Emocjonane zamieszanie a zrozumienie

1494328789827

Jesteśmy stworzeniem emocjonalnym.

Każdy człowiek nadaje na innych falach, problem polega na ustawieniu odpowiednio naszych emocji.
To, w jaki sposób się wypowiadamy świadczy o naszym stanie emocjonalnym.
Można wyćwiczyć ton głosu, gestów, słów, najtrudniej uciszyć emocje.
Nie przebieramy w słowach, gdy ktoś nas obraża.
Wyzwiska lecą jak kamienie…
A Ewangelia nam mówi…. Niech pierwszy rzuci kamień, kto jest bez winy…
Żaden tytuł, ani pozycja nie chronią przed głupotą.
Nawet w organizacjach charytatywnych w kościele, są sytuacje, którymi nie można się pochwalić.
Słowo ma ogromną moc.
Politycy są mistrzami w obrzucaniu się Słowami, mało inspirującymi.
Podobno pracują dla Dobra swojego państwa, czy też świata.
Rzadko jesteśmy świadomi wypowiadanych Słów.
Wcale nie czuję się bezpiecznie, gdy wojsko milcząco stawia kroki po ulicach…
Wcale nie czuje się bezpiecznie, gdy na świąteczny czas wszędzie bramki i sprawdzenie torebek….
Stan zagrożenia życia zagląda prosto w oczy…
Na początku było Słowo…..
Co zrobiliśmy z tym Słowem..?.. ·Boże Narodzenie trwa od listopada..
Jest wszystko, oprócz, miłości…..
Ludzie uciekają od siebie nawzajem. Rodziny przy stole, pełnym jedzenia, a  Miłość w kącie płacze….
Tęskni za człowiekiem, który zdolny jest do pokochania siebie i potraktowania z szacunkiem innych…
Pokochania, nie po to by rządzić nim, tylko pomóc mu uśmiechnąć się.
Czy jestem zdolna do takiej miłości???
Czy też, krzyk na dobre zainstalował się we mnie i emocje mówią, co chcą???
Gdy brałam dużą ilość kortyzonu, żałowałam, że nie mam karabinu, większość ludzi miałam ochotę pozbijać.
Moje emocje warczały na wszystkich…. I gdy podczas konsultacji, opowiedziałam mój stan profesorowi
On rzekł – rozumiem Ciebie…
I opowiedział historie ze swojego doświadczenia…
Żadnych dobrych rad…
Wkrótce znalazłam sposób na siebie i zrozumiałam, że leki pomogły mi zobaczyć niewypowiedziane emocje, które domagały się wyjścia na wolność.
Czujny Anioł Stróż naprowadził mnie na dobrą drogę, pozwolił samej nazwać to, co mnie boli, o czym rzadko mówię…. I to było trudne a zarazem uzdrawiające.
Ostatnio kupiłam dla dziewczyn z pracy bułeczki…. (I zostawiłam na stole) Dziękowały mi
Było to bardzo miłe, nie tyle podziękowanie, co sam fakt gestu…
I dziewczyny i ja miałyśmy uśmiech na cały dzień….
Takie spontanicznie gesty, mają wielka moc.
Dziś usłyszałam, że Dobrem jest każdy uśmiech…I że najważniejszy jest początek…Początek dnia…Każdej chwili Powstawanie po przegranej bitwie… Po słowach niezbyt dobrych.. I tak dopóki nie wpadniemy w ramiona śmierci… Jedynie, co mamy robić to brać garściami, co każdy dzień nam ofiaruje i zapamiętywać inspirujące słowa, gesty i uśmiechy…
Emocje lubią być wysłuchane. Emocje lubią ciepło. Emocje są częścią życia każdego człowieka. A gdy warczą, to znaczy, że czują się niedoceniane….
Wtedy warto się im przyjrzeć., A jeszcze lepiej, gdy trafi się na człowieka, który zrozumie, który będzie inspirował, który będąc dyrektorem, profesorem, biskupem, prezydentem potraktuje cię jakbyś był dla niego najważniejszą osobą na świecie.
Tak właśnie się czuję na konsultacji z moim profesorem Marquette.
Moja pozycja nie ma żadnego znaczenia                                                                                                                            Z takimi ludźmi można czynić tylko Dobro., A tylko, dlatego że obie strony szanują siebie nawzajem.
I być może wtedy globalne ocieplenie, przeniesie się w serca ludzi…..

Upiliśmy się młodym winem

DSC_0192
Koniec listopada, sobota wieczór. Studenci zorganizowali wieczór uwielbienia, aby podkreślić wagę święta Chrystusa Króla, koniec roku liturgicznego. Św Faustyna prowadziła ten wieczór.
W obrazie Jezusa Miłosiernego kontemplowaliśmy twarz Króla.
Jezu ufam Tobie – nadzieja chrześcijanina.
Zaskoczona pięknem wystroju, muzyką świetne wkomponowaną w ciszę i spokój, pozwoliłam porwać się Aniołom.
Pianino z gitarą i kilka osób śpiewających. Pełnia prostoty.
Musical dla Stwórcy, a była to refleksja o Miłosiernym Bogu, który przytula, który nie zapomina o człowieku, który Jest…..Zawsze taki sam….
Bóg, który nas szturcha
Obudź się!
Uśmiechnij się!
Zawalcz o mnie!
Św. Jan Paweł II czuwał z nami, wraz z Aniołami pokazywał wroga Życia, pokazywał gdzie szukać pomocy. Bóg jest najlepszym psychiatrą (coraz więcej młodych cierpi na zaburzenia psychiczne) Bóg nie chce pieniędzy, nie chce cierpienia.
W życiu i tak mamy w pakiecie chwile trudne . Nie musimy chodzić do wróżek, aby pewnego dnia organizm odmówił posłuszeństwa, wypadek czy też inna tragedia ….nas zaskoczyły..
Nie możemy żyć ciągle w strachu, wtedy nasz wróg: lenistwo, zniechęcenie, narzekanie daje swe znaki, zabiera to, co i tak jest tak kruche- Życie.
Garstka ludzi odpowiedziała na zaproszenie Stwórcy, reszta jak to w sobotę odwiedzała  znajomych, delektowała się kolacją…Lub została w domu…
My także byliśmy na uczcie, młode wino także było… I był Bóg z Jezusem, Maryją, Aniołami, Świętymi….
Nic takiego się nie wydarzyło, a jednak wzruszenie każdego z nas wyraźnie było widać.
Bóg uzdrawia w ciszy…
Za mną siedział chłopak, który dał mi przykład. Nawet jego twarzy nie widziałam, a wiem, że modlił się za mnie.
Był na wyciągnięcie ręki, dyskretna Obecność, tak bardzo ważna w życiu codziennym..
Pomyślałam sobie ze tak właśnie ze mną postępuje Bóg, jak ten chłopak, który przyszedł nieoczekiwanie, usiadł za mną i przez długa chwilę był obok.
Zanurzony w modlitwie….
I gdy na końcu, chciałam mu podziękować, jego już nie było, wyszedł wcześniej..
Nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz się twarzą w twarz ze Stwórcą…kiedy dyskretnie przyjdzie pomoc.
Potrzebujemy oparcia, a nie ciągłych rad, pretensji…
Młodzi studenci w Nice walczą o Boga, dzielą się talentami, rozdają radość. Jasne, proboszcz ich wspiera, jest z nimi, prowadzi ich..
Była nas garstka. Wszyscy z wyboru. Może to własne się bardziej liczy niż jakiekolwiek inne praktyki religijne.
Mój wybór.
Grupa śpiewała jakby był pełen kościół ludzi.
Jezus był dyrygentem! Miłosierny! Na boso! Bez względu na moją ignorancję Jego Obecności.
Takie niezwykle, Bóg wie, że zwyczajnie nudzą mnie długie kazania, modlitwy, a więc daje mi przykład…. I coraz wyraźniej potykam się o te przykłady. Widzę je, próbuję zachwycić się nimi.
Przeczytany tekst św. Faustyny, wpleciony w przebaczenie św. Jana Pawła  II swojemu zabójcy, było mocnym przypomnieniem zawierzenia Stwórcy, tego co dla mnie ważne.
Będziemy sądzeni z miłości, a nie z ilości modlitw…
Rodzice małego chłopca, byli w grupie śpiewającej, a więc młody nudził się, a nawet chwilami im przeszkadzał. Dzieci lubią być zajęte.
Człowiek dorosły mówi, że jest zajęty, nie zawsze zgodnie z prawdą.
Wszyscy potrzebujemy, aby ktoś nas przytulił..
Samotność jest gorsza od raka. Czasami nasz wredny charakter odsuwa innych, czasami boimy się, że po raz kolejny raz zostaniemy skrzywdzeni. Czasami jest to wezwanie Boga…
Wychodząc z kościoła, uśmiechnęłam się…
Znak Ducha Świętej Radości. Nawet  księżyc do mnie mrugnął…..
Niedzielną celebrację mszy św. miał proboszcz. I znowu podniósł poprzeczkę.
Odkrywam Boga. I te wszystkie rekolekcje, przeczytane religijne książki, rozmowy, są niczym w porównaniu z tym, co się dzieje podczas mszy św.
Potrzeba księdza, który ma czas, dla Boga, który wychodzi naprzeciw Bogu i dba o kondycję swoich parafian.
Pere François-Régis świetnie spełnia misję, jaka została mu powierzona.
Dziś, gdy z orszakiem młodych ludzi środkiem kościoła, wchodził, był skupiony, w geście uwielbienia  miał lekko rozłożone dłonie…. (gest modlitwy)

