni cierpią także…  Nie stała się narzekającą, plującą jadem złości, skierowanej do wszystkiego, co spotka. Idzie w stronę światła.
Jeżeli nie wpuścisz światła, już przegrałeś!!!  Dewiza mojego Anioła Stróża.
Wiem coś na ten temat, a Véronique potwierdza moje spojrzenie…
I wizyta u lekarza…. Anioł Stróż, na posterunku… Wciąż promienieje, wciąż wyrywa śmierci swoich pacjentów. Daje życiodajną Nadzieję. I wciąż jestem przy nim onieśmielona.
Był nieźle spóźniony, na przeprosiny usłyszałam „I kolejna osoba uratowana ” (był przy pacjentce, z którą sobie inni lekarze nie mogli poradzić) I jak go nie kochać….Pielęgniarka powiedziała, że, ten lekarz chce być wszędzie… no cóż typowy Anioł Stróż.
Jak zwykle, miał studenta i tłumaczył mój stan zdrowia… I Jak zawsze, z wielką uważnością, słuchał mnie, a ja jego. Narodził się dialog, miałam wrażenie bycia z przyjacielem, a nie z  lekarzem.
„Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje.
Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie” przypomniał św. Charbel…. Marquette robi wszystko, aby odroczyć śmierć. Tworzy nowy system obronny organizmu. Wskazuje, co do milimetra, gdzie jest stan zapalny…. Nawet jak nie może znaleźć przyczyny, idzie na intuicję (w moim przypadku nie wiadomo, dlaczego płuca tworzą blokadę) a jednak udało mu się przejść przez dżunglę eozynofilii, wybić je, I tym sposobem zmniejszyć ogniska fibroblastyczne , które tylko z  sobie znanych powodów się tworzą.
„Nie istnieją specyficzne metody leczenia eozynofilii. Z reguły ulega ona samoistnemu cofnięciu wraz z poprawą stanu chorego..” Tak twierdzi nauka…
I tak właśnie się dzieje, no cóż będę musiała przyzwyczaić się do kroku ślimaka w górach, i podczas wysiłku fizycznego…. Zalecił mi długie spacery… A więc to, co lubię…Natura najlepszym lekiem….
Dopiero do mnie dotarło, że ok 40% powietrza nie dociera  do moich płuc.


Nadzieja, którą przekazał mi lekarz, sprawiła, że, nie pozwoliłam sobie na siedzenie w domu…(. I nie zamierzam, wkrótce wypad w góry…)
Moc pozytywnego wizerunku moich eozynofilii, zmniejszyła we mnie lęk przed wyruszeniem w drogę…. Chyba, zaczynam je lubić, są częścią mnie, nawet jak robią bałagan w płucach, są częścią mnie… Może kiedyś dowiem się, dlaczego… Może kiedyś mi powiedzą…
Póki, co organizm zmęczony lekami, w końcu odpocznie… Upały w tym nie pomagają… Postaram się traktować siebie, tak jak przypomniał Anioł Stróż…. Z łagodnością.
Tyle durnych nawyków, kaleczących ciało I ducha… Zaczynam je widzieć, zaczynam je zmieniać… Co nie jest takie łatwe, aczkolwiek możliwe i bardzo potrzebne mojemu organizmowi….
No cóż, jakiekolwiek ćwiczenia wysiłkowe odpadają, a więc pozostaje mi romans z naturalnym środowiskiem, parkami, plażą…. Bynajmniej za darmo, a tyle chwil szczęścia….
Jak do tej pory, za te wszystkie lekcje, nie zapłaciłam ani centa… Ok, mam prawo do bezpłatnej opieki, (i muszę przyznać, że czuję się jak księżniczka) Jasne, wolałbym mieć zdrowe płuca…aczkolwiek ni się nie dzieje bez przyczyny…

Marquette zaszczepił mnie przeciw ( bezpodstawnemu  mniemaniu, że nic dobrego nie dzieje się w moim życiu)… Dał mi lustro, a każda wizyta to zobaczenie prawdziwego mojego życia….. Nieliczni lekarze, mają taką moc…. I wciąż jest pasjonatem Życia….
Po raz pierwszy zgadzam się z kimś, w 100 procentach….. (Zwykle mam swoje teorie) tym razem, zgodnie postawiliśmy diagnozę dalszego rozwoju….( Nie miałam się, do czego przyczepić)…. Wychodząc, z gabinetu, zastanawiałam się czy aby nie śnię… byliśmy zgodni i autentyczni, może dlatego dialog był możliwy…..taka Obecność jest bezcennym skarbem.
40% bezcennego powietrza nie może się przebić….Odczuwam te procenty….. A jednocześnie, bardziej doceniam i dbam o zdrowy styl życia…. Oczywiście, stare nawyki wracają, jak bumerang….
Nie chcę, aby była to kolejna wyuczona technika….
Właśnie się dowiedziałam, że pr. Marquette jest między innymi twórcą  projektu „Air, który ma na celu wczesne wykrywanie raka płuc….
” Według naukowców z francuskiego Państwowego Instytutu Zdrowia i Poszukiwań Medycznych, Uniwersyteckiego Centrum Szpitalnego w Nicei i Uniwersytetu Nicea-Sophia-Antipolis, Francuscy naukowcy opracowali metodę bardzo wczesnego wykrywania raka płuc – nawet kilka lat wcześniej, zanim nowotwór będzie widoczny na zdjęciach rentgenowskich. Wszystko dzięki prostemu badaniu krwi! Pacjent dostaje ich rezultat w ciągu kilku minut-taką informację znalazłam na stronie polskiej…
Czy uda się ekipie z Nice udowodnić swoje odkrycie?  Myślę, że z pr. Marquette i  jego umiejętnością dbania o swoich pacjentów, dadzą rady… Teraz rozumiem, dlaczego tak biega, a nie jest zmęczony…. Zanurzony całkowicie w rzeczywistości, spełnia marzenia chorych na raka…. Służy ludzkości, przekraczając bramy śmierci…. Powiedział, że „rak płuc może być wykryty już na rok przed wykryciem przez tomograf… Zwykle pobranie krwi dla pacjenta, natomiast dużo pracy w laboratorium…. Nad jednym pacjentem, aby znaleźć komórki rakowe, trzeba spędzić ok 30 min, i mieć bardzo dobre oko, aby oddzielić, miliardy zdrowych od chorych….I się nie pomylić. A tych chorych komórek jest garstka.. I takie badanie kosztuje….We Francji 75%zdiagnozowanego raka płuc , nie jest możliwa operacja….
Dlatego projekt potrwa 3 lata,  w 21  uczelniach medycznych we Francji, badanych jest 600 osób, którzy zaprzestali palenie….
Niesamowite, że mogę znać Marquette, śledzić odkrycia naukowców z Nice….
Taki prezent od Życia….