  Ewangelia była śpiewana, aby podkreślić święto…
Kazanie, jak zwykle pełne medytacji, bez krzyku, bez zbędnych słów. Zero pestycydów, 100%   Dobra Nowina…
Ciepłym głosem powiedział tak-  Jeżeli doświadczyłeś Miłosierdzia Bożego, jeżeli zostałeś dotknięty Obecnością Boga, jeżeli poczułeś ciarki i byłeś pewien, że to On jest obok, w chwilach trudnych,w grzechu, w  słabościach, to nie możesz nie być miłosiernym… Jest to rzecz niemożliwa…. Jeżeli  tak się dzieje, to znaczy, że jeszcze nie spotkałeś Boga….. I w tym momencie cisza była tak wymowna, że aż mnie ciarki przeszły…
Mocne!!!
I opowiedział historie, nowego pastora, który przebrał się za bezdomnego, miał objąć kościoł liczący 10.000 Członków.
Prosił ludzi o jedzenie, bez odzewu… Poszedł do kaplicy, usiadł z przodu i został poproszony przez osoby wprowadzające, aby zechciał usiąść z tyłu. Pozdrawiał ludzi, bez odzewu,…
I przyszedł moment przedstawienia nowego pastora…
Zgromadzenie rozglądało się wokół, klaszcząc z radością i oczekiwaniem… Bezdomny człowiek siedzący z tyłu wstał…  I wtedy przeczytał dzisiejszą Ewangelię…
„…… Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? Spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? Lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mieście uczynili”.
Dodał: Dziś widzę tu zgromadzenie ludzi, a nie kościół Jezusa Chrystusa. Na świecie jest wystarczająco dużo ludzi, lecz za mało uczniów…, Kiedy WY zechcecie stać się uczniami? …. Być chrześcijaninem to coś więcej niż myślicie, że jesteście. Jest to coś, czym się żyje i dzieli z innymi.
Kiedy zaczniesz być prawdziwym chrześcijaninem???
Ta historia zawstydziła i mnie.
Père François-Régis celebruje kilka minut ciszy po komunii…. I ta cisza ma sobie wielką wartość.. Wspólnota wtedy czerpie zyski. Rodzi się więź między Bogiem a człowiekiem….  

Nie jest łatwo być dla innym zawsze dobrym, ale też nie jest łatwo, gdy ciągle od innych otrzymujemy odmowę…DSC_0145
Każdy gest uśmiechu ma sens…. Każde dobre słowo ma sens…
Jezus patrzył głębiej….

CUDA SA TAK WRAZLIWE

DSC_0502Gdy leciałam do Polski na pogrzeb babci, na lotnisku wpadła mi w ręce książka” L ‚Homme – joie”.

Niezwykle jest to, że miałam ją na liście do mojej biblioteczki. Napisał ją Christian Bobin. Nie musiałam jej szukać. Babcia mi ją podrzuciła, abym się za bardzo nie smuciła jej odejściem z tego świata.Oczywiście książkę kupiłam, sam tytuł zmusza do uśmiechu.

Człowiek – radość, interesujący tytuł i treść książki bardzo bogata.

Bobin otrzymał nagrodę z Akademii 2016, a w 1993, Prix des Deux Magots za książkę religijną Le Très-Bas (w wyd. polskim Najniższy) o św. Franciszku z Asyżu. Za tę samą powieść otrzymał w tym samym roku Grand Prix Catholique de Littérature.
‘’Życie nie kończy się, rzadko jesteśmy na szczycie naszego życia-te słowa przeczytałam dotykając chmur. Niesamowite, że właśnie ta książka mnie zaczepiła, wprowadziła w życie a nie śmierć. A przecież leciałam na ostatnie pożegnanie babci.
‘’To, co widzimy nas przemienia. To, co widzimy, daje nam prawdziwe imię’’ – pisze Bobin.
‘’Sama świadomość nie oświetla nam drogi, tylko prawdziwe światło płynące z głębi naszych serc. Najpiękniejsze jest odkrywanie’’- dodaje.
O miłości i śmierci pisze tak – ‘’miłość przychodzi, gdy ktoś obok ciebie jest jak rzeka, jak gwiazda, jak kwiat wiciokrzewu, który upija swoim zapachem. I ta, która jest pod ziemią, nie, nie jest pod ziemią, jest przy Aniołach, i pewnie zna ich imiona……Ona jest przy tobie. W szafie błękitnego nieba, biała suknia. Wyciąga proszek śmierci. Wieczność suszy’’….

 I pyta siebie czy jest normalny. Odpowiedź brzmi: nie. I wcale się tym nie martwię-sam sobie odpowiada.’’ To, co się liczy to siła radości, która odbija się w szkłach naszych oczu. Jedno objawienie i wszystko jest uratowane’’. Zgadzam się z nim.
Większość ludzi zamyka oczy na cuda. Brak prawdy jest gorszy niż koniec świata-dodaje.
Wzruszyły mnie jego przemyślenia, po raz kolejny niebo podsunęło mi dobrą lekturę. Słowa przesiąknięte życiem.
Bóg nie umarł!!! A więc skąd ten płacz. Skoro Bóg nie umarł, to i babcia żyje i moi rodzice, pomimo że nie widzę ich uśmiechu, oni żyją, w każdym wspomnieniu. I właśnie  taka książka  przyszła do mnie i otarła mój smutek. Przypomniałam sobie jak leciałam na pogrzeb taty, na lotnisku, mały chłopczyk podszedł do mnie i wziął mnie za rękę, nie pamiętam, co mówił, zapamiętałam jego imię: Mathieu, pokazał mi swoją mamę i przez chwilę był moim Aniołem. Otarł moje łzy. Niezwykle spotkanie. Kilka miesięcy przed śmiercią mama powitała mnie oczami pełnymi miłości… Było to ostatnie nasze spojrzenie na tej ziemi.( Gdy  piszę te słowa, łzy spływają po policzkach. Łzy zgody, łzy wzruszenia, łzy spokoju)
Anioły istnieją  i nas kierują, do bezpiecznego portu. Bobin, mi o tym przypomniał.
Życie łączy się ze śmiercią. A śmierć łączy się z życiem.
‘’Cisza jest prezentem od Aniołów, którego nie chcemy otworzyć’’-pisze.
I ma rację, nawet w kościele człowiek nie potrafi ciszą modlić się .
Łatwo jest nic nie mówić, trudniej uciszyć myśli. Trudniej żyć Prawdą. Trudniej wyrazić siebie, gdy inni ludzie nie patrzą na ciebie. Widzą tylko ekonomiczny zysk lub stratę…
Niedawno byłam w towarzystwie, gdzie jedna osoba, którą znam, nawet nie spojrzała na mnie, nie skierowała ani jednego słowa, a siedzieliśmy przy jednym stole. Dla tej osoby byłam niewidzialna. Smutno mi się zrobiło, zwłaszcza, że rzadko się widujemy. Próbowałam sobie przypomnieć, czym mogłam ja urazić, być może ktoś przykleił mi etykietkę. Moja obecność jej przeszkadzała. Próbowałam zagadać, mur rósł jeszcze większy.  Zaskoczona sytuacją, dostałam lekcję, aby nie zachowywać się w taki sposób, szczególnie gdy nie znam osoby.Uczę się w takich sytuacjach, życzyć  dobra. Nie zmienię jej etykiety, jaką ma na mój temat, jednak toksyczne emocje zanurzam w źródlanej wodzie życzliwości. I szybko zapominam. I staram się nie wracać. Syzyfowa praca.
Na koniec Bobin opowiada o spotkaniu z filozofem i kwiatami.
‘’ Być może to radość być tylko pyłem. Kwiaty śmiały się wszelkimi kolorami… Słowa filozofa były pełne pokoju i promieni światła, były dobrem, były czyste, a jednak śmiech był większy, lepszy…. Pochodził z głębin gwiazd.. Kwiaty szeptały: popatrz, nie ma drzwi, istnieje tylko nasz zapach, kolory, nasz śmiech. Dlaczego szukać czegoś, gdzie indziej.

Spoglądam w Niebo. Nie ma drzwi, albo drzwi są od zawsze otwarte. Spoglądam i słyszę śmiech, śmiech kwiatów, którymi nie można się nie podzielić”….Tak jak Życiem, nie można się nim nie dzielić. Zresztą nie da się inaczej…. Dlatego tak wielu cierpi na depresję..
To, czego będzie mi brakować w wieczności to książki i listy. Reszta będzie rozkoszami, które dziś są tak wrażliwe…
Zycie jest tak wrażliwe, tak kruche, tak niezwykłe….
Zwykle odpowiada na moje prośby. Tylko ja często jestem gdzie indziej i twierdzę, że nie mam czasu.
Bobin jest poetą, który łączy Wieczność z Życiem na Ziemi, naszej niebieskiej planecie.
Niezwykle spotkanie, książka pełna Nadziei. Słowa żyją swoim życiem, raczej się spodziewałam filozoficznego opisu Radości, a tutaj zaskoczenie (książki zwykle intuicyjnie wybieram, tym razem tytuł do mnie przemówił)
To zmarli zapalają lampy Życia …..
Ciekawe, jakie prezenty od babci jeszcze dostanę….
I przypomniało mi się, jak dostałam od mojego profesora pullmologa  pierwszy list, (czyli najzwyklejszy opis, który był skierowany także do mojego lekarza rodzinnego) i na końcu podpisał się:

Sensible  à votre attention….I tu mnie oczarował..Zwykle na końcu pisze się z poważaniem… A tu…
Wrażliwy na waszą uwagę…
I życie zaczęło powoli wracać….
Jak pisze Bobin
Cuda są tak wrażliwe…
A co dla ciebie jest dziś cudem?

Laus-miejsce spotkania sie z prostota

DSC_0756Trzy dni wolnego, w tym niedziela…. Czas wolności, czas spotkania z niespodzianką…Wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy pojechać, aby przypomnieć sobie o prostocie, o tej szlachetnej zapomnianej cnocie…Urodzinowy wyjazd dla Teresy, Robert dzielnie nas „karocą” przewiózł do krainy Spokoju….

„W maju 1664 roku w niezwykle malowniczej miejscowości Alp Francuskich, w okolicy Saint-Etienne d’Avançon, a dokładniej w dolinie Fours, siedemnastoletniej pasterce Benedykcie Rencurel ukazała się Matka Boża.
Benedykta początkowo nie była rada ze swojego zadania. Z czasem jednak, dzięki stałej pracy nad własnym charakterem, zyskała odwagę, by upominać tych, których dusze widziała w całej okazałości. W pełnieniu zadania pomagał jej Anioł Stróż, którego często oglądała twarzą w twarz. Razem odmawiali Różaniec. Razem też adorowali Najświętszy Sakrament. Anioł towarzyszył jej w codziennych czynnościach i chronił ją.
Gdy dziewczynę nękały demony albo była wyczerpana z powodu podejmowanej pokuty za grzeszników, Anioł Stróż pocieszał ją i dodawał otuchy.
Benedykta miała dar widzenia także innych aniołów. Często rozmawiała z Archaniołem Michałem. W maju 1681 roku, gdy leżała chora w łóżku, ukazało jej się aż czterech aniołów. Jeden z nich powiedział: – Jutro będziesz uzdrowiona. Musisz udać się do Laus. Misja nie może czekać. Nie ­zwlekaj.
Ponadto pomagał Benedykcie rozwijać życie duchowe. Uczył ją, że kiedy człowiek jest radosny, to wszystko, co robi, jest miłe Bogu. Kiedy zaś staje się zły, nie robi nic, co by się Panu Bogu podobało. Pośród prób i cierpień, Anioł Stróż był źródłem wielkiego pocieszenia dla Benedykty. Wtedy, gdy przychodziło zwątpienie i gdy wielu kapłanów przeciwstawiało się kultowi Matki Bożej z Laus albo pasterka przez wiele lat miała zakaz odwiedzania sanktuarium, Anioł mówił: – Laus jest dziełem Boga, którego nie może zniszczyć ani człowiek, ani diabeł. Będzie trwało do końca świata, kwitło coraz bardziej i przyniesie wszędzie wielkie owoce.
On również pozwolił jej zobaczyć to, co miało nadejść. Anioł Stróż pocieszał Benedyktę, kiedy była zdruzgotana po kilkukrotnej wizji Chrystusa ukrzyżowanego. Ona sama przez wiele lat przeżywała tzw. „ukrzyżowanie mistyczne” od czwartku wieczorem do soboty rana.”
Dopiero w 2008 roku, kościół uznał prawdziwość Objawień Matki Bożej, które trwały 54 lata, tyle ile żyła Benedykta….
W takim miejscu byliśmy…. Odpocząć od zgiełku myśli, zgiełku tego świata….
W sobotę pogoda nie zapowiadała się dobrze. Porządna ulewa nawiedziła Nice i okolice….Troszkę narozrabiała. Wjeżdżając w okolice Gap, DSC_0730słońce delikatnie stukało nam do okien, z autostrady było widać cudne kolory przenoszenia się słońca na drugą półkulę… Zatrzymaliśmy się w Gap, na kolację…. Pusto na ulicach, po chwili poszukiwań, usiedliśmy w klimatycznej knajpie…. Dobre naleśniki na słono, kir, porto i ciasto malinowe, wraz ze spokojną muzyką, zapoczątkowała nasze mini wakacje w odkrywaniu siebie i piękna wewnętrznego Pokoju…. Co łatwe wcale nie jest…. Trzeba się napracować, aby wybić toksyny jak karaluchy, które się mnożą i są odporne jak mało, który robak….

Benoîte, najpierw zaprowadziła nas do miejsca swoich narodzin, w końcu dotarliśmy do Notre Dame du Laus…. Potężne budynki mieszkalne zaskoczyły mnie…. Było ciemno, a więc dopiero rano mogliśmy spojrzeć górom w oczy i zachwycić się. Klucze czekały na nas w recepcji, plan sanktuarium z zaznaczonym budynkiem, w którym mieliśmy pokój. Dobra organizacja. Skromne pokoje przypominają o prostocie: jesteś tutaj, aby wrócić do źródła, przestać wciąż zbierać materialne rzeczy, zamienić je na bogactwo życia wewnętrznego…. Wygodnictwo zamyka oczy…. Lubię sukienki, i lubię buty sportowe, lub sandały, lubię usiąść na kawie, i na kamieniu…. Lubię spojrzeć w oczy drugiemu i naturze… Człowiek I natura uczą….. Z tym, że natura nie kłamie…. Jest tym, czym została stworzona. Perfekcyjnie robi swoją robotę….
Otwierając małe okienko rano, góry dały nam buziaka, zaprosiły do odkrywania tajemnicy tego miejsca.
Sanktuarium Notre Dame de Laus…. Maryja wybiera sobie odludne miejsca i prostych ludzi, aby przypomnieć nam o rzeczywistości, o  której często zapominamy….
Rozświetla drogę, daje Nadzieję, upomina….
54 Lata objawień, mówi samo za siebie. Czy Benoîte mogła sobie wymyślić??? Ta, która nie umiała ani czytać ani pisać?
”. Matka Boska poprosiła Benoîte, żeby zachęciła pielgrzymów, aby namaszczali się z wiarą olejem z lampki płonącej przy Najświętszym Sakramencie…. Jest możliwość otrzymania oleju do siebie….. Niby, co łaska, a preferencja od  5 euro….. (No cóż, wszystko, co człowiek przygotowuje kosztuje)… ·Sanktuarium skromne, z wielkimi obrazami Objawień, i niebiańskim Spokojem….. Maryja, powiedziała: „Idź do Le Laus, znajdziesz tam kapliczkę, z której unosić się będą piękne zapachy”….Zapach Pokoju Stwórcy. Grób Benoîte za ołtarzem, przed Tabernakulum, można podejść, uklęknąć, spojrzeć prosto w oczy Prostocie…. Maryja poprzez skromność i  posłuszeństwo Benoîte wskazuje na Jezusa…. I dla księży i dla wiernych. Upomina się o szacunek i wierność powołania każdego z nas….. Bądź tym, kim jesteś!!!
I msza polowa z udziałem biskupa. Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, z poświęceniem tornistrów. Piękna oprawa muzyczna i liturgii…. Po komunii chwila  ciszy i uwielbienia….Często księża zapominają, aby w mszę św. wpleść chwilę Ciszy…… Biskup powiedział: a teraz w chwili Milczenia, spotkajmy się z Jezusem, który jest teraz z nami, otwórzmy serca, a doda nam odwagi i radości…..
Było dużo ludzi, a więc obok księży rozdających komunię św., stała osoba z parasolem, obok nas stał ojciec z synem, ba oczywiście dzieciak nie mógł ustać w miejscu….Ojciec przywołał go, do porządku… Uczy małego bezinteresownej służby… Uśmiechnęłam się, jak często tak się zachowuje!!!!!!. Być może przekaz Maryi, jest takim przywołaniem do porządku…..
Obiad, w towarzystwie dwóch pań, jedna obeznana w polityce, wszystko, co negatywne opowiedziała… Druga przeziębiona, opowiedziała nam swoją historię choroby…. Próbując wyciągnąć pozytywy, cudne widoki mi w tym pomogły…. Jednak, te panie nie siedzą w domu, przyjechały, aby odpocząć….
Jako, że do deseru nie dają kawy (a była dobra tarta cytrynowa), obok jest bar, z tarasem, gdzie można w towarzystwie szczytów górskich napić się nie tylko kawy…. Jest alkohol nazwany Elixir Anioła, na dobre trawienie. Panie, usiadły razem z nami… Widocznie nasze towarzystwo im pasowało. Być może miały się poznać i pobyć razem.
I spacer śladami Maryi… Najpierw pierwsze objawienie, piękna rzeźba Maryi wskazująca na Laus i cudne widoki wkomponowane w dolinę….. Wszystko to dla ciebie, słońce  delikatnie muskało nas, budziło w nas wdzięczność…. Wszystkie zmysły rejestrowały obrazy, jakie natura wymalowała… To dopiero początek niespodzianek. Pogoda idealna do spaceru, a dzień wcześniej cały dzień padało….
A my kąpaliśmy się w słońcu, dotykaliśmy błękitu, rozmawialiśmy w ciszy serca z Aniołem, do którego  wdrapaliśmy się…. Ścieżka wiodła przez las, łatwa do pokonania….. Promienie słońca odbijały się od drzew i przenikały do naszej krwi. Oddychaliśmy powietrzem pełnym życia….. Wszelkie troski, stare urazy, niepotrzebne lęki zrzucaliśmy z góry….. Patrząc jak się roztrzaskują, nie oglądaliśmy się za siebie…
Anioł na górze czekał na nas….Majestatyczny, obrońca człowieka. Ten, który chroni nas przed złem, kieruje naszymi krokami, szturcha nas, gdy mówimy głupoty. Jego ręka skierowana na błogosławieństwo, każdego, który zatrzyma się przed figurą….I Maryja razem z nim. Niedaleko kaplica dawnej pustelni, w której pobyliśmy długą chwilę, aby kontemplując prostotę połączyć ją z naszym życiem codziennym.

Col de l Ange-miejsce , walki duchowej Benoîte, która została przeniesiona przez Szatana, na szczyt góry.Zostawił ją, tam w ciemności, i to właśnie Anioł oświetlił jej drogę, by mogła wrócić do swego pokoju.
I powrót, do codzienności, która nieustannie uczy.
Potrafić zostawić wszystko i wyruszyć, aby zapomnieć o sobie, to jest wyzwanie. Otworzyć się na niespodziankę zaskoczenia samego siebie, na usłyszenie czasami gorzkiej prawdy o sobie. Po to, aby, nie oszukiwać siebie, pozwolić sobie na luksus bycia autentycznym.
Teresa dmuchała świeczkę urodzinową w mango, w obecności figury Anioła i Maryi, na 1066m.n.p.m, …. Dlaczego mango a, nie ciasto…. A dlaczego nie, skoro Teresa lubi mango…..!!!
Nie możemy zapominać o robieniu niespodzianek, o radosnych emocjach, które ze sobą niosą…..W ten sposób zamykamy „nasze ego” w piwnicy….. Niech tam sobie siedzi…. I uczymy się być razem, w szlachetnym towarzystwie empatii I radości….
Benoîte nie miała łatwo, jak wszyscy prorocy. Świat nie chce, aby ktokolwiek go upominał. Świat woli niewolnictwo: pieniądza, kariery, kłamstwa..
.. A tymczasem, o wiele ważniejsze jest, gdy zrozumiemy, że,: „Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł” -
Czy tak potrafię?????DSC_0776

Sainte Agnès – miasteczko spokoju

DSC_0673

Ostatnio, moja duchowość łączy się z naturą.. A raczej natura uczy duchowości, prowadzi do…. Średniowieczne miasteczko Sainte Agnès, niedaleko Menton zachwyca widokami…Nosi miano” najwyżej położonego miasteczka nadmorskiego w Europie”, na 780m.n.p.m.
Wybudowane na skale, ma fortyfikacje Lini Magiota, ruiny zamku- twierdzy z XIII wieku, z panoramą bajkowych widoków na Lazurowe Wybrzeże….
Miasteczko jest pełne średniowiecznych uliczek, zatrzymanych w czasie….
Według legendy, włoska księżniczka Agnès, będąc w podroży, podczas burzy, znalazła schronienie w grocie. W podziękowaniu, ufundowała kaplicę o imieniu swojej patronki. Wokół tej kaplicy zamieszkali pierwsi mieszkańcy.
Dzień rozpoczęłam od plaży w Menton.
Mając długą chwilę w oczekiwaniu na busa do Sainte Agnès, zamoczyłam nogi w morzu…. Kolejny upalny dzień rozpoczął swoją pracę.
Moja wycieczka kosztowała mnie 10 euro, plus „piknikowe rarytasy” w towarzystwie bajkowych widoków… Tak, mieszkam w regionie, w którym zwiedzanie nabiera sensu, odkrywanie nowych miejsc staje się bliższe…
Poniedziałek, a więc pusto…Kot pozwalał nam się fotografować, leniwie leżąc, prawie na środku średniowiecznej uliczki…
Cisza, zero komercji… Tutaj mieszkają ludzie, którym nie zależy na zarabianiu i tylko zarabianiu. Chronią swoją prywatność…. Uliczki żyją spokojnie, mają w sobie tajemnicę, którą można usłyszeć… Odkrywaj mnie każdego dnia-szepczą. Wdrapałam się na szczyt miasteczka, gdzie są ruiny zamku – twierdzy….. Przede mną szła rodzinka, i tylko słyszałam:ŁAŁ….
Potrafili wypowiedzieć swoją radość, zachwyt , który i mnie oczarował…. Widoki na Lazurowe Wybrzeże….Także Włochy  można było zobaczyć.Do tego pięknie zrobiony ogródek średniowieczny…. Można było przenieść się do tamtych czasów…. Zobaczyć damy spacerujące po ogrodzie, rycerzy walczących o spokojne życie w miasteczku. Panorama zapiera dech w piersi, otwiera szeroko oczy i mówi: zobacz, jaką mam niespodziankę dla ciebie…..
Niebo, morze i góry – tworzą jedność, którą człowiek tak często odrzuca… Zawrotu głowy można było dostać, od koloru błękitu i zieleni. Kolejna lekcja zachwytu…. Nie miałam mapy, bateria w telefonie , po zrobieniu zdjęć padła, (chociaż tyle) I gdy szukając oznaczenia szlaku, którym chciałam pójść, nie mogłam go znaleźć…. Za to, znalazłam, kolejne cudne widoki, I restaurację z tarasem, z której można było się zapomnieć i, zostać tam cały dzień, podziwiając panoramę…
A za restauracją, rozpoczęcie szlaku, I ku mojemu zdziwieniu szlak św. Jakuba jest także…((Wiedziałam, że gdzieś w okolicach jest)  W pewnym momencie szłam ulicą, i oznaczenia się przestały pojawiać….. Hm, zrezygnowałam wracając do miasteczka….. No cóż wrócę innym razem… Wiele mnie to nauczyło…Bo wracając busem…. Zobaczyłam, że gdybym kontynuowała drogę natknęłabym się na oznaczenia….. No cóż, często rezygnacja zamyka drogę do przygody…..
Dobra lekcja, którą postaram się zapamiętać..
Będąc w Menton postanowiłam przejść do Monaco…. Idąc „Pomenade du Soleil”, samochody mi bardzo przeszkadzały, huk symbolizujący życie w mieście…. Ułatwiają życie, i robią dużo szumu…. W końcu ścieżka wybrzeżem i trochę cienia….Mając w głowie cudne widoki, usiadłam na ławce, a na drugiej starsza pani z panem, ona próbowała rozścielić sobie folię, by móc usiąść na ławce, aczkolwiek wiatr jej przeszkadzał i do swojego męża mówi ostrym głosem; pomóż mi, a on nie zrozumiał, o co jej chodzi i wziął jej torebkę, na co ona: nie o to ci kazałam zrobić…. Nie wiem, co ta pani przeżyła, że stała się zgorzkniała…. Piękno wybrzeża nie wygładziło jej osobowości….Jak często nie dostrzegamy piękna, które mamy przed sobą. Skoncentrowani na negatywnych przeżyciach, nie widzimy wszechobecnego niebieskiego nieba…
I kolejna lekcja, szlak się skończył… Tym razem, były jakieś roboty i trzeba było iść ulicą… Nie uśmiechało mi się wdychać spaliny, a więc postanowiłam wrócić pociągiem…. Jedyny automat, zepsuty…. No i zamiast do Nice, to wsiadam w drugą stronę…. Uśmiałam się, bo w końcu chciałam dotrzeć do Monaco, a więc dotarłam i to  za darmo.
Byłam zmęczona, aczkolwiek pomyślałam sobie, skoro już tu jestem, to zajrzę do księcia Alberta…
A tak na serio, chciałam odnaleźć spokój w katedrze… Bardzo lubię katedrę w Monaco… Jest przytulna, a zarazem majestatyczna. Akurat było pół godz. do mszy, a wiec zostałam… Msza kameralna, ksiądz, którego wcześniej widziałam jadącego na skuterku  w sutannie, trzy osoby i siostra zakonna o anielskim głosie… Jej osobowość harmonizowała z jej głosem (nie przepadam za piszczącymi glosami ) ·Duchowe wsparcie podarował ksiądz Julien, mówił o lęku…. Uśmiechnęłam się do niego, było nas mało, a więc każdemu z nas patrzył w oczy…. Zaimponował mi…. Swoją prostotą… I uśmiechem…. I zrozumiałam, dlaczego miałam tam się znaleźć…. Aby nabrać sił…… Mówiąc kazanie, był z nami, widział nas… Pokazał, co znaczy być…. Mądre słowa nie zawsze wystarczają, za tym musi iść, obecność i konkretna pomoc…. Jeżeli jej nie ma, to swoje wyczytane mądrości możemy schować do kieszeni….
I tak Sainte Agnès przyprowadziła mnie do Stwórcy…
Wróciłam autobusem…… Nogi mnie bolały, jeszcze dwa dni później…. Za to moje serce odpoczęło….
Warto odkrywać nowe miejsca, każde miejsce to lekcja od życia, a czasami odpowiedź na nurtujące problemy czy pytania….

Na Ziemi jesteśmy tylko na chwilę

DSC_047214 lipiec 20016 w Nice nie zakończył się dobrze…
Rok później, uroczystości z wielką pompą…..
Macron, Hollande, Sarkozy, powitani przez Estrosi, szefa miasta Nice. Wielka scena, koncerty, defilada samolotów. I najważniejsze, rodziny zmarłych…. Bo to dla nich te uroczystości miały miejsce.
Rano, obudziłam się z obrazem, ciężarówki, która wjeżdża w tłum…. Ten obraz wrócił, jak bumerang… Panika I szokujące wieści, 86 osób zginęło…Żyjemy w stanie wojny…. Europa, wcale nie jest od niej uwolniona. Nie jesteśmy bezpieczni. Jednak nie możemy panice pozwolić na instalację. Żyć, pomimo wszystko!
Policja, wojsko, barykady, bariery, kamery-tak wyglądała sceneria 14 lipca 20017 w Nice…. Wcale nie czułam się bezpiecznie, świadomość, że jesteśmy osaczeni przez terrorystów, którzy w każdej chwili mogą uderzyć…. Oni nie boją się niczego…
Przemówienia, łzy, czytane Imiona, tych, którzy stracili życie….
Czy szefowie państw, są w stanie zapewnić bezpieczeństwo? Nie jestem, tego taka pewna….Być może zaprzestanie strzelania do siebie nawzajem oskarżeń, mogłoby by pomóc, w stworzeniu dialogu…
Męczące są słowa bez pokrycia, a człowiek ich zbyt wiele wypowiada….
Bądźmy razem. Bez tłumaczenia, osadzania, wytykania, kto jest nieodpowiedzialny, a jeżeli już, to nieśmy konkretną pomoc….
Wieczorem koncert orkiestry Filharmonii z Nice, z chórem Opery…. Ok 80 śpiewaków I muzyków….. Zaproszony Giuseppe Verdi słuchał z nami…Wraz z Jean-Sébastien Bach, Astor Piazzolla, Carl Orff et Giacomo Puccini.
Nabucco-słynna opera, I słowa pełne wiary….’’ Tragedio , nieś dźwięk gorzkiego żalu, lub naucz się od Pana zgody ! By znaleźć siłę w cierpieniu.’’
Niezwykle połączenie akordeonu i orkiestry, trąbki miały swoje pięć minut…. Otuleni muzyką, byliśmy bezpieczni. Niestety człowiek, nie potrafi zamknąć ust… Niby  taki dorosły, a podczas koncertu, musi mówić…. Boi się swoich emocji…
Próbowałam zamknąć oczy, przytulić się do roztańczonych nut, zachwycić się utworami .Wszystkie mówiły o wolności i szacunku…Idealnie dobrane ,drzewo życia na scenie…
Minuta ciszy, o godzinie ataku, była mocnym przekazem. Ludzie wreszcie przestali mówić. Nice wstrzymała oddech.. Wpatrzeni w niebo, prosiliśmy o Pokój…..
Duże ekrany, z bliska pokazywały muzyków, a na koniec Zatokę Aniołów… I to było wzruszające…. Ja tutaj mieszkam…. Poczułam się częścią tego miasta…Współczucie I wdzięczność mieszała się ze sobą…
Najbardziej wzruszająca, była piosenka Calogero,, francuskiego muzyka, który napisał piosenkę: „  Sztuczne Ognie „.
Bardzo osobista piosenka. Przekaz klarowny. To nie przypadek, że to właśnie On zaśpiewał…Wielu muzyków napisało teksty po zamachach…. Miał być Calogero. Czarne pianino i jego osobowość harmonizowały ze sobą….W takich chwilach czas przestaje istnieć…. Nie ma miejsca na udawanie, jego wrażliwe serce chciało się podzielić. Zaśpiewał po mistrzowsku, Verdi wprowadził nas w klimat Życia i Cierpienia, a  Calogero uwrazliwił nasze serca,  przeniósł nas  na łąki  ziemi po której stąpamy  Tu i teraz! Ofiarujmy innym światło !! Jesteśmy tylko na chwilę. Jesteśmy jak te sztuczne ognie,  odbijające się w oczach drugiego człowieka…. Bądźmy światłem… Bądźmy dobrzy..
I gdy na koniec chciał powtórzyć ” Nous sommes comme les feux d’artifice.” … Łzy mu poleciały, wzruszenie osiągnęło zenitu, płakał I nie dokończył..Opuścił scenę () mnie przeszły ciarki, dawno nie zostałam dotknieta tak cudną chwilą)) … Orkiestra  zakończyła….W ułamku sekundy, piękno przemówiło. Wszystkie słowa musiały umilknać… Nie mogliśmy przejść obojętnie,obok tak autentycznego zachowania…Spontaniczna reakcja oklasków,była wybuchem wdzięczności… Tak bardzo potrzebujemy takich emocji…. Potrzebujemy autentyczności przekazu.   86 białych balonów z lampionikami w środku, poleciały w stronę Promenade de Anglais. I ok 300 balonów od ludzi. Niesamowity moment, połączenia współczucia i wdzięczności. Calogero nam w tym pomógł, wraz z orkiestrą połączył niebo i ziemię. Ucałował Życie, a my razem z nim… Wycisnał z nas odżywcze soki Piękna i Zachwytu. W  tym samym czasie zapaliło się 86 wiązek światła na Promenade…..Wolność I Braterstwo mocno zabrzmiały…. Nie było obcych, Wzruszenie, łzy, wdzięczność…
A na koniec  zabrzmiał Canon Pachalbela  (mój ulubiony utwór)) Towarzyszy mi w ważnych chwilach, a ta była ważna, była pięknem samym w sobie… Trudnym do zrozumienia, refleksyjnym pięknem…
Rzadkie chwile.
Wracałam do siebie pełna Pokoju, Refleksji i Wdzięczności…….
Bo  jak śpiewa Calogero
Nous sommes comme les feux d’artifice
Vu qu’on est là pour pas longtemps
Faisons en sorte, tant qu’on existe,
De briller dans les yeux des gens
De leur offrir de la lumière
Comme un météore en passant
Car, même si tout est éphémère,
On s’en souvient pendant longtemps….

Zatoka Aniołów nabrała nowego znaczenia… Stąpajac po Promenade de Anglais, nie sposób spojrzeć w niebo…..

POWIETRZE -BEZCENNE DLA ISTNIENIA , ABY SIE ZACHWYCAC

Lipiec – turyści, słońce, tłok na plaży, w restauracji, norma w Nice…
Lato. Wakacje. Czas zapomnienia o codziennych obowiązkach.
Ceny wzrastają, praktycznie wszędzie. Wszyscy chcą zarobić. Często przesadzają… Jak się nie zna miasta, a chce się pić…. No cóż, na pragnienie nie ma  rady…
Ostatnio zaczęłam marudzić (sama do siebie)… I któregoś dnia, pomogłam nowej dziewczynie w pracy…. Bardzo przypomina mi Chantal…. Ma spokojną osobowość….  Opowiedziała mi swoją historię, jaką obecnie przeżywa…Przestalam  narzekać…
Z pochodzenia jest portugalką. Mąż w styczniu ją zostawił z 4 dzieciaków…. Poszedł do młodszej…. (Co tak naprawdę było powodem, on sam jeden wie) I niedawno wrócił…..
Zupełnie tego po niej nie widać…. Uśmiechem maskuje cierpienie….Walka o chleb, o dzieci, nie pozwoliła jej się załamać. Pomyślałam o tych wszystkich bogatych paniach, które mają depresję…O tych, którzy narzekają bez powodu….
Nie przestała dbać o siebie, wygląda pięknie..
Walczy dzielnie… I niebo zsyła jej podpowiedzi, jak sobie poradzić….. Dobrze jest z takimi ludźmi pobyć, przypominają, o tym, że cierpienie jest częścią życia, że inni cierpią także…  Nie stała się narzekającą, plującą jadem złości, skierowanej do wszystkiego, co spotka. Idzie w stronę światła.
Jeżeli nie wpuścisz światła, już przegrałeś!!!  Dewiza mojego Anioła Stróża.
Wiem coś na ten temat, a Véronique potwierdza moje spojrzenie…
I wizyta u lekarza…. Anioł Stróż, na posterunku… Wciąż promienieje, wciąż wyrywa śmierci swoich pacjentów. Daje życiodajną Nadzieję. I wciąż jestem przy nim onieśmielona.
Był nieźle spóźniony, na przeprosiny usłyszałam „I kolejna osoba uratowana ” (był przy pacjentce, z którą sobie inni lekarze nie mogli poradzić) I jak go nie kochać….Pielęgniarka powiedziała, że, ten lekarz chce być wszędzie… no cóż typowy Anioł Stróż.
Jak zwykle, miał studenta i tłumaczył mój stan zdrowia… I Jak zawsze, z wielką uważnością, słuchał mnie, a ja jego. Narodził się dialog, miałam wrażenie bycia z przyjacielem, a nie z  lekarzem.
„Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje.
Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie” przypomniał św. Charbel…. Marquette robi wszystko, aby odroczyć śmierć. Tworzy nowy system obronny organizmu. Wskazuje, co do milimetra, gdzie jest stan zapalny…. Nawet jak nie może znaleźć przyczyny, idzie na intuicję (w moim przypadku nie wiadomo, dlaczego płuca tworzą blokadę) a jednak udało mu się przejść przez dżunglę eozynofilii, wybić je, I tym sposobem zmniejszyć ogniska fibroblastyczne , które tylko z  sobie znanych powodów się tworzą.
„Nie istnieją specyficzne metody leczenia eozynofilii. Z reguły ulega ona samoistnemu cofnięciu wraz z poprawą stanu chorego..” Tak twierdzi nauka…
I tak właśnie się dzieje, no cóż będę musiała przyzwyczaić się do kroku ślimaka w górach, i podczas wysiłku fizycznego…. Zalecił mi długie spacery… A więc to, co lubię…Natura najlepszym lekiem….
Dopiero do mnie dotarło, że ok 40% powietrza nie dociera  do moich płuc.


Nadzieja, którą przekazał mi lekarz, sprawiła, że, nie pozwoliłam sobie na siedzenie w domu…(. I nie zamierzam, wkrótce wypad w góry…)
Moc pozytywnego wizerunku moich eozynofilii, zmniejszyła we mnie lęk przed wyruszeniem w drogę…. Chyba, zaczynam je lubić, są częścią mnie, nawet jak robią bałagan w płucach, są częścią mnie… Może kiedyś dowiem się, dlaczego… Może kiedyś mi powiedzą…
Póki, co organizm zmęczony lekami, w końcu odpocznie… Upały w tym nie pomagają… Postaram się traktować siebie, tak jak przypomniał Anioł Stróż…. Z łagodnością.
Tyle durnych nawyków, kaleczących ciało I ducha… Zaczynam je widzieć, zaczynam je zmieniać… Co nie jest takie łatwe, aczkolwiek możliwe i bardzo potrzebne mojemu organizmowi….
No cóż, jakiekolwiek ćwiczenia wysiłkowe odpadają, a więc pozostaje mi romans z naturalnym środowiskiem, parkami, plażą…. Bynajmniej za darmo, a tyle chwil szczęścia….
Jak do tej pory, za te wszystkie lekcje, nie zapłaciłam ani centa… Ok, mam prawo do bezpłatnej opieki, (i muszę przyznać, że czuję się jak księżniczka) Jasne, wolałbym mieć zdrowe płuca…aczkolwiek ni się nie dzieje bez przyczyny…

Marquette zaszczepił mnie przeciw ( bezpodstawnemu  mniemaniu, że nic dobrego nie dzieje się w moim życiu)… Dał mi lustro, a każda wizyta to zobaczenie prawdziwego mojego życia….. Nieliczni lekarze, mają taką moc…. I wciąż jest pasjonatem Życia….
Po raz pierwszy zgadzam się z kimś, w 100 procentach….. (Zwykle mam swoje teorie) tym razem, zgodnie postawiliśmy diagnozę dalszego rozwoju….( Nie miałam się, do czego przyczepić)…. Wychodząc, z gabinetu, zastanawiałam się czy aby nie śnię… byliśmy zgodni i autentyczni, może dlatego dialog był możliwy…..taka Obecność jest bezcennym skarbem.
40% bezcennego powietrza nie może się przebić….Odczuwam te procenty….. A jednocześnie, bardziej doceniam i dbam o zdrowy styl życia…. Oczywiście, stare nawyki wracają, jak bumerang….
Nie chcę, aby była to kolejna wyuczona technika….
Właśnie się dowiedziałam, że pr. Marquette jest między innymi twórcą  projektu „Air, który ma na celu wczesne wykrywanie raka płuc….
” Według naukowców z francuskiego Państwowego Instytutu Zdrowia i Poszukiwań Medycznych, Uniwersyteckiego Centrum Szpitalnego w Nicei i Uniwersytetu Nicea-Sophia-Antipolis, Francuscy naukowcy opracowali metodę bardzo wczesnego wykrywania raka płuc – nawet kilka lat wcześniej, zanim nowotwór będzie widoczny na zdjęciach rentgenowskich. Wszystko dzięki prostemu badaniu krwi! Pacjent dostaje ich rezultat w ciągu kilku minut-taką informację znalazłam na stronie polskiej…
Czy uda się ekipie z Nice udowodnić swoje odkrycie?  Myślę, że z pr. Marquette i  jego umiejętnością dbania o swoich pacjentów, dadzą rady… Teraz rozumiem, dlaczego tak biega, a nie jest zmęczony…. Zanurzony całkowicie w rzeczywistości, spełnia marzenia chorych na raka…. Służy ludzkości, przekraczając bramy śmierci…. Powiedział, że „rak płuc może być wykryty już na rok przed wykryciem przez tomograf… Zwykle pobranie krwi dla pacjenta, natomiast dużo pracy w laboratorium…. Nad jednym pacjentem, aby znaleźć komórki rakowe, trzeba spędzić ok 30 min, i mieć bardzo dobre oko, aby oddzielić, miliardy zdrowych od chorych….I się nie pomylić. A tych chorych komórek jest garstka.. I takie badanie kosztuje….We Francji 75%zdiagnozowanego raka płuc , nie jest możliwa operacja….
Dlatego projekt potrwa 3 lata,  w 21  uczelniach medycznych we Francji, badanych jest 600 osób, którzy zaprzestali palenie….
Niesamowite, że mogę znać Marquette, śledzić odkrycia naukowców z Nice….
Taki prezent od Życia….

Droga nie jest trudnością, tylko wyruszenie w nią

_20170630_213922Santander – tam trzy lata temu zakończyłam kolejny etap szlaku św. Jakuba… I z wielką radością mogę go kontynuować. Sprawdzić swoje siły zachwycić na nowo życzliwością, rozdawać siebie, nie bać się chodzenia po wodzie…
Miasto, w północnej Hiszpanii powitało mnie deszczowymi chmurami… Tomek, wyjechał po mnie… Spotkanie po trzech latach, jakbyśmy widzieli się wczoraj…
Allbeurge chrapanie, i hiszpański język…  Ludzie z całego świata,w podróży do samego siebie.. Droga życzliwości. Czas realizacji siebie… Oddechu miłości. Zachwytu. Reszta jest tylko ułudą..
Oj noc ciężka, chrapanie pielgrzymów… No cóż, jedyna niedogodność.. Jakaś musi być  Niestety, w drogę wyruszyłam z katarem…..
Pobudka o 7.00, Spokojnie wybraliśmy się, wyruszyliśmy w drogę.. Burzowe klimaty już w nocy nie dawały za wygraną… Do południa jeszcze wytrzymało…. Wychodząc z Santander zostawiliśmy nasze trudności, smutki, problemy… Wysypywały się jak piasek w dziurawym worku. Istota pielgrzymowania. Błogosławieństwem jest, gdy mogę liczyć na towarzysza podróży. Tak też się działo…,Wszystkie odcienie zielonej Kantabrii królowały. Krowy, owce, konie… A nawet ślimaki, uśmiechały się do nas… Spotkaliśmy dwoje Rosjan po drodze, na rowerach. Chwilę pobyliśmy razem… I ta chwila była szczęśliwa…
Grzmoty i błyskawice królowały, dawały poznać po sobie, że chcą się wypowiedzieć, wykrzyczeć. I gdy dotarliśmy na przystanek autobusowy, chmury przez chwilę, powiedziały, co myślą…. Krople wody zaczęły intensywnie uderzać o ziemię. Przeczekaliśmy na przystanku. I gdy uszliśmy kilka metrów, dopiero krople zaczęły szaleć… Nie było żartów. Zdecydowaliśmy podjechać kolejką… Padało bez litości.. Zimno instalowało się, bez zapowiedzi, przeszkadzało w kroczeniu… I tak dotarliśmy do Rajqiedia… Alberuge, położone przy głównej drodze, a wiec samochody zagłuszały ciszę i spokój… Bar po drugiej stronie, z sympatycznymi Hiszpanami. Dobry domowy hamburger, kawa, a dla Tomka piwko zrekompensowały nam szum samochodów… I miła niespodzianka, w pokoju, byliśmy z trójką sympatycznych Polaków. Dużo radości i marzeń, dużo spontaniczności… Zamiast się denerwować czekając na wyniki z matury, wyruszyli na szlak. Świetny sposób na czarnowidztwo…Zmęczenie, widoki, codziennie inne miejsca, inni pielgrzymi, łagodzą lęk przed przyszłością… Wracali, pełni nowych przeżyć, gotowi na dalszą wędrówkę zwaną Życiem….
Poranek słoneczny, zachęcający do drogi .  Pożegnaliśmy się z naszymi młodymi rodakami. Śniadanie, w barze po drugiej stronie, sympatyczny Hiszpan, uczył wymawiania słów …. Miał dla nas czas…. W życiu codziennym, tak mało czasu poświęcamy, na zwykłe bycie z innymi…. Dobra kawa, tortilla, bułeczka… I w drogę…. Kilka kilometrów niezbyt atrakcyjnych, ulica, fabryka mieszała się ze śpiewem ptaków… Leniwy czas, dużo niedokończonych domów, pozamykanych mieszkań….Ulice widma… Słońce łaskawie nas przytulio, okulary przeciwsłoneczne i sandały, i tak cały dzień uśmiechaliśmy się do siebie.  I w końcu zielona kraina Kantabrii ukazała się w całej swojej krasie. Zieleń, złączona z błękitem nieba, prowadziła nas za rękę. Chroniła przed zmęczeniem, popychała do przodu. Na wzgórzu kościół dumnie na nas patrzył. Jak większość kościołów zamknięta, lub płatna….
Takie czasy….
Gdy zaczęło się chmurzyc i mgła zabroniła cieszyć się widokami, dotarliśmy do albeurgue  w Orena… Porządna albeurgue, która zasługuje na gwiazdkę, albo dwie… Nawet kołdry i lampkę przy łóżku każdy ma… Czysto, przytulnie, kuchnia, herbata do dyspozycji, możliwość śniadania… Super miejsce, aby nabrać sił… Jedyny bar, tuż obok…. Tubylcy na piwku, wino też cieszy się popularnością.
Nie jest tak źle, ze mną, zrobiliśmy ok 14 km….Płuca wracają do formy, chociaż źle im iść pod górkę…. Myślę, że są w stanie zrobić 20km… Myślałam, że będzie gorzej… Widocznie są na swoim miejscu… Odzyskują formę, aktywnie korzystając z uroków szlaku św. Jakuba… Nawet przeziębienie przywiezione z Polski, nie jest w stanie mnie zawrócić… Taką siłę daje to droga., Panowie, wrócili z  zawodów gry w” bolos”, czyli kręgle…. Chłopaki chyba przegrali, bo się klepali po plecach…. Mieliśmy okazję takie zawody przez chwilę oglądać…. Muzyka, skoncentrowani gracze, każdy w swojej barwie klubu, kibice i jurorzy. Boisko na dworze. Fajny sposób na dobre spędzenie czasu…
Kolejny dzień, królewskie śniadanie przygotowane przez Antonio, opiekuna alberge, ciepłe pożegnanie i w drogę. Kolejny cudny dzień. Wciąż zasmarkana, aczkolwiek szczęśliwa. Drobne krople deszczu nam kapały, i tak było przez cały dzień… Kraina jaśminu, dzikiej róży czarowała nasze oczy. Łąki z krowami, owocami, ślimaki wychodziły, koguty nas witały, ptaki koncerty dawały. Piękny dzień zachwytu nad naturą. Nic nowego, a zarazem nieoczekiwanego. Urok wyruszenia w drogę…Hiszpanka zapraszała na swoje podwórko, oferując kawę, tortilla…  W taki sposób dorabiała sobie. Czasami oferują kawę za darmo…Kroczyliśmy aleją drzew orzechowych, wielkie cytryny kłaniały się nam… Nawet poziomki rosły przy drodze… Pełna harmonia. Zielona kraina pokazywała to, co ma  najpiękniejszego. Nie skąpiła. Była szczodra….  Każdy krok, był cudem stworzenia, chociaż to słowo, nie odzwierciedla emocji, jakie w nas wywołała….Bycie życzliwym, było tak proste…Zatrzymaliśmy się w Santiliana  del Mar. Muzeum tortur, kamienne uliczki, brakuje tylko stylu bycia, że średniowiecza. Dużo kwiatów, kamienne pałace harmonizują, ze sobą. Urok miasta zanurzony  w zielonych pastwiskach, miasto pije kawę z naturą… Przytulnie. Wyruszyliśmy dalej. Oddaleni od huku ulicy, zanurzeni w wydreptanej ścieżce pomiędzy łąkami, kroczyliśmy dzielnie, ze słońcem na ramieniu. Zrobiliśmy 16 km, taki spacerek, niczym niezmąconego spokoju. Nagle czas przestał istnieć. Dotarliśmy do Comillas – szlacheckiego miasteczka. Markiz Comillas górował nad miastem. Jego posąg wzniesiony na wzgórzu, obserwował morze, wskazywał na zachwyt….W Comillas urodził się Antonio Lopez , który pochodził z biednej rodziny, ale dorobił się wielkiego majątku na Kubie. Król nadał mu tytuł markiza Comillas. Na Kubie poznał mieszkańców Katalonii i oni to zaprojektowali modernistyczne budowle w Camillas:  uniwersytet Pontificio, Pałac de Sobrellano i seminarium. Spokojne miasteczko, z piękną plażą. Majestatycznymi skałami w oddali. Zanurzyłam nogi w zimnej wodzie, i chyba to nie był dobry pomysł….  Przeziębiona, pogorszyłam tylko mój stan zdrowia….. Ale co tam…. Majestatyczna rzeźba Anioła pilnuje mieszkańców. W Polsce było Boże Ciało, I chciałam być na mszy….I byłam . Energiczny młody ksiądz, i wielu ludzi, jak na dzień tygodnia i godz. 20…W Hiszpanii, tak jak we Francji Boże Ciało jest w niedzielę…Masa dzieciaków z rodzicami na rynku, miasteczko tętniło życiem. Ptaki non stop koncertowały….. W Allbeurge, dużo ludzi, komplet… Ci, którzy późno przyszli, musieli iść dalej…. Deszcz wciąż nas napastował…. Mój stan zdrowia ulegał powolnemu pogorszeniu…. Następny dzień okazał się ostatnim w pielgrzymowaniu. Dotarliśmy do San Vincente de la Barquera. Przechodząc przez plażę, poczuliśmy aksamit piasku, śpiew morskich głębin. Nie udało nam się zrobić więcej, gorączka zatrzymała mnie na dobre… Piękne miasteczko, z rzeką, zamkiem i Allbeurge na samej górze. Kościół Santa Maria de los Angeles króluje nad miastem. Malownicze widoki łagodziły wszelkie lęki, dodawały sił. Wiatr pokazywał swe oblicze. Byliśmy na samej górze. Panorama miasta 360 stopni…. Piękne widoki z każdej strony… Ważne miejsce pielgrzymów  do Compostela…. Niestety popołudniu gorączka złożyła mnie do łóżka…. Oczywiście jeszcze tam wrócę, bo tam zakończyłam kolejny etap szlaku św Jakuba. I już tęsknię, za kolejnym. Taki mój narkotyk. Czuję się jak u siebie, nieznane staje bliskie, strach traci na sile. Pomimo przeziębienia, każdy krok był coraz piękniejszy… Cisza i spokój królowały we mnie. Mieliśmy jeszcze trzy dni do powrotu. A więc mój towarzysz wynajął samochód i pojechaliśmy do Loredo. Trzy lata temu przeszliśmy. Piękna plaża, na której odpoczywaliśmy…. Hm no cóż, może i powinnam leżeć w łóżku, aczkolwiek plaża i słońce było silniejsze… Tego nam było potrzeba… A że była to niedziela, szukając mszy św. w internecie, okazało się, że hotel, mamy na tej samej ulicy, co kościół, w dodatku z mszą o 20. Św  Jakub, czuwa nad moim stanem duchowym …. Ksiądz, starszy o promienistej twarzy, zarażał wejściem w radosną kontemplację o Obecności Boga. Wszystko było jasne, Anioły tłumaczyły kazanie….. Dawno tak nie przezywałam mszy św…. Niesamowite spotkanie, Bóg ponad barierą językową, ponad wszelkimi przeciwnościami. Nieoczekiwanie zakończenie tego etapu. Niespodzianki, to specjalność Stwórcy…. A wyruszenie w drogę przypomina o niepowtarzalności każdego dnia. Jak często używamy słów: ciągle to samo…. Pozamykani w skorupach, jak ślimaki, przechodzimy obok piękna naszego życia.
Zachód słońca był niezapomnianym spektaklem. Słońce szybko się schowało, za to długi czas rozświetlało niebo… Artystyczne eksperymenty z kolorami. Żaden artysta nie jest w stanie namalować takiego obrazu…. Uroczy spektakl za darmo……Wciąż osłabiona przeziębieniem, wcale się nim nie przejmowałam… Piękno natury i (leki) pomagały…..
Na drugi dzień powrót do Bilbao…. Poranek spędzony na pożegnaniu się z morzem, z aksamitnym piaskiem….
No cóż, powrót do Bilbao i upał niemiłosierny… Mój towarzysz, dzień wcześniej miał samolot, a więc zostałam sama…. I nagle pusto się zrobiło… Schowałam się do parku, aby traumy się nie nabawić…. Po takich cudnych wrażeniach, wielkie miasto jest mało wskazane… Powoli mój organizm” ogarniał „zmianę otoczenia…. Bilbao jest mi znane, a więc odwiedziłam stare miasto i katedrę św. Jakuba, taka miniaturka Santiago…Gdy wracałam do Allbeurge, burzowe klimaty opanowały miasto….. Udało mi się przed deszczem schronić….
I powrót do Nice….
Malo zrobionych kilometrów, za to same cudne chwile. Wiem teraz, że moje płuca, potrzebują aktywnego odpoczynku…. Wiem, co mogę, a co nie jest wskazane…. Sprawdziłam siebie, zwyciężyłam….. Za rok kolejny etap….
Właściwie, to już mogłabym wyruszyć….IMG-20170614-WA0065

Urlopowe niespodzianki chwili wytchnienia

Jak wytłumaczyć, czym jest Bierzmowanie, albo święto Zesłania Ducha Świętego, osobie niewierzącej? I tak, aby zrozumiała ? Wiara, to harmonia ducha i umysłu …..Im więcej wiary, tym bardziej serce jest aktywne.
Co jest ważniejsze rutynowa modlitwa, czy też delikatność wobec siebie i drugiego człowieka?
Dla mnie to troska jest ważniejsza…. Bo gdy troszczymy  się, to zapominamy o sobie, chronimy to, co prawdziwe w nas. Oddychamy czystymi intencjami. Dosyć rzadko nam się to udaje, częściej sprawiamy wrażenie, że jesteśmy tak super dobrzy….. Modlitwa ma sens, gdy uśmiechamy się do Boga, a nie tylko bombardujemy Go naszymi problemami.
Msza św. podczas Zesłania Ducha Świętego, po raz kolejny uświadomiła mi poczucie humoru Boga. Świętowałam wraz wspólnotą Afrykańczyków, którzy muzycznie uzdolnieni dzielili się wiarą… Byli tylko, dlatego, że mała Maeva przyjmowała chrzest…. Święto wspólnoty, a nie tylko imprezy w knajpie…. Szaleństwo radości, wspólnego przyjęcia do wspólnoty…. Mała była ubrana na czarno, a rodzice, dziadkowie i chrzestni na biało…. Piękny symbol, świadomość bycia chrześcijaninem… Na początku myślałam, że to będzie ślub…. Ciepły żar radości scholii, odrywał od ziemi….. Taki gospel w miniaturze…. Msza św. nabrała nowego znaczenia. Znikły więzienia i brak porozumienia. Przez chwilę patrzyliśmy w oczy Boga…
I siedziałam obok rodzinki, z trójką dzieciaków, najmłodszy miał ok 9 miesięcy… Co mnie zachwyciło to piękna postawa rodziców. Widać, że należą do wspólnoty, że Bóg jest im bliski… I próbują to przekazać dzieciakom… Co łatwe nie jest… Dzieci intensywnie szukają sobie zajęcia, niestety bycie cicho, nie jest ich dobrą stroną… Nudzi mi się, to ulubione słowo dzieci…. I te małe brzdące miały kolorowanki z religijnymi postaciami, a starszy książeczkę :msza św. dla małych…. Jasne, że nie mogły sobie znaleźć miejsca, ojciec przywoływał ich do porządku… Nawet maleństwo w wózku gryzło książeczkę religijną. Widać, było, że pokazują dzieciom Boga, a nie bozię…Przygotowują ich do bycia świadomym chrześcijaninem. Jak się okazało, ojciec tych dzieci rozdawał ulotki, czyli związany jest z parafią. (Miałam okazję mu powiedzieć, że ich obecność  zrobiła wrażenie na mnie) Piękna postawa tych młodych Francuzów, dodała nadziei, traktując Boga poważnie, dali przykład…
Koleżanka z pracy pluje złośliwością…. Z bólu, nie daje rady, i jak sama się przyznała:, gdy mnie boli zaczynam wariować. A więc wiem, gdy cierpi…..Wtedy, każda pozytywna myśl, jest odrzucona. Nie znałam jej wcześniej, nie wiem ile lat cierpi…. Nie jest łatwo pracować z nią…..Pewnie…Już ma dosyć…. Jej cierpliwość została wyczerpana…. Jej żołądek to „wrak”, a więc jedzenie stało się dla niej wrogiem. Radość też, zwłaszcza, gdy chodzi o innych……Próbuję ją zrozumieć….
Pomyślałam sobie, dobrze, że mam urlop….Jak wrócę, kryzys minie….. Kontakt z nią będzie łatwiejszy.
Na dwa tygodnie, zapomnę o pracy, południu Francji, o tym wszystkim, co negatywne…. Najpierw spotkanie z rodziną, przyjaciółmi, i spotkanie ze Szlakiem św. Jakuba, i dawno niewidzianym kolegą..
No cóż, jak przygoda to przygoda…. Okazało się, że kupiłam bilet, tylko z bagażem podręcznym….Drukując bilet, dopiero zauważyłam…No cóż udało mi się spakować w plecak, (obawiałam się, że będzie za duży) Ledwo zmieścił się….
Na lotnisku kupiłam książkę… Jakoś nie mogę się oprzeć. Intuicyjnie wybrana, przemówiła do mnie… Oczywiste lekarz, psychiatra ja napisał… O różnicy między depresją a zwykłym spadkiem energii, chwilowym stanem chorobowym ducha…
Sławomir Jakubiak-pilot o szarmanckim głosie powitał nas na pokładzie, kolejny mój nieznajomy bohater, który nie traktuje swojej pracy rutynowo…. Jak często w pracy zapominamy, aby zatroszczyć się o swoich współpracowników??? Jak rzadko pamiętamy, aby wspólne dobro stało się naszym priorytetem. W pewnym momencie lecieliśmy  854 km na godz…Cały lot to zużycie 3, 5 tony paliwa…Nieliczni piloci podają takie informacje…. (Stewardesa powiedziała, że prywatnie jest to fajny człowiek, zdążyłam zauważyć) i nie omieszkam się jej tego powiedzieć….
W chmurach było bardzo spokojnie, słońce leniwo nam machało.
I tak rozpoczęła się wakacyjna przygoda…. Czas odkrywania…
Czekając w Warszawie na samolot do Krakowa, zgłodniałam…. Sympatyczny kelner, zaproponował mi sok…. Zaryzykowałam i zamówiłam polędwiczki w sosie…. Były ok…. Karmelowa kawa  była moim deserem… Jazzowe klimaty umilały oczekiwanie… Karol, zadbał o mnie, powiedziałam mu o tym…. Dowiedziałam się, że ma czteroletnie doświadczenie w pracy kelnera..Pożegnaliśmy się serdecznie….
I Kraków – miasto, w którym angielski jest drugim słyszanym  językiem. Oprócz smogu są piękne miejsca i mnóstwo młodych ludzi. Miasto żyje. Zarabia na siebie. Asia , jak zwykle przyjęła mnie po królewsku… Pyszna kolacja, z dobrym  Słowem łączyła nas. No cóż kilka godzin snu musiało wystarczyć (Asia pracowała następnego dnia) Natomiast dla mnie to leniuchowanie do południa. Wolny czas to błogosławieństwo, tak jak i spotkanie z drugim człowiekiem.
Zawsze możemy obdarować, drugiego autentycznością samego siebie…
Mieć, o czym rozmawiać. Istota spotkania. I umieć milczeć, ze sobą, to jest wyzwanie, to jest dojrzałość przyjaźni. Mieć na uwadze, że  się zmieniamy, dać prawo drugiemu, do zmiany zdania, sposobu bycia….
Pyszne placki po węgiersku na obiad… I kremówki….
Łagiewniki- świat Boga w miniaturce. Kula ziemska zanurzona w miłosierdziu Stwórcy. Współczesne sanktuarium, gdzie ludzie z różnych stron świata przyjeżdżają, aby…. Odkryć Boga, na nowo zasmakować się w Jego miłości i pokoju… A nie jest łatwo… Nigdy nie było….
Dużo słońca i radości i zrobionych kroków… I słów, które przytulały, żyły swoim. Życiem, chroniły przed złością, agresją. Świadomość obecności. I małe zakupy i wieczór w restauracji „pod Wawelem” Powitał nas Wojtek, i panowie z akordeonem.. Był  Zimny drań, i muzyka z Titanica, … Takie swojskie klimaty… Już po raz drugi tam byłyśmy…. Ok deska serów niekoniecznie smakowita, sałatka dobra i wyśmienite Mojito…. Swojskie klimaty, dużo młodych ludzi, i my zanurzeni w nastroju prostoty… I gdy wyszłyśmy , zimny deszcz właśnie skończył swoją pracę, a my schowane przy kominku z prostotą, zostałyśmy uchronione od zimnych kropel, zwłaszcza, że była prawie północ….Zimne powietrze niezbyt było dla nas przychylne…. Aczkolwiek biegnąc na autobus, rozgrzałyśmy się…
I śniadanie królewskie…. I kolejna kawa, przed kolejnym etapem podróży, spotkania z rodziną.. Tym razem w rynku, niedaleko Bramy Floriańskiej.. Słońce bawiło się z wiatrem w chowanego… Turyści i tubylcy tworzyli jedno. A my próbowaliśmy się z Magdą wkomponować w całość.. Chwile wspomnień, nowości, chwile dialogu, który tworzy piękno. Wspólnie spędzony czas, spacer, urok rynku, tańczący młodzi breakdance, zanurzyły nas w bijące serce wazechswiata. Radość  tańcząc pokazywała nam kroki a my uczyłyśmy się tańczyć w jej rytm. (Zdecydowałam się na pociąg i to był mój błąd) tylko 45 min opóźnienia, aczkolwiek wygodne siedzenia…Próbowałam się skupić na książce, jednak słońce mocno obejmowało swymi ramionami, i zachęcało do drzemki… Trzy studentki rozmawiały o pisanej pracy, pani głośno rozmawiała przez telefon… Wtedy sobie uświadamiam, aby oszczędzić innym moich historii, które mogą męczyć nieznajomych, tak jak mnie zmęczyła rozmowa tej pani…
Moje niezdecydowanie osiągnęło zenitu… Nic niezaplanowane, ten urlop, to jeden, wielki spontaniczny gest. Gest zachęcający do spotkania się z drugim…. I większość tych spotkań zaskakiwała mnie.. Kolejny wieczór, kolejne przedawkowanie pozytywnych emocji… Piraci z Karaibów – film pełen śmiechu, a także i wzruszeń. (Właściwie to nie wiedziałam, na jaki film idę) Asia, czekała na mnie z biletami i dobrym humorem. Prosto z pociągu, zdążyłam , trwały reklamy…. Okulary 3D, Johnny Depp i my… Lekki film, cudna muzyka, idealnie wkomponowana w scenariusz. Mój ulubiony kawałek…..He’s a Pirate… .Lekki film, czas dobrze wykorzystany… Po filmie sushi nam przed nosem zamknęli.. Nadrobiłyśmy na drugi dzień… Za to dobra pizza w Starym Browarze – polecam….Capirinia …no cóż… Szału nie było…
I spotkanie z rodziną, smakołyki, czas lenistwa. Opowieści, radość, ze wspólnie DSC_0364spędzonego czasu…. I odpust w rodzinnej wsi….. Wspomnienia powróciły, dzieciństwo uśmiechało się, beztroskie chwile zapraszały do stołu…
Dobry czas, potrzebny czas. Spotkanie z chorym na raka wujkiem, było smutną częścią wakacji…..Raduj się tym, co masz….. Pamiętaj o wytchnieniu…. Pogoń za pieniądzem zostaw nieświadomym……
Czas szybko upłynął i kolejny etap szlaku św. Jakuba wzywał….. Czas wyruszyć w drogę…….

Delikatność – dprężenie ciała i ducha

Masaż rękami Amira… Pomimo zabiegania, ma czas na delikatność, a może właśnie, dlatego jego siła to delikatność .. On wie, jak rozproszyć smutki dnia codziennego… Oczywiście powiedziałam mu, że gdy masuje, to robi to z wielką delikatnością , odpowiedział mi, że to jest właśnie odprężenie…. Na co, tak i łączy się z twoją osobowością…. Uśmiechnął się…. Oj trudno będzie mi się rozstać z „chłopakami.”… Dziewczyna w recepcji  jest sympatyczna.. Już mnie poznaje….Mają wielu, pacjentów, tych zadowolonych jak ja, i tych szukających ciągle guza. Ból potrafi złośliwość, uczynić swoim bożkiem .  Uniemożliwia dialog. Współpraca z człowiekiem cierpiącym, nie zawsze jest łatwa. Trzeba anielskiej cierpliwości…. Praca w ekipie, plus praca z pacjentami, nosi w sobie odpowiedzialność, za siebie, za pacjentów, za kolegów z pracy…. Wolność mi przychodzi na myśl. Taki człowiek, ma przestrzenie na bycie wolnym, na przyjmowanie bez zatrzymywania cierpienia pacjentów, żali kolegów, swoich problemów…. Inaczej, szybko się wypali, stanie się twardy….. I mało efektywny…. A pacjenci oczekują poprawy, tylko, że bez współpracy ani rusz….
Amir, wie o tym, nieźle daje sobie radę z emocjami pacjentów. Przygotował teren, pod kontakt z sercem… I znowu ciepła poducha i pykające elektrody. Coraz wyraźniej słyszę bicie serca…. Tym razem, rozmawialiśmy o wstydzie, za siebie, za innych, ten niepotrzebny, i jak najbardziej zasłużony. Wstyd jest we mnie, serce, jako tłumacz, nieźle sobie radzi, zwłaszcza po masażu Amira.
Kolejna lekcja. Kolejny ukłon wobec serca i delikatności. Jej szlachecki ród, nie zawsze jest mile widziany w mózgu. Jest we mnie w tobie również . Antidotum na pokaleczone cierpieniem emocje.
I jak nie kochać moich „chłopaków”, którzy przypominają i utwierdzają w drodze ku świadomości bycia człowiekiem wrażliwym i delikatnym, co nie oznacza bycia oznacza słabym, wręcz przeciwnie silnym, prawdziwym. Delikatność mnie nie opuszcza, wskazuje na siebie, grozi mi palcem, gdy chcę z niej zrezygnować….
Nie jest to przypadek, że właśnie oni, otwierają bramy ku wolności…. Miałam ich spotkać i to jest ten czas. Inaczej, przeszłabym obojętnie…. A tak wiele się uczę….. Będę ich potrzebować po tygodniowym” spacerku „, szlakiem św. Jakuba.
Zrozumienie siebie samego zaczyna się od…..

Jakie metody stosujesz aby zrozumieć swoje zachowanie, gesty, słowa???

Czy delikatność jest Ci bliska ?